Archiwum dla experimental

Attack-Impulse

Posted in 16-17 with tags , , , , on Luty 14, 2012 by pandemon777

16-17 – GYATSO (1994)

1. Attack-Impulse

2. Intraveinous

3. Vertebrae

4. Fall Of The West

5. Black And Blue

6. Two-Way Mirror

7. The Trowler

8. Motor

9. Flamethrower

10. Solo

11. White-Out

12. The Trawler (Dredged Up Mix)

13. Motor (Alien Body Mix)

16-17 jest jednym z wyziewów ze stajni Pathological Records, wytwórni, która wydała – co sama nazwa już sugeruje – na świat muzykę raczej ocierającą się o różne rejony dźwiękowej ekstremy i zdecydowanie nie schlebiającej masowym gustom. Patologicznej po prostu. Pod ich szyldem wypuszczono tak wspaniałe wydawnictwa jak, m.in., debiut Ice – Under The Skin, łączącego industrial i dub, debiut Techno Animal – Ghosts, składający się z maszynowych hałasów i dark ambientowych pejzaży, japońskiego przedstawiciela metalu industrialnego, czyli Zeni Geva, noise rockowego Terminal Cheesecake, czy kutlowej w pewnych kręgach składanki Pathological Compilation, na której znalazły się rarytasy ikon muzyki z pogranicza industrialu, grindu i wszelkich eksperymentów jak Coil, Carcass, Godflesh, Napalm Death, etc.

Album Gyatso obok Last Home nagranego przez duet Caspar Brötzmann / Peter Brötzmann, był chyba najbardziej z tej całej gromady ukierunkowany na muzykę jazzową, aczkolwiek nie ma mowy o jazzie w łagodnym, rozrywkowym tego słowa znaczeniu, czego w sumie już chyba każdy się domyślił. To jazz w swojej najbardziej prymitywnej i wściekłej formie (podobnej do tej, którą God przedstawił na płycie Possession), całkowicie chaotycznej i łamiącej bariery utartych schematów i harmonii dźwiękowej. W nagrywaniu tego albumu brał udział m.in. G.C. Green, znany z dudnienia na basie w Godflesh oraz Kevin Martin, który czuwał nad produkcją albumu i wzbogacaniem go o sample w postaci dziwacznych odgłosów nadających tej chaotycznej, instrumentalnej orgii jeszcze bardziej surrealistyczny charakter. No właśnie, słowo „chaos” oddaje w tym przypadku w dużej mierze zawartość Gyatso. Trzon całości stanowi ów dudniący i rzężący bas, repetytywna, agresywna i „atakująca” gra perkusji, a nad całością unosi się chmara szarańczy, tzn. mam na myśli totalnie rozwydrzony saksofon, podparty basowym klarnetem, który wspólnie ze wspomnianymi, dziwacznymi odgłosami tworzy tło dla tego nieludzkiego, muzycznego eksperymentu. Fakt, faktem, przy pierwszych przesłuchaniach drapałem się po głowie, zastanawiając się „o co tu chodzi, co to jest?”, jednak było w tej muzyce coś intrygującego i raz po raz wracałem do tego albumu, a z każdym kolejnym przesłuchaniem ten chaos zaczął się w mojej głowie układać w logiczną całość.

Najogólniej rzecz ujmując, Gyatso to świetna mikstura bezlitosnej nawałnicy sekcji rytmicznej i dzikich, free-jazzowych improwizacji, których granice przesunięto na skraj najbardziej nieprzystępnych dla przeciętnego ludzkiego ucha rejonów muzycznych. Wściekły, niemal grindowy feeling (niekoniecznie jest to adekwatne słowo, ale nie wiem jakiego innego użyć), chaos, chaos i jeszcze raz chaos. Tyle, że z czasem wydaje się być w pełni kontrolowany.

Reklamy

Wake up screaming

Posted in God with tags , , , , , on Luty 13, 2012 by pandemon777

GOD – THE ANATOMY OF ADDICTION (1994)

1. On All Fours

2. Body Horror

3. Tunnel

4. Lazarus

5. Voodoo Head Blows

6. Bloodstream

7. White Pimp Cut Up

8. Driving The Demons Out

9. Gold Teeth

10. Detox

God to bodaj pierwszy, wspólny projekt dwóch legend podziemnej ekstremy (i nie tylko), Kevina Martina i Justina Broadricka, którzy współpracowali później przez ładnych parę lat, owocem czego były tak ponadprzeciętne projekty jak Ice, Techno Animal czy też The Curse Of The Golden Vampire (w przypadku którego do nagrania pierwszej płyty zwerbowano Aleca Empire z Atari Teenage Riot). Ich debiut pod nazwą God został trafnie zatytułowany Possession, i w sumie w jego nagrywaniu brało udział prawie dwadzieścia osób. Oczywiście trzon stanowią tutaj Kevin Martin (saksofon, wokale) i Justin Broadrick (wspólnie z Garym Smithem odpowiedzialny za gitary), ale nie śmiałbym też umniejszać wkładu innych kluczowych postaci jak John Zorn, Tim Hodgkinson, Steve Blake (grających na wszelkich instrumentach dętych) czy Dave Cochrane (basista; wcześniej grający w Head Of David, później m.in. w Ice, Sweet Tooth czy The Bug). Taki skład nie mógł opchnąć byle czego i panowie odpowiedzialni za Possession, dali światu płytę, która wykracza poza wszelkie schematy, zaskakującą, nowatorską, „groundbreaking” po prostu, jak to mawiają anglojęzyczni. Była totalnie chora, rozimprowizowana, pełna atonalnych i dysharmonicznych wkrętów free-jazzowych wygrywanych przez gitary i sekcję dętą, miażdżyła potężną nawałnicą dudniącego basu i opętanej sekcji rytmicznej. Inna sprawa to wokale Kevina Martina, stroniącego od jakiejkolwiek melodyjności, który wydobywał z siebie każdorazowo co bardziej przerażające dźwięki.

Po dwóch latach od ukazania się Possession, ów projekt wydał jeszcze jedną płytę studyjną – The Anatomy Of Addiction. Skład się tutaj skurczył nieco, głównie w przypadku dętych instrumentalistów (odejście Johna Zorna i Steve’a Blake’a), którzy w dużej mierze nadawali poprzedniej płycie ten free-jazzowy charakter. I tu tkwi główna różnica pomiędzy Possession i The Anatomy Of Addiction – ta druga jest po prostu bardziej zwarta, w znacznie mniejszym stopniu pojawiają się tutaj improwizacje. O ile „jedynka” jawiła mi się jako wizualizację stanu psychicznego człowieka, który jest wewnętrznie rozbity i nie potrafi sobie poradzić z własnymi demonami, o tyle „dwójka” ukazuje stan psychiczny człowieka, którego gniew jest w pełni ukierunkowany i wie co z tym gniewem poczynić. Przynajmniej tak to osobiście odbieram, jakkolwiek infantylnie by to nie brzmiało. No, ale wróćmy do samej muzyki. Pomimo pewnych różnic w stosunku do Possession, The Anatomy Of Addiction wciąż zachowuje cechy charakterystyczne God, to wciąż potężny, agresywny, emanujący perwersją, zwyrodnialstwem i niepohamowanym wkurwem twór. Do tego atmosfera rytualnej orgii z udziałem ciężkich narkotyków i psychodelików została zachowana, więc nie ma co narzekać, bo kompromisów tutaj nie znajdziemy nigdzie. Począwszy od uzależniającego i kruszącego ściany On All Fours, dostajemy kolejno cios za ciosem – począwszy od niepokojących i klaustrofobicznych Body Horror i Tunnel (bas w tym utworze, jak diabła kocham, jest przecudowny), przez numery, przy których ciężko usiedzieć spokojnie, bo emocjonalnie rozrywają człowieka od środka – mowa tu o takich perłach jak Lazarus, White Pimp Cut Up czy w szczególności Gold Teeth, gdzie, pomijając bezlitośnie wrzeszczące gitary i bas, rządzi wokal, który tutaj jest napompowany wszelkimi emocjami doprowadzającymi człowieka do obłędu i szaleństwa i tym też emocjom daje w pełni upust poprzez ataki niekontrolowanych wrzasków i zdzierania gardła na wszelkie możliwe sposoby. Nie wiem jak można być człowiekiem na tyle oschłym żeby przy tych dźwiękach nie poczuć ochoty na uderzanie gołymi pięściami w ściany i rzucania przypadkowymi przedmiotami we wszystkie strony świata. Na koniec przed nami jeszcze dwudziesto-minutowy kolos, Detox, który daje słuchaczowi uczucie znajdowania się w samym środku jakiegoś psychodelicznego koszmaru. Nie będę dalej już „spoilował”, sprawdzicie i przekonacie się sami.

God jeszcze rok po nagraniu drugiej studyjnej płyty, wydał całkiem udany EP Appeal To Human Greed, z kilkoma remiksami numerów z The Anatomy Of Addiction, po czym zakończył działalność. Z jednej strony niebywała szkoda, że panowie nie zechcieli nagrać więcej płyt w tym stylu, z drugiej jednak strony na pocieszenie mamy nie mniej wartościowe projekty z ich udziałem jak wspomniane Ice czy Techno Animal. Osobiście nawet trochę zazdroszczę osobom, które przesłuchanie tych płyt mają dopiero przed sobą, bo chociaż wciąż robią na mnie potężne wrażenie, to jednak chciałbym ponownie poczuć taki szok jaki przeżyłem przy pierwszym odsłuchu.

Bye, bye asshole

Posted in Fall Of Because with tags , , , on Luty 12, 2012 by pandemon777

FALL OF BECAUSE – LIFE IS EASY (1999)

 

1. Devastator

2. Life Is Easy

3. Middle Amerika

4. Grind

5. Ecstasy Of Hate

6. Malewhoreslag

7. Lifesucker-Shitfucker

8. Merciless

9. Survive

10. Fight Show

11. X-Mas Special

Osoby, którym Killing Joke nie jest obcy, od razu skojarzą tytuł Fall Of Because, utwór pochodzący z ich drugiej płyty What’s THIS For…!. Z tego też utworu zaczerpnięto nazwę dla zespołu, który parę lat później przemianował się na Godflesh. Fall Of Because to twór, który został założony około 1983 roku, w składzie Ben G.C. Green na basie oraz Paul Neville operujący gitarą i wokalem. Z czasem też dołączył do nich Justin Broadrick, który tutaj zasiada za perkusją (podobnie jak w Head Of David). Ten sam skład jest również odpowiedzialny za dokonanie sporej rewolucji w świecie ciężkich brzmień, jednak działając pod tą nazwą dopiero krystalizowali swój styl. Panowie próbowali wydać nagrane numery w ’86 roku, niefortunnie brak wydawcy pokrzyżował im plany i materiał ujrzał światło dzienne dopiero w ’99 roku (dwa lata wcześniej Cleopatra Records chciała wydać go pod nazwą Fall of Because-Life is Easy 1986 [Godflesh-The Early Years], jednak Earache zabronił użycia nazwy Godflesh w tytule).

Tak czy inaczej, nie da się zaprzeczyć, że w swoim czasie Fall Of Because był czymś nowatorskim, i razem z Head Of David stworzyli grunty pod industrialny metal. Na samym Life Is Easy pojawiły się zresztą pierwotne wersje kilku utworów, które zostały później zamieszczone na Streetcleaner, czyli Devastator i Life Is Easy. Pomimo wielu wspólnych elementów z debiutanckim krążkiem Godflesh, muzyka Fall Of Because miała jednak odmienny charakter. Była po prostu bardziej organiczna, i, co nie jest oczywiście żadną ujmą w tym przypadku, mniej zdyscyplinowana, za to bardziej niechlujna i obskurna. Streetcleaner charakteryzował się m.in. tym, że w całości był zwartym, zmechanizowanym, mozolnym walcem, na Life Is Easy z kolei jednak znajdziemy sporo nieokrzesanej, momentami wręcz zwierzęcej dziczyzny, która przywodzi na myśl oczywiście wczesne dokonania Swans czy Discharge. Po prostu więcej tu muzyki hardcore i punkowego nastawienia, a powolne i psychodeliczne numery (Life Is Easy, Survive) kontrastują z ocierającymi się o grindową estetykę (Lifesucker-Shitfucker czy Middle Amerika). Album jest totalnie obdarty z czegokolwiek co może się kojarzyć ze słowem „piękno”, nie ma tu ani jednego melodyjnego fragmentu, tylko sam bezlitosny gwałt za pomocą dźwięków. Ostatnie dwa utwory to z kolei nagrania z koncertów Fall Of Because, dodatkowo z Nikiem Bullenem i Mickiem Harrisem w składzie, a pierwszy z nich został zatytułowany jako Fight Show z powodu bójki, która wybuchła wśród publiki podczas tego koncertu (swoją drogą czemu mnie to dziwi?).

I chociaż nie postawiłbym tego, bądź co bądź, bardzo dobrego wydawnictwa wśród ulubionych płyt, to jednak mimo wszystko jestem pełen podziwu, że ci ludzie będący wówczas młodziakami potrafili stworzyć coś tak nietuzinkowego, coś emanującego niekontrolowaną furią. Heavy metalowcy w tym czasie woleli ubierać obcisłe lateksowe spodnie, pięknie śpiewać falsetem i wdrażać do swojej muzyki jak najwięcej popisowych akrobacji instrumentalnych. Fall Of Because wolał obedrzeć ten świat z wszelkiego blichtru, sprowadzić go do pierwotnej, zminimalizowanej formy i przywołać jego radykalny charakter. I to mi zdecydowanie bardziej odpowiada.

It was just a hallucination

Posted in Scorn with tags , , , on Luty 11, 2012 by pandemon777

SCORN – VAE SOLIS (1992)

 

1. Spasm

2. Suck And Eat You

3. Hit

4. Walls Of My Heart

5. Lick Forever Dog

6. Thoughts Of Escape

7. Deep In – Eaten Over And Over Again

8. On Ice

9. Heavy Blood

10. Scum After Death (Dub)

11. Fleshpile (Edit)

12. Orgy Of Holiness

13. Still Life

Birmingham to miasto położone w Wielkiej Brytanii, i które może pochwalić się faktem, że pochodzi stamtąd ikona i protoplaści muzyki metalowej, Black Sabbath. Ale czy tylko? Otóż nie, bowiem również stamtąd pochodzą też jedni z pionierów gitarowej ekstremy, czyli grindowcy z Napalm Death. Przez szeregi tego zespołu przewinęło się wielu muzyków, którzy postanowili spróbować sił w innych projektach i zespołach, i którzy grunty muzyki ekstremalnej potrząsnęli nie raz i nie dwa – począwszy od Billa Steera (założyciela Carcass), przez Justina Broadricka (m.in. Godflesh, God, Ice, Techno Animal, Head Of David, Fall Of Because, etc.) aż po Micka Harrisa (m.in. Extreme Noise Terror, Painkiller, Lull) i kilku innych.

Scorn został powołany do życia we wczesnych latach ’90 i wówczas, na samym początku istnienia tego projektu składał się z trzech członków Napalm Death, którzy nagrali również stronę A debiutu Napalmów, Scum. Tymi ludźmi byli właśnie Justin Broadrick, Mick Harris i Nicholas Bullen. Scorn z czasem stał się jednoosobowym projektem, na czele którego stanął Mick, porzucając wszelkie bariery i ograniczenia poza własną wyobraźnią, eksperymentując na wielu polach muzycznych, głównie związanych z elektroniką (ambient, dub, trip-hop, etc.), przy okazji też odcinając się od metalowych korzeni. No, ale przejdźmy do Vae Solis, albumu, który dla mnie wciąż mimo wielu odsłuchów stanowi tajemnicę.

Okładka (wedle informacji, które znalazłem gdzieś w czeluściach internetu) powstała w wyniku połączenia dwóch nałożonych na siebie fotografii medycznych – jedno z nich to otwarte, skażone chorobą gardło, drugie zaś to komórka rakowa, powiększona pod mikroskopem. Co do tytułu, to interpretacji jest wiele i ciężko tak naprawdę powiedzieć co dokładnie oznacza. Niektórzy tłumaczą go jako „Biada osamotnionym”, inni jako „Czarne słońce”, a jeszcze inni, jeszcze inaczej. No cóż, może kiedyś znajdzie się jakaś jednoznaczna odpowiedź. A jaka jest muzyka? Jestem skłonny stwierdzić, że to jeden z najbardziej oryginalnych albumów na scenie metalowej, eksperymentalny, odważny, bogaty stylistycznie, chociaż jednocześnie niebywale spójny. Zaczyna się szaleńczym, epatującym pierwotną dziczyzną Spasm, który na otwarcie albumu jest jak znalazł. Wpływ wczesnego Discharge jest tu wyraźnie słyszalny, chociaż potraktowany w unikatowy sposób. Zresztą patentów zaczerpniętych z twórczości prekursorów hardcore, znajdzie się po drodze jeszcze kilka we fragmentach świetnych Hit czy Walls Of My Heart. Ogólnie pierwsze cztery utwory w stosunku do reszty brzmią całkiem chwytliwie, również masywny walec w postaci Suck And Eat You brzmi bardzo „groovy”. W dalszej części Vae Solis panowie zwalniają tempo, i album przeradza się w mozoloną, bardziej eksperymentalną i psychodeliczną jazdę. Nie omieszkałbym zwrócić uwagi na mojego faworyta na całej płycie – On Ice. Ten dubowo-plemienny numer niemal w całości oparty jest w zasadzie na powtarzalnym, prostym rytmie, ale jestem w stanie go słuchać bezustannie. Urzeka mnie jego rytualny klimat, ta specyficzna, wwiercająca się w głowę gitarowa gra Broadricka, ten monotonny, umiarkowany rytm. Istna hipnoza, atmosfera czającej się zewsząd grozy, zresztą kto posłucha ten zrozumie o czym mówię.

Sądzę, że nie ma sensu opisywać każdego numeru po kolei, nie wiem jednak też jak krótko i zwięźle podsumować całość. Mogę jedynie dodać, że każdy element tej płyty uwielbiam – od brudnego i surowego brzmienia, przez charakterystyczną grę gitary, operującej na niekoniecznie przyjaznych dla ucha harmoniach, kończąc na tajemniczej i wrogiej atmosferze, w której Vae Solis jest spowity w całości. To fenomenalny album i jeden z najlepszych w dwudziestoletniej karierze Scorn. Amen.

We have no faith in the summer of love

Posted in Head Of David with tags , on Styczeń 27, 2012 by pandemon777

HEAD OF DAVID – LP (1986)

 

1. Smears

2. I’ll Fall At Your Feet

3. White Bastard

4. Rocket USA

5. Snuff Raider M.C.

6. Joyride Burning X

7. Shadow Hill California

8. Newly Shaven Saint

Osoby, które głównie oczekują od muzyki monumentalnych wrażeń, melodyjności, klarownego brzmienia i ogólnej czytelności utworów – przykro mi, nie tym razem. Możecie przestać czytać tę recenzję w tym miejscu. Osoby, których za to kręci muzyka wyciągnięta spod kilkumetrowej warstwy gruzów fabryk Czarnobylu – zaparszam, jeśli nie dane Wam było poznać debiutu Head Of David.

W drugiej połowie lat ’80 thrash metal święcił swoje tryumfy, rok ’86 wypluł jedne z najbardziej klasycznych dla gatunku pozycji, Reign In Blood, Darkness Descendes, None Shall Defy czy też Peace Sells… i Master Of Puppets. W tym samym czasie zaczął powoli kiełkować nowy gatunek, który zamiast czerpać inspiracje z klasyków heavy metalu, za podstawy obrał wczesny industrial i jego pochodne, zastępując wpływy Judas Priest fabrycznym hałasem Throbbing Gristle, a falsety Iron Maiden dzikim wrzaskiem i pierwotną dziczą wczesnego Swans, zaś popisy gitarowe porzucił na rzecz minimalizmu Killing Joke z pierwszych dwóch płyt. W swej ostatecznej formie, zdefiniowanej na potężnym Streetcleaner Godflesh, powstał prawdopodobnie najbardziej zdehumanizowany i bezkompromisowy gatunek w świecie metalu, czy też muzyki ogólnie pojętej, który nazwano najprościej metalem industrialnym. No, ale wróćmy do początków. Tymi pierwszymi zespołami, które postanowiły połączyć industrialny hałas z gitarowym gwałtem były m.in. właśnie Head Of David czy Fall Of Because. W obu udzielał się zresztą lider Godflesh, Justin Broadrick [sam FOB (tak, to jest ukłon w stronę Killing Joke) był w zasadzie formą larwy Godflesh], jednak do składu Head Of David dołączył dopiero na drugiej płycie, Dustbowl. Niestety na „dwójce” muzyka, choć wciąż wspaniała i oryginalna, utraciła ten specyficzny nastrój debiutu, nabrała bardziej pustynnego klimatu (i nie mówię tak tylko z powodu sugestii okładki), opuszczając mury zburzonych fabryk spowitych w dymie, brudnych, zniszczonych i estetycznie odrzucających. Ciężko mi jest tak naprawdę zdefiniować te dźwięki i te emocje. Mogę oczywiście napisać, zgodnie z prawdą zresztą, że ten album kreuje wizję miejsca, do którego słoneczne promienie nie docierają, będąc wiecznie schowane za ścianą szarych chmur, miejsca gdzie nie ma nawet jednego kolorowego elementu. Dominuje brud, wstręt, gdzie by nie spojrzeć, przed oczami i tak pojawiają się opustoszałe tereny, ruiny dawnej kultury, która spektakularnie zginęła w wyniku własnej głupoty, gruzy, na których już życie nie powstanie. To muzyka pełna rezygnacji, jednak nie ma mowy o pretensjonalnym znaczeniu tego słowa, nie ma natchnionych, dekadenckich zaśpiewów o upadającej cywilizacji, to jest po prostu konfrontacja z faktem, że świat jest martwy i nie można nic już na to poradzić, nadzieja jest tutaj tak samo nieobecna jak w komorach gazowych obozów koncentracyjnych. I myślę, że ten album jest wręcz idealną soniczną wizualizacją takich właśnie miejsc. Surowy, twardy, przygnębiający i niepokojący zarazem. Za tą ścianą dźwięku zbudowaną z amelodyjnych, rzężących gitar, pustki i przestrzeni brzmieniowej, dźwiękowej ascezy stoi jednak coś nieuchwytnego i coś czego nie potrafię określić. To dosyć osobiste odczucie, tak jakbym wyczuwał w niej jeszcze jakiś odchodzący, ludzki pierwiastek, resztki emocji i uczuć zanim zanikną permanentnie. Ale daruję już może kolejnych naiwnych i egzaltowanych skojarzeń i opisów (chociaż może ktoś odbiera to podobnie jak ja?).

Five seconds of decision
To realise your purpose in life
Five minutes of careful thought
To achieve maximum effect
We have no faith in the summer of love
Worship the sun and it rains

We’re tipping sideways, sideways
Hand in hand, head in my knees

 I tyle w temacie. Uwielbiam.

%d blogerów lubi to: