Archiwum dla 2004

You dirty whores I’ll murder all of you

Posted in Scum Of The Earth with tags , , , on Marzec 24, 2012 by pandemon777

SCUM OF THE EARTH – BLAH… BLAH… BLAH… LOVE SONGS FOR THE NEW MILLENIUM (2004)

 

1. I Am The Scum

2. Bloodsukinfreakshow

3. Get Your Dead On

4. Little Spider

5. Murder Song

6. Altargirl 13

7. Pornstar Champion (We Will Rock You remix)

8. Nothing Girl

9. The Devil Made Me Do It

10. Give Up Your Ghost

11. Beneath The Living

Scum Of The Earth można określić jako członka z rodziny Rob Zombie. Ten osobliwy rockman zasłynął najpierw na początku lat ’90 jako lider White Zombie, którego ostatni studyjny album Astro Creep: 2000 rozszedł się w nakładzie ładnych kilku milionów egzemplarzy. Po rozpadzie zespołu w drugiej połowie tej dekady Zombiak kontynuował pasmo sukcesów na muzycznym poletku dzięki solowej karierze, fundując takie hity jak Superbeast, czy bodaj jego najsłynniejszy utwór Dragula, jednak w nowym millenium skupił się na karierze reżysera filmowego, czego owocem były bardzo udane horrory (Dom Tysiąca Trupów, Bękarty Diabła). W tym czasie członkowie zespołu Roba, Mick Riggs i John Tempesta postanowili też wypełnić lukę zakładając właśnie Scum Of The Earth.

Sama nazwa zespołu jest oczywiście wyraźnym ukłonem w stronę estetyki, w której obracał się Rob Zombie, bo w końcu została zaczerpnięta z tytułu jednego z jego utworów. Zresztą panowie nosili się z zamiarem grania właśnie w takim stylu i udało im się to osiągnąć w bardzo zadowalającym stopniu, momentami wręcz do złudzenia przypomina dokonania Rob Zombie. Jest ciężko, jest wybitnie przebojowo, dynamicznie, no i klasycznie jest też obecna atmosfera kiczowatego horroru klasy B, gdzie ludzkie wnętrzności latają po ekranie za sprawą groteskowego psychopaty z mechaniczną piłą w ręku. Głowa sama się kręci we wszystkie strony świata, numery bujają i pobudzają do skakania po pokoju, bo wigoru i młodzieńczej werwy tutaj znajdziemy w dużych dawkach. Chociaż kilka spokojniejszych fragmentów się znajdzie, jak np. nostalgiczny i niemal balladowy Little Spider, aczkolwiek w żadnym stopniu nie ingeruje w spójność płyty – daje odetchnąć na chwilę po trzech pierwszych, dynamicznych numerach i stanowi odpowiednie preludium do Murder Song, który jest moim faworytem na albumie. Niby to prosty, niezbyt zaskakujący utwór, ale dzięki potężnej, bijącej z każdego dźwięku energii uzależnia jak narkotyk, toteż zdarzało mi się go słuchać po kilkanaście (albo i kilkadziesiąt) razy z rzędu. Jednym z ciekawszych fragmentów na Love Songs… jest też cover (albo remix?) We Will Rock You Queen – i tu przyznaję się, że nie lubię Queen w żadnej odsłonie, ale ta groteskowa wersja ich wielkiego przeboju wzbogacona mięsistymi gitarami i zdartym wokalem bardzo mi przypasowała i sprawiła, że ten numer stał się dla mnie całkiem słuchalny. Od początku do końca (z kilkoma przerwami) tej krótkiej, bo trwającej niespełna 40-minut płyty, panowie jadą na podobnym patencie, czyli prosto, ciężko, przebojowo i z wykopem. Brzmienie jak na taki skład przystało jest soczyste i mięsiste, bardzo zbasowane, czyli takie do jakiego nas już Rob Zombie na swoich płytach przyzwyczaił. Kilka bardziej tanecznych wręcz fragmentów też się znajdzie, vide Nothing Girl, numer będący w największym stopniu z całego albumu zainfekowany elektroniką, nie tracąc przy tym nic ze swojego groteskowo-diabolicznego charakteru.

Zasadniczo wolę sięgnąć właśnie po Blah… Blah… Blah… niż po kilka ostatnich dokonań Roba Zombiego, bowiem Hellbilly Deluxe 2 średnio mnie zachwycił, a samo obniżenie formy wyczuwałem na Educated Horses. Debiut Scum Of The Earth zaś mógłbym spokojnie postawić obok pierwszej części Hellbilly Deluxe, tej, która Robowi przyniosła najwięcej „dochodów” i pozwoliła mu zachować stałe miejsce w rockowym mainstreamie. Tak czy inaczej, trzon zespołu Mick Riggs i John Tempesta (który również bębnił w thrashowych formacjach jak Exodus czy Testament), jak i pozostali członkowie zwerbowani do składu nagrali bardzo udany album, wypchany ciężkim, diabelskim rock’n’rollem. Dla zwolenników wyrafinowanych brzmień niewiele tu się znajdzie, ale dla tych, którzy cenią sobie dobrą rozrywkę – wręcz przeciwnie.

The Sadist

Posted in Korzus with tags , on Luty 18, 2012 by fiodur

KORZUS – TIES OF BLOOD (2004)

 01. Guilty Silence
02. Respect
03. What Are You Looking For
04. Screaming for Death
05. Never Get Me Down
06. Punisher
07. Evil Sight
08. Correria
09. Cruelty
10. Ties of Blood
11. It Wasn’t Me
12. Sadist
13. Who’s Going to Be the Next
14. Peça Perdão

Korzus to brazylijska thrash metalowa grupa założona w Sao Paulo w 1983r. Jest jednym z najważniejszych zespołów sceny brazylijskiej obok Sepultury i Sarcófago. Na pierwszym albumie słychać wpływy Dark Angela, na następnych albumach styl nieco uległ zmianie w stronę brzmień z Bay Area. Korzus gra bardzo prostą lecz zapadającą w ucho muzykę, w większości utworów nie ma solówek.

Ties of Blood to ich piąty studyjny album. Riffy na tym albumie często przypominają riffy Garego Holta zarówno w brzmieniu jak i technice gry. Album jest przesycony ogromną ilością riffów, które sprawiają, że mimo aż 14 kawałków przy przesłuchiwaniu całego albumu nie czułem się znużony. Co do wokalu to momentami przypomina on Maxa Cavalerę. Nie ma tu żadnych przyśpiewek. Po prostu przysłowiowe darcie ryja. Surowy, głęboki głos Marcello Pompeu idealnie pasuje do gry całego zespołu. Na albumie znajdują się także dwie piosenki zaśpiewane w rodowitym języku zespołu, czyli Correria i Peça Perdão.  Chciałbym jeszcze wspomnieć o basiście, którego nie słychać chyba w ani jednym momencie na albumie, nawet nie jestem pewien czy potrafi grać na basie, jednak jego epicka morda poprawia kiepski jak dla mnie image całego zespołu. Chciałbym kiedyś znaleźć się na koncercie tego bandu, energia zawarta w nim nie pozwala stać w miejscu. Podwójna stopa chodzi prawie ciągle nadając piekielne tempo każdemu kawałkowi. Koncertowo ten album miażdży, chciałbym kiedyś usłyszeć na żywo chociażby takie kawałki jak Respect czy Who’s going to be next.  

Korzus to bardzo solidne thrash metalowe łojenie. Moge zagwarantować, że spodoba się fanom Sepultury (oczywiście tej do 1996, bo później Sepultura już nie istnieje). Z repertuaru tego zespołu polecam jeszcze Mass Ilussion oraz KZS.

There’s no reason to cry

Posted in ediT with tags , , on Styczeń 15, 2012 by kubeusz

EDIT – CRYING OVER PROS FOR NO REASON [2004]

1. Ashtray
2. Ants
3. Laundry
4. Situps Pullups
5. Dex
6. Twenty Minutes
7. Screening Phone Calls
8. Mop Head
9. LTLP
10. Mildew

ediT’a poznałem dzięki Glitch Mob, którego jest współtwórcą. Jednak dziś nie będzie o twórcach bardzo przyjemnego Drink The Sea, a o solowym albumie jednego z filarów projektu – Crying Over Pros For No Reason autorstwa Edwarda ‚ediT’ Ma.

Wydany w roku 2004 solowy album ediT’a to kawał niesamowitej muzyki. To jeden z tych albumów, które się kocha albo nienawidzi – ja przekonałem się do niego od samego początku. Niesamowita, pełna emocji historia opowiedziana za pomocą dźwięków. Ta muzyka nie potrzebuje słów, siła tkwi w tonach, połamanych, pourywanych, poskładanych z całkowicie przeciwstawnych sobie elementów a zarazem pełnych melodii, melancholii i smutku. O tak, ciężko znaleźć jakieś optymistyczne emocje na tym albumie. Podobnie jak ciężko jest odnaleźć się samotnemu człowiekowi w wielkim obcym mieście, gdyż tak ja postrzegam ten album – jako historię człowieka w całkowicie obojętnym świecie, niewrażliwym na żadne uczucia. Począwszy od rozpoczynającego album Ashtray przez niesamowite Ants (mój faworyt, ile w tym jest emocji!), im dalej w głąb albumu, tym coraz bardziej zatracamy się w negatywnie nastawionym środowisku. Chyba jedynym wyjątkiem jest Laundry – to jedyny pierwiastek pozytywizmu i jako taki właśnie rodzynek sprawdza się niesamowicie. Późniejsze Situps Pullups czy Dex (w szczególności) wypadają jeszcze mocniej. Po chwili radości przychodzi potężny cios negatywnych emocji. Złudną nadzieje daje Twenty Minutes, bo Screening Phone Calls czy Mop Head twardo sprowadzają na ziemię. Jednak końcówka płyty to kolejny promyk nadziei: zarówno Ltlp jak i wieńcząca to dzieło miniaturka Mildew brzmiąca niczym pozytywne zakończenie bardzo ciężkiego filmu.

Jest to jedna z płyt, o których ciężko jest pisać/mówić, a jednocześnie jest to bez wątpienia krążek, który warto przesłuchać. Muzyka jest na naprawdę wysokim poziomie i Edward Ma pokazał się dzięki niemu z jak najlepszej strony. Ten człowiek ma talent do tworzenia muzycznych połamańców doprawionych wspaniałymi melodiami i solidną dawką emocji. Crying Over Pros For No Reason to jazda obowiązkowa dla fanów dobrej muzyki.

%d blogerów lubi to: