Archiwum dla 1995

I’d like to kill somebody

Posted in Misery Loves Co. with tags , , on Marzec 23, 2012 by pandemon777

MISERY LOVES CO. – MISERY LOVES CO. (1995)

 

1. My Mind Still Speaks

2. Kiss Your Boots

3. Need Another One

4. Sonic Attack

5. This Is A Dream

6. Happy?

7. Scared

8. I Swallow

9. Private Hell

10. The Only Way

11. 2 Seconds

Misery Loves Co. był szwedzkim zespołem tworzonym przez duet Patrik Wiren (wokal) i Örjan Örnkloo (gitara, bas, elektronika, jak i automat perkusyjny). Byli jednymi z nielicznych przedstawicieli rocka industrialnego z tego kraju, a ich działalność została zamknięta w zasadzie w niecałej dekadzie wzdłuż lat ’90 kiedy ów gatunek, jak powszechnie wiadomo, przeżywał czas swojej największej chwały. Niestety nie wszystkim zespołom z tego poletka udało się załapać na sukces komercyjny jaki spotkał na swojej drodze Trent Reznor z Nine Inch Nails.

Ano właśnie – Nine Inch Nails. Powodów, dla których wspominam tu właśnie o tym zespole – mając w głowie ich twórczość z okresu Broken – w kontekście Misery Loves Co. jest co najmniej kilka. Po pierwsze z prostej przyczyny, że wyłaniają się z jednej sceny, po drugie, że stosują podobne środki wyrazu, no i po trzecie, co najbardziej świadczy o ich podobieństwie, obu bym uznał za czołowych „wściekłych depresantów” industrialnego rocka/metalu. Stosując charakterystyczne i typowe w zasadzie dla tego gatunku instrumentarium i brzmienie, czyli ciężkie, mięsiste riffy podparte pulsującym basem i mechaniczną grą automatu perkusyjnego wzbogaconego elektroniką i wszelkiej maści samplami (jeden z nich nad wyraz przyjemnie mnie zaskoczył, ale o tym zaraz) – taki opis brzmi banalnie i może pomyśleć, że to nic oryginalnego. Może tak, może nie, ale jednej rzeczy debiutanckiej płycie Misery Loves Co. odmówć nie można i jest to autentyzm. Autentyczna, sugestywnie wyrażona złość, podobna do wspomnianego Broken NIN, z tym, że jak na moje ucho jest to album znacznie cięższy i mroczniejszy. Teksty idą zdecydowanie w parze z muzyką, będące wyrazem głębokich frustracji, czy to seksualnych czy jakichkolwiek innych, konfliktów interpersonalnych i wszelkich problemów mentalnych prowadzących do potrzeby wyładowania skumulowanej w psychice złości. Toteż z każdym numerem dostajemy cios między oczy – w zasadzie każdy numer, kolokwialnie rzecz ujmując, miażdży swoim ciężarem i przygnębiająca przy tym atmosferą. Jednak nie ma mowy o tym, aby album snuł się ślamazarnie przez cały czas, bo dostajemy fragmenty wysadzające wręcz z butów, jak przy wejściu riffu w, nomen omen, Kiss Your Boots czy przywodzącym na myśl klimaty Ministry czy Optimum Wound Profile, The Only Way, który posiada bardziej thrash metalowy sznyt. Innym ukłonem, chociaż nie tak dosłownym, w stronę tegoż gatunku są postepujące po sobie I Swallow i Private Hell – oba samplują na wstępie utwory Voivod – Tribal Convictions i Cosmic Drama (oba też pochodzą z jednej płyty Dimension Hatross).

Debiut Misery Loves Co. zawsze miło jest sobie odświeżyć kiedy człowiek potrzebuje dobrej dawki gniewnej i ciężkiej muzyki, która odzwierciedla stan psychiczny człowieka pogrążonego w depresji, będącego na skraju załamania nerwowego, i którego tłumiony gniew może lada chwila wyrwać się spod warstwy moralności i przejąć kontrolę nad całym ciałem. To naprawdę świetny album, który furory może i nie zrobił, ale tym którzy mieli szczęście go usłyszeć dostarczył intensywnych emocji. Bez głaskania i owijania w bawełnę uderza w czuły punkt – i to sobie zdecydowanie cenię.

Reklamy

Door to the other side…

Posted in Synæsthesia with tags , , , on Luty 22, 2012 by kubeusz

SYNAESTHESIA – EMBODY [1995]

1. Outland
2. Alien Intruder
3. New Horizons
4. Door to the Other Side
5. Hemisphere
6. Submerged
7. Floatation

Bill Leeb i Rhys Fulber to niezwykłe płodny duet. Nie sposób zliczyć projekty, które (współ)tworzyli (albo jeden z nich). Niektóre istniały dłużej, inne trwały raptem kilka krążków. Dziś zajmiemy się takim właśnie tworem o ciekawie brzmiącej nazwie: Synaesthesia.

Najbardziej zaskakuje mnie chyba nie tyle mnogość projektów, co rozstrzał stylistyczny. Wydaje się, jakby panowie Leeb & Fulber mogli bez najmniejszych problemów odnaleźć się w niemal każdym gatunku szeroko pojętej muzyki elektronicznej – to chyba zasługa elektrolitu płynącego w ich żyłach.

Na Embody, debiutanckim albumie Synaesthesii, możemy znaleźć potężną (66 minutową) dawkę futurystycznej i klimatycznej muzyki. Trudno nie wspomnieć o popadaniu w pewien rodzaj trans, wszak utwory są dość długie (poniżej 7 minut nie schodzą) i raczej stawiają na nastrój, niż na dynamikę i różnorodność. Nie znaczy to, że są nudne, wręcz przeciwnie – mamy to do czynienia z naprawdę pięknymi dźwiękami. Słuchając Embody nie sposób nie usłyszeć podobieństw do albumów wydanych pod szyldem Intermix. Nie ma się co dziwić, w końcu w momencie, kiedy umierał Intermix, rodziła się Synaesthesia. Momentami zespół brzmi tak, że z powodzeniem mógłby się znaleźć na pierwszych dwóch płytach wyżej wspomnianego projektu (Alien Intruder, Submerged). Jednak lwią część Embody stanowi muzyka, której bliżej do Future Primitives. Mimo wszystko jest tu znacznie mniej plemiennych naleciałości, a znacznie więcej futurystycznej muzyki. Osobiście odnoszę wrażenie, jakby całość została wyjęta z jakiegoś tajemniczego laboratorium – dźwięki są bardzo sterylne, ale zarazem miłe dla ucha. Embody jest również zdecydowanie bardziej mrocznym albumem, czuć chłód i pewnego rodzaju grozę bijącą z tej muzyki. To wszystko zebrane razem daje całkiem miła mieszankę, trochę „plemiennych rytmów”, odrobina electro-industrialu, a to wszystko polane mrocznym techno-ambientowym sosem – jak dla mnie bomba. Słucha się tego bardzo przyjemnie, szczególnie w nocy, w ciemnym pokoju, a odczucia osamotnienia, niepewności i strachu towarzyszą niemal cały czas.

Co więcej mogę powiedzieć o tym albumie? To bardzo przyjemna muzyka, niestety trudno dostępna, ale warto poszukać. Nie mogę wyjść z podziwu jak Bill Leeb i Rhys Fulber w ciągu jednego roku byli w stanie wydać aż tyle (między innymi ostatni Intermix, FLA, Noise Unit, oraz dwa albumy Synaesthesii) dobrej muzyki, biję pokłony i nakłaniam z całego serca do zapoznania się z tym projektem.

 

Suicide Liar

Posted in Malformed Earthborn with tags , , on Luty 12, 2012 by pandemon777

MALFORMED EARTHBORN – DEFIANCE OF THE UGLY BY THE MERELY REPULSIVE (1995)

 

1. Nailed Savior

2. Intoxicating Touch Of Freedom

3. Random Memory Erased

4. De Vermis Mysteriis

5. I Can Read Its Thoughts

6. Famous Last Words

7. Ninth Circle

8. Embracing Pain

9. Suicide Liar

10. Nature Destroys To Build

11. Unconsolable

12. Cross Of Victims

Na tym krążku spotykają się dwie legendy ekstremalnego grania. Shane Embury znany z działalności w Napalm Death postanowił połączyć siły z inną ikoną, Dannym Lilkerem, założycielem crossoverowego S.O.D. (Stormtroopers Of Death), grindcore’owego Brutal Truth, oraz thrash metalowych Anthrax i Nuclear Assault. Wszystkie te zespoły obecnie są uznawane jako jedne z najbardziej reprezentatywnych i klasycznych dla swoich gatunków, i doczekały się sporego uznania wśród fanów tych brzmień, czego nie można powiedzieć do końca o Malformed Earthborn. Nie chcę przez to w żadnym wypadku powiedzieć, że ten projekt-odskocznia jest słaby (jeszcze nie oszalałem do tego stopnia), tylko w odróżnieniu od powyższych powoli odchodzi w zapomnienie, co moim zdaniem jest wielką szkodą, bowiem debiut (i zarazem jedyny album) Malformed Earthborn to rzecz równie świetna jak i unikatowa. A więc jak dokładnie panom wyszła współpraca?

Shane Embury i Danny Lilker, którzy przy okazji do składu zwerbowali wokalistę Scotta Lewisa, nagrali album mocno odbiegający od muzyki zespołów, w których zrobili największą karierę. W zasadzie metal jest tutaj obecny w mniejszych ilościach, gitary jeśli się już pojawiają to i tak są schowane gdzieś z tyłu, w znacznie większym stopniu za to dominuje elektronika. Oczywiście nie ma mowy o jakimś tanecznym obliczu elektroniki, w tym przypadku mamy do czynienia z odjazdami w stronę electro-industrialu spod znaku Skinny Puppy (z Too Dark Park głównie) i G.G.F.H. wzbogaconych sporymi nakładami wszelkiego rodzaju przesterów, kłujących w uszy dźwięków i toną hałasu. Jak na każdej szanującej się płycie, której przyklejona została etykieta „industrial metal”, nie obyło się też oczywiście bez wpływów Godflesh. Z kolei wzdłuż utworu Embracing Pain przewija się lekko zmodyfikowany sampel z Anywhere Out Of This World Dead Can Dance, co stanowiło dla mnie przy pierwszym odsłuchu spore zaskoczenie, dodam, że niebywale miłe. I tak to wygląda mniej więcej od strony stylistyczno-technicznej. A jak przedstawia sie od strony, ekhm… emocjonalnej (zdaję sobie sprawę to słowo tutaj wybitnie nie pasuje)? To jeden z najbardziej zwyrodniałych, obrzydliwych i odrażająych albumów jakie znam, wręcz powiedziałbym, że to taki muzyczny odpowiednik Predatora, zabijający dźwiękami i zdzierający bębenki uszne. Słowa „patologia” i „destrukcja” byłyby chyba najbardziej adekwatne. Mógłbym tu wpisać jeszcze szereg przymiotników i rzeczowników, które kojarzą się większości ludzi z możliwie najgorszymi rzeczami i sytuacjami, ale chyba każdy łapie o co chodzi.

Ogólnie ten album oferuje muzykę, za pomocą której można wypędzić z domu nieproszonych gości i doprowadzać sąsiadów do napadów niekontrolowanej złości i bólu głowy. Jest ciężki, hałaśliwy i całkowicie przeciwstawny powszechnie rozumianej sztuce. Dodatkowo panuje na nim atmosfera świata świeżo po zakończeniu nuklearnego konfliktu. Gruzy elektrowni jądrowych, lejące się zewsząd toksyczne odpady, ciała w stanie rozkładu i martwe zło – oto oblicze Malformed Earthborn. Tym, którzy postanowią sięgnąć po ten album (słuszna decyzja), życzę smacznego i miłej zabawy.

Seeds of harmony

Posted in Intermix with tags , , on Luty 2, 2012 by kubeusz

 INTERMIX – FUTURE PRIMITIVES [1995]

1. Mantra
2. Lost Tribe
3. Telekinetic Warriors
4. Solar Temple
5. Sonic Ritual
6. Seeds of Harmony
7. Blackhole Amizon
8. Ceremonial Chant

Budzę się. Nie mam pojęcia gdzie jestem, czuję świeże powietrze, a razem z nim docierają do mnie śpiewy ptaków i jakieś dziwne odgłosy, oddalone, tłumione. Brzmi to jak rytualny taniec; idę, a po chwili docieram do wioski. W międzyczasie moją głowę zaczęły wypełniać futurystyczne dźwięki, a w tle gdzieś daleko pobrzmiewają miłe dla ucha, ciepłe plamy tonów. Staram się wsłuchać w śpiew – to jakieś powtarzane ciągle zwroty, mantra.
Pod koniec tych tańców nieznana bezimienna siła przetacza się przez mój umysł. Okazuje się, że to jakieś zaginiony, oddalony od głównego nurtu życia rozwijającego się świata szczep pełen pozytywnych emocji, z radością prezentujący mi, przybyszowi, swoje zwyczaje i rytuały. Mało tego – zachowują się tak, jakbym był wyczekiwaną postacią, bohaterem z gwiazd, którego znają z opowiadań przekazywanych z ojca na syna. Dziwne…

Niedługo potem prowadzą mnie w pewne miejsce – to chyba arena, a przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Nie mylę się zbytnio; krótko po moim przybyciu naprzeciw siebie staje dwóch skąpo odzianych wojowników. Moją głowę nadal zaprzątają niecodzienne, nierealne dźwięki. Są takie obce, a zarazem tak bliskie temu miejscu; chwilami odnoszę wrażenie jakby były tutaj od zawsze, od początku po kres świata związane z tym oderwanym od rzeczywistości miejscem. Tamtych dwóch zaczyna walczyć, ale nie jest to prawdziwa potyczka, ani nawet pokaz sił. Widzicie, choć ich zachowanie przypomina przygotowywanie się do starcia, to tak naprawdę jest to taniec – taniec wojny, taniec walki.

Po tym wszystkim mam okazję po raz pierwszy wznieść się na wyżyny umysłowe. Udajemy się do Świątyni: prochy, zioła, kontakt z szamanem – moje wspomnienia powracają jako strzępki myśli, co chwilę przenoszę się gdzieś indziej, uspokajam się. Za chwilę znów doznaję tego uczucia; kolejne punkty na moim ciele dają o sobie znać, a ja raz za razem przenoszę się do innego świata. Przez cały ten czas mój umysł wypełniają dźwięki nie z tego świata, może prosto z kosmosu.

Z każdą wizją w mojej głowie powstaje pewna melodia. Nie sposób jej opisać, ale jest piękna. Sytuacja powtarza się jeszcze kilka razy – to wspaniałe chwile i chciałbym, aby trwały wiecznie, ale… tak nie może być. Po wszystkim zostaję twardo sprowadzony na ziemię; czekają mnie kolejne rytualne tańce, ale w głębi duszy czuję, że to moje ostatnie chwile w tym miejscu. Po ostatnich wydarzeniach to, co się teraz dzieje wydaje się nijakie i mdłe, choć ma swój urok. Niebo pęka na dwie części, a w środku dżungli ląduje wielka maszyna, wokół wszystko zaczyna płonąć i pojawiają się kosmiczni stwórcy życia na ziemi. Teraz słyszę to coraz głośniej i wyraźniej – tamte dźwięki, które nieustannie mi towarzyszyły były przesłaniem z innej planety, wymiaru, domeny. Ta muzyka jest wszystkim, co dane jest mi odbierać ludzkimi zmysłami – tony nadchodzące z kosmosu, z przyszłości – wymysł wyższego umysłu jest piękny, ale jednocześnie zimny i odhumanizowany. Padam na kolana; widzę stworzenie świata nie swoimi oczyma, piętrzące się góry i morza, zaczątki cywilizacji oraz przekazanie techniki ludzkości przez te obce istoty. Moja głowa nie wytrzymuje, ale chcę więcej i w efekcie… odpływam.

Budzę się. Nie mam pojęcia gdzie jestem, czuję świeże powietrze, a razem z nim docierają do mnie śpiewy ptaków, a wokół mnie nie ma nikogo. Cisza. Szum gwiezdnego morza oraz pojawiające się w moim umyśle ciepłe plamy dźwięków, które każą mi iść przed siebie.

Niebo rozdziera błyskawica. Zbliżam się pomału do kresu mej wędrówki; docieram do czegoś niesamowitego – do czegoś, czego nie zobaczył przede mną żaden człowiek, a jeśli jakimś cudem zobaczył, to już nie powrócił. Idę dalej. Słyszę tylko odgłosy dżungli oraz rytmiczne, coraz głośniejsze i wyraźniejsze dźwięki elektronicznego zawołania, które mówi „chodź, koniec jest bliski”. Z każdą sekundą jest mi coraz przyjemniej i czuję się jakbym się unosił. Jestem u celu – dziwne miejsce, piękne, pełne wszystkiego i niczego. Są tu ludzie i te niezwykłe istoty, słyszę muzykę dochodzącą z oddali i bliska, jakby miała swoje źródło we mnie. Przez chwilę w tle słychać niknące odgłosy tego świata, a po niej pozostaje jedynie muzyka istot z innego wymiaru. Ciepłe i narkotyczne brzmienia, prawdziwy elektroniczny stuff wlewa się w mój umysł. Do tego dochodzą chóralne zaśpiewy ludzi i stworzeń w habitach. Nie widzę wyraźnie ich twarzy, ale to nie ma znaczenia.

Pewien obcy twór będący pół-człowiekiem i pół-istotą z nierzeczywistej domeny przygrywa na flecie opętańczą melodię, a ja coraz bardziej zatracam się w tym oceanie dźwięków. Pozorny ascetyzm to w rzeczywistości bogactwo tonów, które wciąga mnie w swoją czarną dziurę zatracenia. To koniec – odlatuję, oddalam się od wszystkiego i nie ma już dla mnie odwrotu. Ale jestem szczęśliwy, bo to były wspaniałe chwile. Najwspanialsze.

Ostatni album Intermix, duet Bill Leeb – Rhys Fulber pokazali się z jak najlepszej strony. Krążek całkowicie odmienny od dwóch poprzednich płyt, do którego na początku ciężko się przyzwyczaić, jednak potem nie sposób się od niego oderwać. To jeden z tych albumów, do których na pewno będę zawsze wracał.

%d blogerów lubi to: