Archiwum dla death metal

Lord over creation

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on 5 marca, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – THE NEW BLACK [2006]

1. Decimator
2. You Suck
3. Anti Product
4. Monument
5. Wrong Side
6. Hope
7. Far Beyond Metal
8. Fucker
9. Almost Again
10. Polyphony
11. The New Black

Wydanym w 2006 roku albumem The New Black, Devin Townsend zamknął pewien rozdział swojej muzycznej wędrówki. Rozdział zatytułowany trzema prostymi słowami – Strapping Young Lad.

Każde dokonanie SYL było inne i nie inaczej jest z TNB. Oczywistym było, że Devin zmieni nieznacznie kierunek, w którym podąży muzyka zespołu, tym razem jednak zwrot nastąpił aż o 180 stopni. Nowej Czerni znacznie bliżej solowym dokonaniom Kanadyjczyka. Nie oznacza to, że jest to album pokroju Infninity, ale wydanym pod szyldem Strapping Young Lad. Nie, The New Black to raczej efekt starcia się dwóch przeciwstawnych, muzycznych światów. Z jednej strony szaleńcza agresja, wkurwienie na cały świat, ciężar oraz szczypta psychodelii, z drugiej zaś – progresywny charakter muzyki, melodie i pewnego rodzaju lekkość. Efekt takiego kolażu mógłby być albo gówniany, albo fenomenalny. Ja należę do tej grupy ludzi, którzy chwalą sobie i doceniają ten krążek.

Zderzenie się tych dwóch skrajności sprawiło, że narodziło się dziecko wyjątkowe. Po „progresywnym Devinie” na pewno odziedziczyło brzmienie, które jest bardzo czyste i klarowne oraz melodie i fakt, że muzyka stała się przystępniejsza. Z muzyki SYL pozostała agresja, opętańcze wokale (acz nie do końca) oraz metalowy charakter. W efekcie wyszedł album bardzo różnorodny. Już opener w postaci Decimator zaskakuje, a od strony muzycznej prezentuje się jako nie do końca „Strapingowy” utwór raczej skomponowany wg. przepisu „Devina solo”. Zdziwienie potęguje śpiewający (tak, to nie pomyłka) Mr. Townsend. Jednak niczym Dr. Jekyll i Mr. Hyde, Devin bez najmniejszych problemów zrywa maskę „operowego śpiewaka”, ukazując całkiem przeciwną osobowość. Tego typu momentów na płycie jest całkiem sporo, wystarczy posłuchać Anti Product, Monument, Hope czy Fucker. W tym ostatnim można nawet usłyszeć kobiece wokale. Po drugiej stronie muzycznej barykady stoją numery takie jak You Suck – czysty, stuprocentowy pierwiastek Strapping Young Lad, zamknięty w eksperymentalnej klatce o nazwie „The New Black”. Miota się i kipi złością, niczym dzieciak z ADHD zamknięty w celi. Do tej grupy na pewno wpisują się Wrong Side (jeden z lepszych numerów SYL; w ogóle zastanawia mnie jak Devin nie wypluł tutaj trzewi), czy znany od lat Far Beyond Metal. Ciekawy jest Almost Again, który brzmi, jakby został wyrwany z albumu Infinity – jedynie pędzące z prędkością światła refreny zdradzają, że aktualnie słuchamy Strapping Young Lad. The New Black kończy potężny, mocno thrashowy i utrzymany w średnim tempie utwór tytułowy, poprzedzony akustyczną miniaturką w postaci Polyphony.

The New Black to album, który nie każdemu przypadnie do gustu, jednak moim skromnym zdaniem jest jak najbardziej wart poznania. Wszak to kolejne dokonanie Szalonego Kanadyjczyka, obok którego nie przechodzi się obojętnie.

 

I’ll wait for the night to come

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on 29 lutego, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – ALIEN [2005]

1. Imperial
2. Skeksis
3. Shitstorm
4. Love?
5. Shine
6. We Ride
7. Possessions
8. Two Weeks
9. Thalamus
10. Zen
11. Info Dump

WE HAVE RETURNED

Rok 2005 przyniósł jedną z moich ulubionych płyt z tzw. „ciężką muzyką”. Jest to również album, od którego zacząłem swoją przygodę z muzyką Devina Townsenda. Mowa o Alien.

For tonight…WE RIDE!!!!

Kolejna płyta Strapping Young Lad przynosi kolejne zmiany; kierunek -> kosmos. Tym razem Devin zabiera nas na wycieczkę do zupełnie innego świata. Świata, w którym jego muzyka jest jeszcze cięższa i jeszcze intensywniejsza. Natężenie dźwięków na centymetr kwadratowy płyty przekracza wszelkie normy. Tak intensywnie jeszcze nie było. Mimo kilku spokojniejszych fragmentów, ten album jest jednolitym, ociężałym blokiem, którego gęstość i ciężar przygniata wszystko inne. Miażdżące kości riffy, wijący się gdzieś pod stopami bass i przepotężne bębny Gene’a Hoglana sprawiają, że Alien to nacierająca ściana dźwięku. Do tego dochodzą fenomenalne wokale Devina Townsenda, który na tym albumie przeszedł chyba samego siebie, a jego opętańcze wrzaski oraz nagromadzenie różnorodnych wokaliz (w tym dziecięce chórki) w pewnych fragmentach, dodają tej płycie szczyptę psychodelik, może nawet schizofrenii. Niezależnie od swojej spójności i jednorodności, za tym zwartym murem muzyki kryje się całkiem zróżnicowany materiał, który wraz z kolejnymi przesłuchaniami staje się coraz bardziej klarowny i przejrzysty.

PUT IT IN GEAR MOTHERFUCKER!!!!!

Zdecydowaną większość płyty stanowi potężny, niszcząca obiekty i miażdżąca kości zawartość. Już rozpoczynający Imperial doskonale wprowadza w klimat albumu, posyła w kosmos i dodaje niewyobrażalną dawkę energii, który kipi z tej muzyki. Imperial brzmi, jakby wkurwienie miało go rozerwać od środka, miota się niczym niepoczytalny człowiek w szaleńczym amoku. Skeksis czy Shitstorm nie dają ani chwili wytchnienia – obydwa skutecznie sprawiają, że słuchając ich, czuję się, jakbym siedział przy silniku odrzutowym od strony wylotowej. Za to Love?, to zupełnie inna para kaloszy, bez wątpienia jeden z najlepszych numerów autorstwa Devina Townsenda. Prawdziwy kolaż nastrojów: od spokojnych poczynając (momentami wręcz melancholijnych, głównie za sprawą śpiewu), a na prawdziwym szaleństwie i wkurwieniu na cały świat kończąc. Zawsze jak słucham Alien, to Love? musi przejść kilka(naście) razy, abym zaczął słuchać dalej. O ile Shine raczej z wolna przetacza się po słuchaczu, o tyle We Ride pędzi na złamanie karku, by w ciągu dwóch i pół minut dokonać wszelakich zniszczeń. Ten album naprawdę nie bierze jeńców. Podobnie jak Shine, Possessions przewala się z wolna, kontrastując nie tylko ze swoim poprzednikiem, ale i z Two Weeks, akustyczną miniaturką (w skali całego albumu), która na moment przenosi słuchacza w zupełnie inny świat, spokojny i pozbawiony trosk. Gdyby w tym momencie wieńczyć dzieło, Thalamus wzorem City i SYL, kończyłby krążek w podniosłym, majestatycznym stylu. Jednak Zen w barbarzyński sposób, prosto i konkretnie sprowadza na ziemię i niczym dziesięciotonowy walec rozgniata słuchacza i zrównuje go z podłożem. Ostatni na płycie, Info Dump, to dwunastominutowa, ambientowo-noise’owa kompozycja, która brzmi niczym ostatni sygnał wieńczący żywot zepsutego do cna świata 😉

ALL HAIL!!!

Słowem zakończenia – szukać i słuchać, bo naprawdę warto. Strapping Young Lad tym albumem ponownie pokazali jak powinno się grać metal.

 

And we’ll find a way… force fed to the world

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , on 26 lutego, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – SYL [2003]

1. Dire
2. Consequence
3. Relentless
4. Rape Song
5. Aftermath
6. Devour
7. Last Minute
8. Force Fed
9. Dirt Pride
10. Bring on the Young

Od czasu, kiedy Devin Townsend ze swoją ekipą wydał City, minęło 6 długich lat. Jednak Szalony Kanadyjczyk wcale nie próżnował; przez ten czas wyszły takie wspaniałe albumy, jak: Infinity, Physicist (któremu bardzo blisko do SYL) czy genialna Terria. Co prawda pod szyldem Strapping Young Lad ukazał się album koncertowy oraz epka, ale to nie to, co tygryski lubią najbardziej. Na szczęście, 11 lutego ukazał się nowy album zatytułowany po prostu SYL.

Rape is just cause for murdering 

Powiedzmy sobie szczerze, taki krążek jak City nagrywa się raz w życiu, ale(!) – chwała wszelkim bogom – Devin wiedział o tym i nagrał album inny, ale nadal mieszczący się w ramach stylistyki, jaka charakteryzowała zespół. SYL to płyta zdecydowanie prostsza i powiedziałbym, że przyziemniejsza niż wspomniane City. Nie znaczy to, że jest zła. O ile City to była potężna machina siejąca zniszczenie na swojej drodze, o tyle SYL jest niczym bójka w ciemnym zaułku (na dużą skalę) – na swój masochistyczny sposób piękna. Ten album aż kipi prymitywną energią i agresją. Począwszy od wzniosłego wstępu w postaci Dire, który zgrabnie przechodzi w Consequence, zespół „gwałci” słuchacza za pomocą dźwięków przez najbliższe kilka minut. Wraz z Relentless i Rape Song poziom natężenia dźwięków i agresji rośnie sprawiając, że czujemy się jak student europeistyki pobity przez miastowych tubylców w czteropaskowych strojach ludowych. Nie pomaga tu nawet spokojniejszy Aftermath, bowiem bujający Devour znów sprowadza boleśnie na ziemię i kopie po ryju. Podobnie pędzący Last Minute, przepotężny Force Fed (chyba mój faworyt) czy krótki acz konkretny Dirt Pride. Na osobne zdanie zasługuje wieńczący Bring On The Young – spokojny, mroczny, który nagle i w najmniej oczekiwanym momencie wyjawia swoje prawdziwe, drapieżne oblicze. Do tego dochodzą wspaniałe klawisze na końcu, portal do innego świata – miazga.

I see devastation and I’m ready to BURN! 

Jednak na tej płycie najbardziej urzekają mnie wokale – to co Devin robi ze swoim głosem to mistrzostwo świata. Z niebywałą łatwością „przerabia” całą skalę wokaliz, jakie może wydać z siebie człowiek. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Devin przechodzi ze spokojnych, melancholijnych wręcz wokaliz do krzyków, growlów, skrzeków. Do dziś mnie to zadziwia i uważam go za jednego z lepszych wokalistów.

The machine, machine that burns for war 

Mimo tego, że SYL nie jest uważany za najlepszy album Devina & co, to jest to najbardziej mroczny i stąpający po ziemi krążek – jest to krótki (39 minut), ale konkretny pocisk, który nie każdemu przypadnie do gustu (brak solówek robi swoje), ale jak najbardziej wart słuchania. Na dziś to tyle, niedługo Alien a następnie The New Black i możliwe że debiut 😉

 

Metal for life

Posted in Painmuseum with tags , , , on 25 lutego, 2012 by kubeusz

PAINMUSEUM – METAL FOR LIFE [2005]

1.The Divine Birth of Tragedy
2.Speak The Name
3.Hosanna Hosanna
4.Words Kill Everything
5.American Metalhead
6.Dogs In A Cage
7.Live And Die
8.Burn Flesh Burn
9.PainmuseuM (Metal For Life)
10.Bloody Wings
11.I Am Your Keeper
12.Scars In Black

To już 7 lat, od momentu wydania Metal For Life, projektu o nazwie Painmuseum. 7 lat, a o nowym albumie ani widu ani słychu 😦

A czym jest ten cały Painmuseum? Jest to projekt muzyków takich jak: Metal Mike Chlaściak (gitary), Bobby Jarzombek (bębny), Steve DiGiorgio (bass), oraz Tim Clayborne (wokale). Kilka (mianowicie dwa) nazwisk brzmiących bardzo swojsko (udzielali się między innymi u Halforda solo), DiGiorgio, który grał na basie w tylu zespołach, że łatwiej wymienić w czym nie grał, oraz chyba nieznany szerzej wokalista. Trzeba przyznać, że skład całkiem, całkiem. Czy taki zespół, mógłby nagrać słabą płytę? Owszem, ale nie tym razem 😉

Czym jest Painmuseum od strony muzycznej? Jest to 100% metal, metalowe tu jest wszystko, począwszy od okładki, przez tytuł (Metal For Life), muzyków (METAL Mike Chlaściak) a co najważniejsze, na muzycznej zawartości kończąc. Ale skupmy się na muzyce, czy Metal For Life jest warte słuchania? Jak najbardziej. To rewelacyjna mieszanka heavy, thrashu i deathu na naprawdę wysokim poziomie. Co za tym idzie, jest bardzo zróżnicowanie. Obok ociężałych walców jak American Metalhead czy Live And Die (jeden z najlepszych na płycie), mamy takie pędzące petardy Speak The Name, Dogs In A Cage czy I Am Your Keeper. Niekiedy jest nieco przebojowo wręcz (Burn Flesh Burn oraz Bloody Wings). Ciekawy jest również bonusowy (niby japan bonus, ale kupiłem płytę w kraju i też był) Scars In Black, jeden z najlepszych na płycie.

Metal For Life, mimo nowoczesnej produkcji, zakorzeniony jest w duchu klasycznego metalowego grzańska, Mike Chlaściak wycina bardzo fajne riffy i jeszcze fajniejsze solówki. Sekcja rytmiczna nie zostaje w tyle i ani myśli dawać dupy. Na osobne słowa pochwały zasługuje Tim Clayborne, nie rozumiem jak ten człowiek nie jest do teraz rozpoznawalny. Jego wokale są bardzo zróżnicowane, czasem śpiewa czysto, czasem growluje, wydziera się, a na dodatek wydaje z siebie black metalowe skrzeki rodem z najgęstszych lasów położonych najbardziej na północ.

To wszystko razem daje wybuchową mieszankę, której niczego nie brakuje. Metal For Life słucha się naprawdę przyjemnie, jest tu wszystko to co powinno się znaleźć na rasowym, metalowym albumie: zajebiste riffy, miodne solówki, sekcja rytmiczna daje czadu, a wokalista nie okazuje się być miękką pizdą tylko krzykaczem z krwi i kości. Więc jeśli znajdziecie gdzieś w sklepie Painmuseum, bierzcie w ciemno.

 

Let the dead carry the dead

Posted in The Nefilim with tags , , , , on 21 lutego, 2012 by pandemon777

THE NEFILIM – ZOON (1996)

 

1. Still Life

2. Xodus

3. Shine

4. Penetration

5. Melt (The Catching Of A Butterfly)

6. Venus Decomposing

7. Pazuzu (Black Rain)

8. Zoon (Part 1 & 2) (Saturation)

9. Zoon (Part 3) (Wake World)

10. Coma

Po rozpadzie macierzystego zespołu, McCoy postanowił kontynuować swoją działalność w zespole nazwanym po prostu The Nefilim, będącym drugą odnogą upadłego Fields Of The Nephilim. Niestety zanim jego nowe oblicze w końcu ujrzało światło dzienne musiało minąć ładnych parę lat – Zoon został wydany w ’96 roku. Panowie z „sąsiadującego” Rubicon zdążyli w tym czasie wydać dwie płyty studyjne i… zakończyć działalność. Co prawda The Nefilim pierwsze koncerty zagrał w okolicach ’93 roku, ale problemy z wytwórnią powodowały (jak zwykle zresztą), że premiera ich pierwszego i zarazem ostatniego albumu była wciąż odkładana na przyszłość. Szczęście całe, że wydanie Zoon w końcu doszło do skutku i sądzę, że zdecydowanie warto było czekać. Słuchając tego wydawnictwa nie mogę przestać gdybać nad tym, jaki szok fani starego Fields Of The Nephilim musieli wówczas przeżyć, kiedy pierwsze dźwięki nowego oblicza Carla McCoya poczęły rozbrzmiewać wokół nich. Ja osobiście poczułem się, najzwyczajniej rzecz ujmując, zdewastowany, bo Zoon był krokiem w kierunku muzyki znacznie innej niż tej, do której przyzwyczaił Fields Of The Nephilim, jak i później Rubicon.

We shall crush you down to the point, where there is no coming back, things will happen to you from which you could not recover if you lived a thousand years, a thousand years.

Nie wiem co wstąpiło wówczas w pana McCoya, ani jaki diabeł czy inny demon go opętał, ale chciałbym temu diabłu uścisnąć włochatą rękę i serdecznie podziękować, za to, że pod jego wpływem ten człowiek nagrał muzykę wręcz szaleńczą, wściekłą, mroczniejszą niż cokolwiek co nagrywał wcześniej, ciężką i agresywną w prawie każdej sekundzie. Oczywiście pewnych punktów wspólnych z Fields Of The Nephilim nie dało się uniknąć. Okultyzm, rytualizm, mistycyzm – te wszystkie elementy są tutaj obecne, z tym, że zostały ukazane w o wiele ekstremalniejszej odsłonie.

The Nefilim kultywuje chęć wzbicia się na wyższe stany świadomości, wtargnięcia do innego wymiaru za pomocą zakazanych obrzędów, z tym, że tutaj wtargnięcie w ów nowy wymiar może się okazać wręcz koszmarem. Zoon to płyta przerażająca, apokaliptyczna wręcz. Zresztą słowo „zoon” z języka greckiego oznacza „żywą kreaturę”, „bestię”, które w tym wypadku jest w pełni adekwatne. Zarówno muzyka, w której roi się od death metalowych riffów, industrialnego ciężaru, jak i głos Carla McCoya brzmią tutaj wręcz bestialsko. No właśnie, McCoy pokazał się tutaj od swojej najbardziej gniewnej i złowieszczej strony, unikając typowych growli, ale operując głosem tak przerażającym, że oblewa mnie zimny pot, głosem przy którym znaczna większość kalekich, death metalowych popłuczyn brzmi po prostu śmiesznie. Co podoba mi się niebywale w kwestii obranej stylistyki na tej płycie, to fakt, że zazwyczaj zespoły starają się wbić w konkretny gatunek, grając charakterystyczne dla niego riffy, rytmy, etc., zaś The Nefilim, obrał takie, a nie inne środki wyrazu, wykorzystując je we własny, unikalny sposób, aby najlepiej i najbardziej dosłownie ukazać swoją wizję świata, który stanął w płomieniach, nawiedzanego nieustającymi trzęsieniami, skąpanego w powodziach i zalanego lawą płynącej z wulkanów, których pył spowił niebo w ciemnościach i okrył ziemię wszechobecną czernią. To naprawdę jedna z najbardziej sugestywnych dźwiękowych wizualizacji biblijnej apokalipsy i doprawdy czuję się wgniatany każdym dźwiękiem, każdym słowem. Nawet te bardziej melancholijne fragmenty nie łagodzą tego wrażenia, bo cały czas ma się wrażenie, że są jedynie ciszą przed kolejnym, nadchodzącym sztormem. Nie ma też sensu raczej wyróżniać poszczególnych utworów, bo Zoon to po prostu monolit, spójny obraz końca millenium i obecnego świata, zapowiadającego również nadejście nowej, lepszej ery.

 Is there an end to the coma?
As we endure transformation.
As we enter the beginning
No more pain, no more feeling
Let it endure forever
Those whose end cannot be

Żałuję strasznie, że McCoy nie kontynuował tego projektu dalej. Podjął moim zdaniem nie do końca dobrą decyzję reaktywując za to Fields Of The Nephilim, będąc jednocześnie jedynym oryginalnym członkiem starego składu. Bez zgody zespołu został wypuszczony album Fallen, niedopieszczony, w zasadzie stanowiący zbiór utworów w wersji demo, później McCoy zwerbował jeszcze anonimowy skład, z którym nagrał Mourning Sun, ostatni jak do tej pory studyjny album Fields Of The Nephilim. Osobiście średnio mnie zachwycił, bo moim zdaniem trochę brzmi jak nieudana próba powrotu do dawnych lat. Dodatkowo z obecnym składem gra sporadycznie koncerty, które fakt faktem dają mi dużo radości, ale nie zachwycają nawet w połowie tak bardzo jak oglądanie DVD Visionary Heads, czy słuchanie cudownego Earth Inferno. Nowy Fields Of The Nephilim po prostu nie potrafi wydobyć tej magii ze starych hymnów i szczerze powiedziawszy o wiele bardziej bym wolał aby odgrywali całe Zoon i kilka dodatkowych niewydanych utworów z tamtego okresu, bo Penetratioin dewastował mnie na żywo za każdym razem. Może napiszę w tej sprawie do nich, może wezmą taką opcję pod rozwagę? Pobożne życzenie.

%d blogerów lubi to: