Archiwum dla heavy metal

Lord over creation

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Marzec 5, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – THE NEW BLACK [2006]

1. Decimator
2. You Suck
3. Anti Product
4. Monument
5. Wrong Side
6. Hope
7. Far Beyond Metal
8. Fucker
9. Almost Again
10. Polyphony
11. The New Black

Wydanym w 2006 roku albumem The New Black, Devin Townsend zamknął pewien rozdział swojej muzycznej wędrówki. Rozdział zatytułowany trzema prostymi słowami – Strapping Young Lad.

Każde dokonanie SYL było inne i nie inaczej jest z TNB. Oczywistym było, że Devin zmieni nieznacznie kierunek, w którym podąży muzyka zespołu, tym razem jednak zwrot nastąpił aż o 180 stopni. Nowej Czerni znacznie bliżej solowym dokonaniom Kanadyjczyka. Nie oznacza to, że jest to album pokroju Infninity, ale wydanym pod szyldem Strapping Young Lad. Nie, The New Black to raczej efekt starcia się dwóch przeciwstawnych, muzycznych światów. Z jednej strony szaleńcza agresja, wkurwienie na cały świat, ciężar oraz szczypta psychodelii, z drugiej zaś – progresywny charakter muzyki, melodie i pewnego rodzaju lekkość. Efekt takiego kolażu mógłby być albo gówniany, albo fenomenalny. Ja należę do tej grupy ludzi, którzy chwalą sobie i doceniają ten krążek.

Zderzenie się tych dwóch skrajności sprawiło, że narodziło się dziecko wyjątkowe. Po „progresywnym Devinie” na pewno odziedziczyło brzmienie, które jest bardzo czyste i klarowne oraz melodie i fakt, że muzyka stała się przystępniejsza. Z muzyki SYL pozostała agresja, opętańcze wokale (acz nie do końca) oraz metalowy charakter. W efekcie wyszedł album bardzo różnorodny. Już opener w postaci Decimator zaskakuje, a od strony muzycznej prezentuje się jako nie do końca „Strapingowy” utwór raczej skomponowany wg. przepisu „Devina solo”. Zdziwienie potęguje śpiewający (tak, to nie pomyłka) Mr. Townsend. Jednak niczym Dr. Jekyll i Mr. Hyde, Devin bez najmniejszych problemów zrywa maskę „operowego śpiewaka”, ukazując całkiem przeciwną osobowość. Tego typu momentów na płycie jest całkiem sporo, wystarczy posłuchać Anti Product, Monument, Hope czy Fucker. W tym ostatnim można nawet usłyszeć kobiece wokale. Po drugiej stronie muzycznej barykady stoją numery takie jak You Suck – czysty, stuprocentowy pierwiastek Strapping Young Lad, zamknięty w eksperymentalnej klatce o nazwie „The New Black”. Miota się i kipi złością, niczym dzieciak z ADHD zamknięty w celi. Do tej grupy na pewno wpisują się Wrong Side (jeden z lepszych numerów SYL; w ogóle zastanawia mnie jak Devin nie wypluł tutaj trzewi), czy znany od lat Far Beyond Metal. Ciekawy jest Almost Again, który brzmi, jakby został wyrwany z albumu Infinity – jedynie pędzące z prędkością światła refreny zdradzają, że aktualnie słuchamy Strapping Young Lad. The New Black kończy potężny, mocno thrashowy i utrzymany w średnim tempie utwór tytułowy, poprzedzony akustyczną miniaturką w postaci Polyphony.

The New Black to album, który nie każdemu przypadnie do gustu, jednak moim skromnym zdaniem jest jak najbardziej wart poznania. Wszak to kolejne dokonanie Szalonego Kanadyjczyka, obok którego nie przechodzi się obojętnie.

 

Reklamy

I’ll wait for the night to come

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Luty 29, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – ALIEN [2005]

1. Imperial
2. Skeksis
3. Shitstorm
4. Love?
5. Shine
6. We Ride
7. Possessions
8. Two Weeks
9. Thalamus
10. Zen
11. Info Dump

WE HAVE RETURNED

Rok 2005 przyniósł jedną z moich ulubionych płyt z tzw. „ciężką muzyką”. Jest to również album, od którego zacząłem swoją przygodę z muzyką Devina Townsenda. Mowa o Alien.

For tonight…WE RIDE!!!!

Kolejna płyta Strapping Young Lad przynosi kolejne zmiany; kierunek -> kosmos. Tym razem Devin zabiera nas na wycieczkę do zupełnie innego świata. Świata, w którym jego muzyka jest jeszcze cięższa i jeszcze intensywniejsza. Natężenie dźwięków na centymetr kwadratowy płyty przekracza wszelkie normy. Tak intensywnie jeszcze nie było. Mimo kilku spokojniejszych fragmentów, ten album jest jednolitym, ociężałym blokiem, którego gęstość i ciężar przygniata wszystko inne. Miażdżące kości riffy, wijący się gdzieś pod stopami bass i przepotężne bębny Gene’a Hoglana sprawiają, że Alien to nacierająca ściana dźwięku. Do tego dochodzą fenomenalne wokale Devina Townsenda, który na tym albumie przeszedł chyba samego siebie, a jego opętańcze wrzaski oraz nagromadzenie różnorodnych wokaliz (w tym dziecięce chórki) w pewnych fragmentach, dodają tej płycie szczyptę psychodelik, może nawet schizofrenii. Niezależnie od swojej spójności i jednorodności, za tym zwartym murem muzyki kryje się całkiem zróżnicowany materiał, który wraz z kolejnymi przesłuchaniami staje się coraz bardziej klarowny i przejrzysty.

PUT IT IN GEAR MOTHERFUCKER!!!!!

Zdecydowaną większość płyty stanowi potężny, niszcząca obiekty i miażdżąca kości zawartość. Już rozpoczynający Imperial doskonale wprowadza w klimat albumu, posyła w kosmos i dodaje niewyobrażalną dawkę energii, który kipi z tej muzyki. Imperial brzmi, jakby wkurwienie miało go rozerwać od środka, miota się niczym niepoczytalny człowiek w szaleńczym amoku. Skeksis czy Shitstorm nie dają ani chwili wytchnienia – obydwa skutecznie sprawiają, że słuchając ich, czuję się, jakbym siedział przy silniku odrzutowym od strony wylotowej. Za to Love?, to zupełnie inna para kaloszy, bez wątpienia jeden z najlepszych numerów autorstwa Devina Townsenda. Prawdziwy kolaż nastrojów: od spokojnych poczynając (momentami wręcz melancholijnych, głównie za sprawą śpiewu), a na prawdziwym szaleństwie i wkurwieniu na cały świat kończąc. Zawsze jak słucham Alien, to Love? musi przejść kilka(naście) razy, abym zaczął słuchać dalej. O ile Shine raczej z wolna przetacza się po słuchaczu, o tyle We Ride pędzi na złamanie karku, by w ciągu dwóch i pół minut dokonać wszelakich zniszczeń. Ten album naprawdę nie bierze jeńców. Podobnie jak Shine, Possessions przewala się z wolna, kontrastując nie tylko ze swoim poprzednikiem, ale i z Two Weeks, akustyczną miniaturką (w skali całego albumu), która na moment przenosi słuchacza w zupełnie inny świat, spokojny i pozbawiony trosk. Gdyby w tym momencie wieńczyć dzieło, Thalamus wzorem City i SYL, kończyłby krążek w podniosłym, majestatycznym stylu. Jednak Zen w barbarzyński sposób, prosto i konkretnie sprowadza na ziemię i niczym dziesięciotonowy walec rozgniata słuchacza i zrównuje go z podłożem. Ostatni na płycie, Info Dump, to dwunastominutowa, ambientowo-noise’owa kompozycja, która brzmi niczym ostatni sygnał wieńczący żywot zepsutego do cna świata 😉

ALL HAIL!!!

Słowem zakończenia – szukać i słuchać, bo naprawdę warto. Strapping Young Lad tym albumem ponownie pokazali jak powinno się grać metal.

 

I’m Alive

Posted in Cirith Ungol with tags , , , , , on Luty 27, 2012 by delff

CIRITH UNGOL – FROST AND FIRE [1980]

1. Frost and Fire
2. I’m Alive
3. A Little Fire
4. What Does It Take
5. Edge of a Knife
6. Better Off Dead
7. Maybe That’s Why

>>Wolę masakrę, chcę usłyszeć ten huk!<< słowa Ciechowskiego, które dziś mi towarzyszą dobrze wpisują mi się w to, co otaczało płytowy debiut Cirith Ungol. Mamy początek lat 80, wśród fanów cięższych brzmień dominuje fascynacja nową fala brytyjskiego metalu. Tymczasem ,,Frost and Fire” osadzone jest bardziej w latach 70, przypomina pierwsze działania Black Sabbath. Jak na czas pojawienia się na rynku brzmi ,,przestarzale”. Shot between the eyes? W żadnym wypadku. Z całą swoją ,,fantastyczną” oprawą wydawnictwo robi duże wrażenie, a dla mnie osobiście jest pozycją do której zawsze z wielką przyjemnością wracam.

Powiew muzyki poważnej w metalu możemy usłyszeć chociażby w takim klasyku jak ,,Metal Heart” Accept’u. Motywy z Tchaikovskiego i Beethoven’a świetnie wpasowują się w całość. Jednak kiedy zaaranżowana w ciężkim brzmieniu ,,Toccata in Dm” Bacha znajduje się w środku płyty przepełnionej głównie ,,doomowymi” dźwiękami (płyta ,,King of the Dead”) przy moim bezkresnym zamiłowaniu do rzeczy dziwnych musi wzbudzić zainteresowanie. Tak właśnie trafiłam na Cirith Ungol.

Amerykańska grupa z Ventury, działała w latach 1972–1992. Inspiracją dla nazwy ,,Przełęcz Pająka” jest, jak pewnie część z was zauważyła, trylogia Tolkiena. Władca Pierścieni zresztą posłużył wielu innym kapelom, takim jak chociażby Gorgoroth. Podobnie okładka ,,Frost and Fire”, która została zapożyczona z książki  Michaela Moorcocksa (ilustracja autorstwa M. Whela) ,,Stormbringer” będącej natchnieniem dla Deep Purple, Blue Öyster Cult czy Hawkwind. Cały mistycyzm i patos sprawia że Cirith Ungol jest dość groteskowe. Jest też jednym z tych zespołów które można na prawdę lubić , albo zupełnie nie trawić. Głównym powodem jest oczywiście charakterystyczny wokal Tima Bakera.

Na stronie Metal Archives znalazłam komentarz Roberta Garvena – perkusisty i współzałożyciela CU,  odnośnie kulisów powstawania ,,Frost and Fire” :
..A previous reviewer mentioned that „Frost & Fire” sounded thrown together. The real truth is that we had been in the band for 9 years already and „Frost & Fire” was our attempt to get „commercial” airplay and find success with what we considered some of our more accessable music and yes radio friendly music! When the local LA station KLOS played it once and considered it too heavy, we decided to go for broke with our second album and pulled out all the stops. I disagree with some of the reviewers and think Tim’s singing is not only excellent here and that „Frost & Fire” has some of his best vocals…

Zastanawiałam się, czy lepszą wizytówką nie byłoby opisanie ,,King of the Death”, która wśród wielu opinii, które miałam okazję przeczytać uchodzi za najlepszą pozycje w czteropłytowej dyskografii zespołu, ale uważam, że to właśnie debiut ,,najłatwiej” i z największym zaangażowaniem można przesłuchać od początku do końca. Mimo określonego charakteru nie jest to monotonna płyta. Nie można zaprzeczyć , że I’m Alive obfitujący w wokalne popisy czy otwierające płytę Frost and Fire są  mocnymi pozycjami wśród całej twórczości i dobrze oddają to co, oczywiście w lekko modyfikowanej formie, będziemy mogli znaleźć w dalszych działaniach Cirith Ungol.

And we’ll find a way… force fed to the world

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , on Luty 26, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – SYL [2003]

1. Dire
2. Consequence
3. Relentless
4. Rape Song
5. Aftermath
6. Devour
7. Last Minute
8. Force Fed
9. Dirt Pride
10. Bring on the Young

Od czasu, kiedy Devin Townsend ze swoją ekipą wydał City, minęło 6 długich lat. Jednak Szalony Kanadyjczyk wcale nie próżnował; przez ten czas wyszły takie wspaniałe albumy, jak: Infinity, Physicist (któremu bardzo blisko do SYL) czy genialna Terria. Co prawda pod szyldem Strapping Young Lad ukazał się album koncertowy oraz epka, ale to nie to, co tygryski lubią najbardziej. Na szczęście, 11 lutego ukazał się nowy album zatytułowany po prostu SYL.

Rape is just cause for murdering 

Powiedzmy sobie szczerze, taki krążek jak City nagrywa się raz w życiu, ale(!) – chwała wszelkim bogom – Devin wiedział o tym i nagrał album inny, ale nadal mieszczący się w ramach stylistyki, jaka charakteryzowała zespół. SYL to płyta zdecydowanie prostsza i powiedziałbym, że przyziemniejsza niż wspomniane City. Nie znaczy to, że jest zła. O ile City to była potężna machina siejąca zniszczenie na swojej drodze, o tyle SYL jest niczym bójka w ciemnym zaułku (na dużą skalę) – na swój masochistyczny sposób piękna. Ten album aż kipi prymitywną energią i agresją. Począwszy od wzniosłego wstępu w postaci Dire, który zgrabnie przechodzi w Consequence, zespół „gwałci” słuchacza za pomocą dźwięków przez najbliższe kilka minut. Wraz z Relentless i Rape Song poziom natężenia dźwięków i agresji rośnie sprawiając, że czujemy się jak student europeistyki pobity przez miastowych tubylców w czteropaskowych strojach ludowych. Nie pomaga tu nawet spokojniejszy Aftermath, bowiem bujający Devour znów sprowadza boleśnie na ziemię i kopie po ryju. Podobnie pędzący Last Minute, przepotężny Force Fed (chyba mój faworyt) czy krótki acz konkretny Dirt Pride. Na osobne zdanie zasługuje wieńczący Bring On The Young – spokojny, mroczny, który nagle i w najmniej oczekiwanym momencie wyjawia swoje prawdziwe, drapieżne oblicze. Do tego dochodzą wspaniałe klawisze na końcu, portal do innego świata – miazga.

I see devastation and I’m ready to BURN! 

Jednak na tej płycie najbardziej urzekają mnie wokale – to co Devin robi ze swoim głosem to mistrzostwo świata. Z niebywałą łatwością „przerabia” całą skalę wokaliz, jakie może wydać z siebie człowiek. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Devin przechodzi ze spokojnych, melancholijnych wręcz wokaliz do krzyków, growlów, skrzeków. Do dziś mnie to zadziwia i uważam go za jednego z lepszych wokalistów.

The machine, machine that burns for war 

Mimo tego, że SYL nie jest uważany za najlepszy album Devina & co, to jest to najbardziej mroczny i stąpający po ziemi krążek – jest to krótki (39 minut), ale konkretny pocisk, który nie każdemu przypadnie do gustu (brak solówek robi swoje), ale jak najbardziej wart słuchania. Na dziś to tyle, niedługo Alien a następnie The New Black i możliwe że debiut 😉

 

Metal for life

Posted in Painmuseum with tags , , , on Luty 25, 2012 by kubeusz

PAINMUSEUM – METAL FOR LIFE [2005]

1.The Divine Birth of Tragedy
2.Speak The Name
3.Hosanna Hosanna
4.Words Kill Everything
5.American Metalhead
6.Dogs In A Cage
7.Live And Die
8.Burn Flesh Burn
9.PainmuseuM (Metal For Life)
10.Bloody Wings
11.I Am Your Keeper
12.Scars In Black

To już 7 lat, od momentu wydania Metal For Life, projektu o nazwie Painmuseum. 7 lat, a o nowym albumie ani widu ani słychu 😦

A czym jest ten cały Painmuseum? Jest to projekt muzyków takich jak: Metal Mike Chlaściak (gitary), Bobby Jarzombek (bębny), Steve DiGiorgio (bass), oraz Tim Clayborne (wokale). Kilka (mianowicie dwa) nazwisk brzmiących bardzo swojsko (udzielali się między innymi u Halforda solo), DiGiorgio, który grał na basie w tylu zespołach, że łatwiej wymienić w czym nie grał, oraz chyba nieznany szerzej wokalista. Trzeba przyznać, że skład całkiem, całkiem. Czy taki zespół, mógłby nagrać słabą płytę? Owszem, ale nie tym razem 😉

Czym jest Painmuseum od strony muzycznej? Jest to 100% metal, metalowe tu jest wszystko, począwszy od okładki, przez tytuł (Metal For Life), muzyków (METAL Mike Chlaściak) a co najważniejsze, na muzycznej zawartości kończąc. Ale skupmy się na muzyce, czy Metal For Life jest warte słuchania? Jak najbardziej. To rewelacyjna mieszanka heavy, thrashu i deathu na naprawdę wysokim poziomie. Co za tym idzie, jest bardzo zróżnicowanie. Obok ociężałych walców jak American Metalhead czy Live And Die (jeden z najlepszych na płycie), mamy takie pędzące petardy Speak The Name, Dogs In A Cage czy I Am Your Keeper. Niekiedy jest nieco przebojowo wręcz (Burn Flesh Burn oraz Bloody Wings). Ciekawy jest również bonusowy (niby japan bonus, ale kupiłem płytę w kraju i też był) Scars In Black, jeden z najlepszych na płycie.

Metal For Life, mimo nowoczesnej produkcji, zakorzeniony jest w duchu klasycznego metalowego grzańska, Mike Chlaściak wycina bardzo fajne riffy i jeszcze fajniejsze solówki. Sekcja rytmiczna nie zostaje w tyle i ani myśli dawać dupy. Na osobne słowa pochwały zasługuje Tim Clayborne, nie rozumiem jak ten człowiek nie jest do teraz rozpoznawalny. Jego wokale są bardzo zróżnicowane, czasem śpiewa czysto, czasem growluje, wydziera się, a na dodatek wydaje z siebie black metalowe skrzeki rodem z najgęstszych lasów położonych najbardziej na północ.

To wszystko razem daje wybuchową mieszankę, której niczego nie brakuje. Metal For Life słucha się naprawdę przyjemnie, jest tu wszystko to co powinno się znaleźć na rasowym, metalowym albumie: zajebiste riffy, miodne solówki, sekcja rytmiczna daje czadu, a wokalista nie okazuje się być miękką pizdą tylko krzykaczem z krwi i kości. Więc jeśli znajdziecie gdzieś w sklepie Painmuseum, bierzcie w ciemno.

 

I’m a heavy metal maniac

Posted in Exciter with tags , , on Luty 15, 2012 by kubeusz

EXCITER – HEAVY METAL MANIAC [1993]

1. The Holocaust
2. Stand Up and Fight
3. Heavy Metal Maniac
4. Iron Dogs
5. Mistress of Evil
6. Under Attack
7. Rising of the Dead
8. Black Witch
9. Cry of the Banshee

Exciter, nazwa ta powinna być znana każdemu maniakowi metalowego grania. Powinna, ale chyba jednak nie jest. Ekipa Johna Ricciego to już mocno wyblakła gwiazda. Wpływ na taki stan rzeczy na pewno miały roszady personalne mające wpływ na poziom materiału, jak i sam fakt, że tego typu granie zeszło na dalszy plan i przestało być w pewnym momencie popularne.

Ta Kanadyjska formacja, zadebiutowała w 1983 roku, albumem, o wszystko mówiącym tytule – Heavy Metal Maniac. I taka jest ta płyta, dla heavy metalowych maniaków, dla których najlepsze lata ciężkiego grania plasują się w latach 70′ i 80′ ubiegłego stulecia. Lubujących się w dopieszczonych produkcjach, pełnych triggerów i post-produkcyjnego badziewia ta płyta odrzuci już na samym początku. Jeśli Ty, który czytasz teraz te słowa stwierdzasz, że lubisz klasyczne łojenie po dupsku bez znieczulenia, lubisz krew pot i łzy, możesz śmiało czytać dalej a być może pokochasz stare (a później może i nowsze) dokonania Exciter.

The Holocaust nijak nie przygotowuje na to, co będzie się działo przez najbliższe, niespełna 40 minut, krótkie wprowadzenie, eksplozja i zaczyna się. Ostry jak brzytwa riff piłuje nasze uszy, do którego chwilę później dołącza reszta zespołu. Zaczyna się ostra jazda bez trzymanki. Płytę wypełniają krótkie, konkretne (średnia długość 3-5 minut) killery. Przepełnione prymitywną, surową energią. Słuchając takiego Stand Up And Fight czy Heavy Metal Maniac wyobrażam sobie, jakie musiały siać zniszczenie na koncertach. Ten album posiada taki ładunek energii, że pewnie niejeden klub został rozjebany w drzazgi podczas koncertowego szaleństwa. Odnośnie koncertów, ta muzyka została chyba specjalnie dla nich stworzona, proste, „nośne” refreny, które idealnie nadają się do wyśpiewania, przepraszam, wydarcia się przez publikę. Nawet, jeśli zespół zwalnia nieco (Iron Dogs, czy ballada (w 100% heavy metalowa, a nie jakieś smuty dla pizd) Black Witch), to tylko po to, aby kilka chwil później kopać po rzyci ze zdwojoną siłą. Toteż opisywanie każdego kawałka po kolei mija się z celem (inna sprawa że takie pisanie jest nudne). Co ja mogę jeszcze napisać, każdy kto lubi metal z tamtych czasów doskonale wie o czym piszę, a Ci, dla których metalowe granie to wszelakiej maści wypieszczone cory i inne takie i tak nie zrozumieją. Ostatnie słowo należy się dla perkusisty pełniącego rolę gardłowego. Do dziś nie mogę pojąć faktu, jak ten człowiek mógł niszczyć obiekty na bębnach, jednocześnie tak śpiewając, szacunek i moje ukłony. Poniżej, tytułowy wałek, chociaż w to miejsce można wstawić jakikolwiek inny numer z debiutu, to tyle, a ja wracam do słuchania Heavy Metal Maniac i za chwilę puszczam Violence & Force \m/

So all hail the new flesh

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Luty 14, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – CITY [1997] 

1. Velvet Kevorkian
2. All Hail the New Flesh
3. Oh My Fucking God
4. Detox
5. Home Nucleonics
6. AAA
7. Underneath the Waves
8. Room 429
9. Spirituality

Devin Townsend to bezwątpienia jedna z barwniejszych postaci muzycznego świata. Człowiek, który zaczynał jako wokalista u Steve’a Vai’a (album Sex and Religion), okazał się bardzo oryginalnym i pełnym pomysłów muzykiem, dającym upust swoim pomysłom w wielu projektach. Do najbardziej znanych na pewno należy Strapping Young Lad, z którym nagrał jeden z najlepszych metalowych krążków, jakie dane mi było usłyszeć – City.

Jak już wspomniałem, SYL to jeden z wielu projektów Devina Townsenda, jednak to, co wyróżnia go spośród pozostałych to fakt, że SYL służył do wyładowania swojego gniewu. A uwierzcie, w tamtych latach Kanadyjczyk chodził wyjątkowo wkurwiony.

City to 40 minut muzyki – niby niewiele, ale jak wiadomo nie liczy się ilość, tylko jakość. A ta jest na najwyższym poziomie. Ten album nie ma słabych momentów, nie nudzi ani przez moment, nie daje nawet ku temu powodów. Tutaj cały czas coś się dzieje, począwszy od intra – Velvet Kevorkian, które w dość brutalny i wulgarny sposób zaprasza nas do środka. A „środek” to już istna uczta dla uszu – to ściana dźwięku. Słuchając tego pierwszy raz byłem dosłownie przytłoczony natłokiem muzyki, za dużo się tutaj działo. Jednak po kilku odsłuchach okazuje się, że całość jest bardzo przejrzysta i mimo tej intensywności jest tam przestrzeń i „sporo powietrza”. Kurwa, głupio to brzmi, ale tak jest naprawdę. Ale niech was to nie zwiedzie – to nie jest muzyka dla cienkuszy. All Hail The New Flesh to prawdziwy cios wymierzony prosto w ryj, a kiedy wydaje się, że „ciężej i mocniej” już być nie może, okazuje się, że to jest jednak możliwe. AHTNF robi ze słuchacza szmacianą lalkę i miota po pokoju jak chce, a im dalej w las, tym lepiej. Pędzący na złamanie karku, pełen wkurwienia do świata Oh My Fucking God to numer, przy którym nawet Szatan zastanawia się, jakie słowa wypluwa z siebie Devin Townsend. Jeśli potraficie wyobrazić sobie siebie leżącego na macie, okładanego pięściami przez Vitalija Kliczko z częstotliwością tabletarki robiącej Cholinex, to macie mniej więcej wyobrażenie tego, co robi ten numer. O takich killerach jak Detox, Home Nucleonics czy Undearneath The Waves nie będę pisał. Wystarczy przeczytać powyższe zdania. Na uwagę zasługuje jeszcze Room 429, zespołu Cop Shoot Cop, który został idealnie zaadaptowany do zimnego, odhumanizowanego klimatu na płycie, oraz nieco spokojniejsze AAA czy Spirituality.

To, co mnie urzeka na tej płycie, to brzmienie i bogactwo dźwięków. Przejawia się to w tym, że słuchając tego albumu już po raz n-ty z kolei w pewnym momencie dostrzegamy nowe, pojedyncze dźwięki, sample, które do tej pory były „nieobecne”, albo schowane gdzieś w tyle, a nagle stały się oczywiste. Sam tak miałem nie raz w okresie, kiedy przez ponad pół roku słuchałem tego albumu dzień w dzień.

Na koniec, napiszę tylko, kogo możemy usłyszeć na tym albumie, pomijając Devina Townsenda dzierżącego gitarę, mikrofon oraz wszelaką elektronikę. Natykamy się na Jeda Simmonsa (Zimmers Hole), Byrona Strouda (3 Inches Of Blood, Fear Factory, Zimmers Hole) oraz Gene’a Hoglana (za dużo by wymieniać), o którym mówi się, że jest perkusistą tak wielkim, jak sam jest. Słuchać i olewać internetowych, napiętych jak struna metalowych omnibusów, twierdzących że to nu-metal bo nie ma solówek (bez których i tak albumu doskonale się słucha i nie zauważa ich braku).

%d blogerów lubi to: