Archiwum dla 1976

New age of earth…

Posted in Ash Ra Tempel with tags , , , on Marzec 15, 2012 by kubeusz

ASH RA TEMPEL – NEW AGE OF EARTH [1976]

1. Sunrain
2. Ocean of Tenderness
3. Deep Distance
4. Nightdust

Po tym jak Klaus Schulze opuścił szeregi Tangerine Dream, a zanim jeszcze zaczął tworzyć pod swoim własnym nazwiskiem, brał udział w tworzeniu innej legendarnej już grupy – Ash Ra Tempel. Jednak ten wpis nie będzie dotyczył debiutanckiego albumu nagranego w składzie Göttsching-Schulze-Enke. Będzie za to dotyczył krążka wydanego pięć lat później i zatytułowanego New Age Of Earth. Zanim przejdę do sedna, pragnę zaznaczyć, że album ten może być dostępny pod kilkoma szyldami, Ash Ra Tempel, Ashra lub pod samym imieniem i nazwiskiem twórcy – Manuela Göttschinga.

New Age Of Earth to pierwszy album Ash Ra Tempel nagrany w całości przez Mr. Manuela. Owy krążek przynosi muzykę całkowicie odmienną od tego, co Göttsching tworzył wraz ze swymi kolegami z zespołu. Po psychodelicznym rocku, jaki można było usłyszeć na poprzednich dokonaniach, nie pozostają żadne wyraziste ślady i jedynie echa tej muzyki mogą gdzieś pobrzmiewać w tle. Czy to dobrze, czy to źle – nie mnie to oceniać, ale zaprawdę powiadam Wam: New Age Of Earth wypełniony jest po brzegi wspaniałymi dźwiękami.

Każdy z czterech utworów, który znalazł się na płycie prezentuje zgoła całkowicie inny klimat. Tytuły doskonale oddają nastrój, jaki w nich panuje. Włączając Sunrain dosłownie czuć padający wokoło ciepły letni deszcz. Pulsująca rytmika przywodząca na myśl spadające krople oraz miłe dla ucha, kojące plamy dźwięków nastrajają bardzo pozytywnie. Prawdziwie słoneczna muzyka. Zmiana klimatu przychodzi wraz z Ocean Of Tenderness – dwunastominutową kompozycją, która jest niczym woda. Słuchając tego czuję się jakbym nurkował w morzu, oceanie czy gdziekolwiek indziej. Wrażenie to potęgują jeszcze dźwięki pojawiające się na początku, które brzmią niczym unoszące się bąbelki powietrza. Poza tym, przez cały czas numer ten sunie leniwie i sennie, ale bynajmniej nie jest nudny. To relaks na najwyższym poziomie, a kojące brzmienie gitary elektrycznej tylko dodaje mu splendoru. Krótki Deep Distance to wesoły i nastrajający bardzo pozytywnie utwór. Gdybym, podobnie jak poprzednie, miał go do czegoś przyrównać, to bez wątpienia byłby to spacer w ciepłe wiosenne popołudnie. Szkoda tylko, że jest taki krótki – niespełna 6 minut to zdecydowanie za mało. Album wieńczy Nightdust. Kompozycja, której nie powstydziłby się Klaus Schulze. Dlaczego akurat on? Gdyż jest to utwór utrzymany w jego stylu. Każdy, kto chociaż trochę zna twórczość pana Schulza wie, czego się spodziewać; dla innych napiszę tylko, że to długi, niezwykle klimatyczny i powoli ukazujący swoje bogactwo song. Słuchając go, wyobrażam sobie gwiaździste niebo w środku nocy, miejsce, gdzie niepokój przeplata się z odprężeniem. Nie sposób nie wspomnieć o genialnej solówce pod koniec – Göttsching mimo, iż używa gitary na tym albumie w stopniu minimalnym, to za każdym razem kreuje za jej pomocą piękne dźwięki.

New Age Of Earth to kawał bardzo dobrej muzyki. Polecam nie tylko tym, którzy lubują się w klasycznych elektronicznych brzmieniach, ale również poszukiwaczom czegoś, przy czym mogą się zrelaksować. Manuel Göttsching nagrał album ponadczasowy, wypełniony po brzegi piękną muzyką. I w tym momencie jest to jedna z moich ulubionych płyt z el-muzyką.

More than a feeling

Posted in Boston with tags , , , on Luty 17, 2012 by saimonix

 BOSTON – BOSTON (1976)

1. More than a feeling

2. Peace of mind

3. Rock & Roll band

4. Smokin’

5. Foreplay/Long time

6. Hitch a ride

7. Something about you

8. Let me take you home tonight 

Dzisiaj zakładamy dzwony, klata na wierzch i coś świecącego, zapuszczamy wąsy i pekaesy i nie przejmując się niczym, rzucamy się w przyciemnianych okularach w sam środek lat ’70. Płyta, o której chciałbym Wam opowiedzieć nazywa się po prostu Boston, jak też i zespół. Jest to pierwsza z ich dorobku, przez wielu (przynajmniej przez RYM 😉 ) oceniana najwyżej, zawiera też ich pierwszy i największy przebój. Ogromny sukces kasowy, do dzisiaj sprzedała się w ponad 17 milionach (!) egzemplarzy. Jeśli szukacie kolejnej tak ciekawej i nieszablonowej pozycji jak np. opisywane wczoraj przez Kubeusza Neuronium, to niestety nie tym razem, ale gdyby płyta nie wydawała mi się warta uwagi, nie zawracałbym Wam siedzenia.

Cóż to więc jest? Klasyczny rock przez duże K i R. Kryształowo czyste gitary i harmonie, masa przestrzeni, trochę chórków i zdublowanych ścieżek wokalu, rozcinające niebo solówki, raczej prosta perkusja i wyraźny bas, ale też pięknie wykorzystane klawisze, brzmiące momentami trochę jak organy Hammonda, które tak kocham (ale o tym znów innym razem). Z relacji osób, które były na koncertach w czasie ich największej świetności zachowało się sporo opisów tego, jak ogromny zestaw instrumentów mieli ze sobą zawsze na scenie. W ich muzyce zwraca uwagę przede wszystkim ładna barwa głosu wokalisty, która nie była efektem studyjnym (zajrzyjcie na youtube) i świetna produkcja, dzięki której można wychwycić co nam się żywnie podoba (ich szef był na co dzień inżynierem dźwięku). Brzmienie określiłbym jako dość delikatne, gitary są raczej schowane za basem i mało przesterowane, sporo jest momentów akustycznych. By dodać nutkę abstrakcji, powiem, że pierwszy obraz jaki widzę przy słuchaniu tych nut to letnie leniuchowanie na plaży i kąpiel w jakimś ciepłym morzu. Melodie w piosenkach niosą ze sobą masę dobrego humoru i pogody, są momenty oparte na klasycznych i sprawdzonych (już wtedy) patentach, jak np. Smokin’. Jeśli chodzi o poziom zróżnicowania utworów, na pewno daje się odczuć, że pochodzą z jednej płyty, ale nie ma nudy. Album trwa idealne, winylowe 40 minut, w sam raz.

Myślę, że Boston wyróżniał się trochę od pozostałych zespołów swojego nurtu tekstami – nie były to proste historyjki o miłości, miały swoją głębię. Oczywiście nie unikali klasycznej rockowej tematyki tamtego okresu, ale robili to znacznie ciekawiej i bardziej przekonująco, czego najlepszym przykładem jest pierwsza piosenka z płyty – More than a feeling (o którym pisałem we wstępie). Prosta, ale chwytliwa i bardzo ładna melodia, masa emocji w muzyce, a do tego nostalgiczny (w pozytywnym sensie) tekst, w którym każdy odnajdzie jakąś prawdę ze swojego życia – przepis na przebój. Inne piosenki, które szczególnie zwróciły moją uwagę to Foreplay/Long time i Hitch a Ride. Pierwsza ma nawet elementy czegoś, co można by nazwać progresją. U wielu z Was może pojawić się odczucie, że Boston to tylko kolejny z setek, jeśli nie tysięcy podobnych do siebie zespołów rockowych, ale zwracam Wam uwagę, byście oceniali oryginalność pamiętając o czasoprzestrzeni. Łatwo dzisiaj powiedzieć, że to, co grali już było, pytanie tylko, czy nie było przypadkiem (chociaż w części) dzięki nim.

Wiele można by jeszcze pisać, ale czas chyba kończyć. Boston to muzycznie bardzo solidny, klasyczny rock, a dla mnie jedna z tych płyt, które wprawiając w dobry nastrój dają w tym zaśnieżonym i ciemnozimnym kraju doskonałą i niezawodną pożywkę do marzeń. Wielu mądrych facetów mówiło już, że życie bez marzeń jest szare i puste, dlatego zachęcam Was, żebyście zaczynając dzień od włączyli muzykę, zamknęli oczy jeszcze raz i uciekli myślami gdzieś do tej dziewczyny, którą kiedyś znaliście…

 PS oto żołnierz Armii Zbawienia, który m.in. dzięki muzyce Boston był w stanie w naszej nudnej rzeczywistości stać się prawdziwym rycerzem Jedi. Może zgadniecie, jaki film mam na myśli? 😉

Oxygene

Posted in Jean Michel Jarre with tags , , on Luty 5, 2012 by kubeusz

 JEAN MICHEL JARRE – OXYGENE [1976]

1. Oxygène Part 1
2. Oxygène Part 2
3. Oxygène Part 3
4. Oxygène Part 4
5. Oxygène Part 5
6. Oxygène Part 6

Rok 1976 to był dobry rok dla muzyki elektronicznej. Wtedy to światło dzienne ujrzały albumy takie jak „Stratosfear” legendarnego Tangerine Dream, „Moondawn” nie mniej legendarnego Mistrza – Klausa Schulza, czy „Albedo 0.39” wspaniałego Vangelisa. W tym samym roku pewien francuski muzyk wydał swój – co prawda trzeci – album, ale pewnie był to pierwszy, który przyniósł taki rozgłos i sprawił, że na stałe zapisał się w historii muzyki.

Różne rzeczy można mówić na temat dzisiejszej kondycji muzycznej Jean Michel Jarre’a oraz płyt, które wydaje (a raczej nie wydaje). Jednak dziś odcinamy się od tych zarzutów i odpływamy w zupełnie inny świat. Świat wykreowany przy pomocy dźwięków na albumie Oxygene. Pierwsze, co uderza słuchacza to brzmienie bardzo czyste i przejrzyste, a zarazem ciepłe i sprawiające wrażenie, że otacza słuchacza. Dźwięki dosłownie wylewają się z głośnika wypełniając całe pomieszczenie. Spokojnie, bez pośpiechu, ten monolityczny ocean dźwięków z każdą chwilą ukazuje coraz więcej swojego bogactwa. Ta muzyka płynie, a my razem z nią, zagłębiając się w ten głęboki świat kosmicznych tonów. Wędrujemy po muzycznych plamach, raz za razem atakowani przez futurystyczne tony dosłownie przetaczające się przez środek umysłu. Do tego dochodzi masa wspaniałych melodii, które na długo pozostają w pamięci i uparcie kołaczą po głowie nie opuszczając jej (szczególnie część druga i czwarta). Ale kto by chciał zapomnieć o takiej muzyce, muzyce przez duże M.

Cały monolit został podzielony na 6 części, chyba tylko po to, aby jasno określić, które fragmenty muzyk będzie grał na koncercie, bo słuchanie tego albumu w kawałkach jest karygodnym błędem. Piękny album, piękna muzyka, szkoda tylko, że wielu ludzi twierdzących, że słucha muzyki elektronicznej zna tego Pana „piąte przez dziesiąte”. A przecież Oxygene zawiera potężną dawkę wspaniałej muzyki. Nie pozostaje nic innego, jak tylko krzewić uwielbienie do tego albumu. A coś w tym musi być, skoro JMJ poznałem za dzieciaka między innymi za sprawą Oxygene i słucham go do dziś. A teraz najwyższa pora zażyć kolejną dawkę tlenu, z nastawieniem na części I-VI 😉

%d blogerów lubi to: