Archiwum dla 1993

Don’t place faith in human beings

Posted in Machines Of Loving Grace with tags , , on Marzec 22, 2012 by pandemon777

MACHINES OF LOVING GRACE – CONCENTRATION (1993)

1. Perfect Tan (Bikini Atoll)

2. Butterfly Wings

3. Lilith/Eve

4. Albert Speer

5. Limiter

6. If I Should Explode

7. Shake

8. Cheap

9. Accelerator

10. Ancestors Cult

11. Content?

12. Trigger For Happiness

Powstały w 1989 roku, Machines Of Loving Grace był jednym z pierwszych zespołów obok Nine Inch Nails, z kręgu rocka industrialnego, który jednak epatował innymi emocjami i nastrojami niż większość zespołów z tego nurtu. Miast postawić na wyrażanie złości i frustracji wywołanych egzystencją na tym padole łez, panowie z Arizony tworzyli elektronicznego rocka z bardziej przebojowym zacięciem, chociaż o szturmowaniu list przebojów w ich przypadku nie ma co mówić – niefortunnie nie udało im się osiągnąć większego sukcesu komercyjnego, pomimo kilku chwil, w których zagościli na MTV.

Ich drugi album Concentration to album, który idealnie nadaje się do samochodu czy też do słuchania nawet w niezobowiązujący sposób, kiedy człowiek potrzebuje prostego i dobrego rocka, który może i ciężarem nie wbija, ale brzmi przy ty bardzo „groovy” i świetnie buja zarazem. Od pierwszego numeru człowiek wczuwa się w klimat płyty, dostając kolejno hit za hitem, z których największą popularnością cieszył się Butterfly Wings. Opatrzony teledyskiem został dodatkowo wykorzystany w 2008 roku w filmie Punisher: War Zone, zyskując też podrzędną popularność w czasach swojego wydania dzięki obecności na wspomnianym MTV (to prawda, że na tej stacji faktycznie kiedyś można było zobaczyć wideoklipy i to całkiem dobre nawet). Następujący po nim Lilith/Eve to jeden z moich osobistych „highlightów” na Concentration, numer jaki lubię najbardziej – bardzo erotyczny i uwodzicielski, z lekko futurystycznym klimatem i snujący się umiarkowanym tempem wciąga momentalnie i zachęca do naciskania przycisku „repeat”. Ale w zasadzie całość jest „umoczona” w takiej właśnie atmosferze – jest erotycznie i zmysłowo, momentami mrocznie i uwodzicielsko, ogólnie ten album to bardziej seksowna strona industrial rocka, posiadająca swego rodzaju bluesowy luz, pozbawiona nachalnej agresji i wściekłości, a pulsująca sobie gdzieś w zakątku pokoju, dyskretnie kusząc do zapoznania się z jej zawartością (zabrzmiało dwuznacznie?). Gitary nie operują tutaj na ostrych i ciętych riffach, a grają w bardziej „funkujący” sposób (mam wrażenie, że fani wczesnego Red Hot Chili Peppers i Faith No More znajdą tutaj coś dla siebie nawet), co też jest ciekawą odmianą w tej estetyce, a sekcja rytmiczna nie obiera sobie za cel wgniatania w ziemię, za to luzacko sobie pulsuje nadając całości umiarkowanej dynamiki, chociaż nie ośmieliłbym się powiedzieć, że w jakimkolwiek stopniu zanudza.

Concentration to sprawnie zaaranżowany album, wzbogacony elektronicznymi smaczkami, serwujący dawkę naprawdę przebojowych numerów, więc tym bardziej dziw mnie bierze, że zespół z dosyć dużym potencjałem komercyjnym dzisiaj nie grzeszy popularnością. Podobną ścieżką w późniejszych latach podążyły takie zespoły jak Gravity Kills, Stabbing Westward czy nawet Filter, wszyscy osiągając więcej rozgłosu w swoim środowisku, moim zdaniem dosyć niesłusznie, chociaż swoje dobre momenty w karierze mieli. Sam Machines Of Loving Grace „liznął” trochę mainstreamowego świata również przy okazji nagrywania utwór Golgotha Tenement Blues do ścieżki dźwiękowej kultowego wręcz filmu The Crow, z nieżyjącym już Brandonem Lee (syn Bruce’a Lee, jakby ktoś niezorientowany był). Naprawdę warto się zapoznać, i nie mówię tu tylko o fanach industrialnego rocka, ale o każdym kto lubi dobrego i przebojowego rocka, z funkowym sznytem i dodatkiem elektronicznych wkrętów.

Moon Shines At Night

Posted in Djivan Gasparyan with tags , on Luty 27, 2012 by pandemon777

DJIVAN GASPARYAN – MOON SHINES AT NIGHT (1993)

1. Anush Garun – Lovely Spring

2. Sayat Nova

3. Khandvat Tuner – 7th December 1988

4. Me Lotzazrue Intz – Don’t Make Me Cry

5. Do Noritz Ekeles – You Have To Come Back To Me

6. Es Gisher – Tonight

7. Ciretzie Yaris Taran – They Took My Love Away

8. Lusniak Gisher – Moon Shines At Night

9. Tzirane Tzar – Apricot Tree

10. Mayrik Em – Mother Of Mine

Pochodzący z Armenii, Djivan Gasparyan uchodzi za mistrza instrumentu dętego, zwanego duduk, będącego narodowym instrumentem tego kraju. Na przestrzeni lat osiągnął za sprawą tak zaawansowanego opanowania owego instrumentu, sporo sukcesów, zresztą zdobycie tytułu People’s Artist of Armenia to już nie lada wyróżnienie. Co ciekawe, pierwszą płytę, sygnowaną swoim nazwiskiem wydał w wieku… sześćdziesięciu jeden lat, w ’89 roku, która tak jak pozostałe jego dokonania jest wypełniona armeńskim folkiem, ale zagranym z niebywałym zaangażowaniem emocjonalnym. I chociaż estetyka, której Djivan hołdował całe życie nie przyniosła oszałamiającego sukcesu komercyjnego, to jednak dzięki niej zaskarbił sobie szacunek nie tylko wśród swojego ludu, ale i wśród artystów z różnych muzycznych biegunów, począwszy od Petera Gabriela (Genesis) czy Davida Sylviana (Japan/Rain Tree Crow), a skończywszy na Brianie May (Queen) i Hansie Zimmerze. Z wszystkimi zresztą, w którymś punkcie swojej kariery współpracował.

Moon Shines At Night to druga płyta w jego karierze, a pierwsza, z którą się zetknąłem i wobec której czuję swoistą estymę. To bardzo smutna muzyka i przy tym również bardzo oszczędna w formie, stroniąca od fajerwerków, dla niektórych może się wydawać też monotonna i nudna, bo tak na dobrą sprawę niewiele się dzieje wzdłuż albumu – żadnych zmian stylistycznych, zmian dynamiki czy nastroju. „Po co w takim razie słuchać takiego monotonnego i smętnego nudziarstwa?” ktoś by zapytał, ale odpowiedzieć na te pytanie, wbrew pozorom, nie jest specjalnie trudno. Tak już bywa, że często dobra muzyka wymaga wsłuchania się w nią, jak i odpowiedniego nastroju, a to co wcześniej odrzucało i nudziło, po czasie okazywało się być piękne i wręcz kojące. I tak też jest w przypadku Moon Shines At Night. Sam nie byłem specjalnie entuzjastycznie nastawiony wobec tego albumu, ale jakoś tak się złożyło, że któregoś niezbyt udanego dnia potrzebowałem czegoś na uspokojenie, najlepiej jakiegoś dźwiękowego leku, i padło ostatecznie na Moon Shines At Night właśnie. Szczerze powiedziawszy, tego w tamtym momencie trzeba mi było, czegoś nienachalnego, spokojnego, jednocześnie posiadającego pewnego rodzaju mistyczną aurę, czegoś co wywołałoby ten błogi stan emocjonalnego ukojenia – a ten album spełniał wszystkie te warunki. Pomimo swojego smutnego, momentami wręcz żałobnego i poruszającego bardziej wrażliwe rejony ludzkiej psychiki charakteru, jest niczym balsam dla duszy. Człowiekowi w takich momentach przestaje przeszkadzać wspomniana monotonia, a wręcz cieszy fakt, że te piękne dźwięki trwają wciąż w tym samym nastroju, bez zgrzytów i niespodzianek po drodze. Czystość estetyczna jest tutaj naprawdę niebywałym plusem.

Jakoś tak już mam, że podczas słuchania tego albumu wyobraźnia nasuwa mi obrazy i sceny, które widywałem w filmach o średniowiecznych wojnach, sceny, w których bitwa już dobiegła końca, kurz i pył opadł, a na zielonych polanach pozostały już tylko martwe ciała poległych rycerzy. W takich momentach czuć ukojenie, że to już cisza po burzy, a nie przed burzą, że horror już się skończył i nastał moment kontemplacji w ciszy i spokoju. To takie moje osobiste wrażenie dodane na koniec recenzji, ale zakładam, że każda osoba odbierze i zinterpretuje w wyobraźni te dźwięki w jakiś inny sposób. Mam nadzieję, że ktoś zechce zbadać muzykę tego pana i doceni, jeśli nie od razu, to po czasie, te pozornie „nudne” dźwięki.

Painted life, not real

Posted in Blood From The Soul with tags , , on Luty 12, 2012 by pandemon777

BLOOD FROM THE SOUL – TO SPITE THE GLAND THAT BREEDS (1993)

1. Painted Life

2. The Image And The Helpless

3. On Fear And Prayer

4. Guinea Pig

5. Natures Hole

6. Vascular

7. To Spite

8. Suspension Of My Disbelief

9. Yet To Be Savoured

10. Blood From The Soul

Rodziny Napalm Death ciąg dalszy. Blood From The Soul podobnie jak znaczna większość około-Napalmowych projektów koncentruje się wokół industrialu, w tym przypadku, ściślej mówiąc wokół tej gitarowej strony industrialu.

Sam zespół został założony na początku lat ’90 przez basistę Napalm Death, Shane’a Embury’ego, który na trasie swojej macierzystej kapeli poznał Lou Kollera, wokalistę hardcore’owego Sick Of It All. Panowie się zakolegowali i w czasie odpoczynku pomiędzy jedną trasą koncertową a drugą, postanowili wstąpić do studia i nagrać w ramach odskoczni jakiś album. Shane Embury, któremu wyraźnie przypadły do gustu nowe technologie zastosowane w świecie ciężkich brzmień, czyli używanie automatu perkusyjnego i samplowania, postanowił je na owym albumie też zastosować. Był też odpowiedzialny za każdy aspekt albumu poza wokalem – gitary, bas, sample, programowanie rytmów, perkusja to w całości jego działka.

I tak oto w 1993 roku został wydany pierwszy i ostatni album Blood From The Soul, który dzisiaj znany jest garstce zwolenników industrial metalowych brzmień jak i fanatyków Napalm Death, którzy w jednym palcu mają wszystko co z tym zespołem związane. Sama muzyka na To Spite The Gland That Breeds przypomina mi nieco twórczość Optimum Wound Profile, głównie ze względu na wpływy hardcore, które stanowiły wspólny element obu tych zespołów. Nie jest to album zbyt zróżnicowany, w zasadzie utwory zbudowane są na podobnych patentach – mniej lub bardziej połamanej rytmice, w większości tnących gitarowych riffach i często skandowanych wokalach pana Kellera. Aczkolwiek nie sądzę aby w tego typu muzyce zróżnicowanie jakoś specjalnie się liczyło, dopóki muzyka dostarcza odpowiednich emocji przez cały czas trwania albumu. Całość jest stosunkowo dynamiczna i agresywna (no może poza stonowanym Natures Hole, gdzie pojawia się taki niemal bluesowy luz oraz wieńczącym płytę, mozolnym Blood From The Soul), czuć tu energię i wykop, co zresztą nie powinno dziwić mając na uwadze ludzi odpowiedzialnych za ten projekt.

Osobiście po każdorazowym przesłuchaniu To Spite The Gland That Breeds czuję się usatysfakcjonowany, bo to dobry i solidny album, który zawsze lubię odświeżyć przy każdej zajawce na gitarowy industrial. Nie wiem co jeszcze mógłbym dodać poza tym, że polecam serdecznie ten, bądź co bądź, mało znany projekt.

Forgiven but not forgotten

Posted in Meathook Seed with tags , , on Luty 11, 2012 by pandemon777

MEATHOOK SEED – EMBEDDED (1993)

 

1. Famine Sector

2. A Furred Grave

3. My Infinity

4. Day Of Conceiving

5. Cling To An Image

6. A Wilted Remmant

7. Forgive

8. Focal Point Blur

9. Embedded

10. Visible Shallow Self

11. Sea Of Tranquility

Kolejny industrialny projekt, który należy do rodziny Napalm Death. Pomysł na Meathook Seed zrodził się w głowie gitarzysty Mitcha Harrisa (brat Micka Harrisa), który do zabawy zaprosił dwóch członków z Obituary – Donalda Tardy’ego i Trevora Peresa, który objął tu rolę wokalisty. I chociaż daleko mi do bycia fanem Napalm Death, a tym bardziej Obituary, to muszę przyznać, że na tej płycie pokazali taki kunszt kompozytorski, że chylę czoła. Tutaj death metal i industrial metal współgrają w sposób w jaki nie spotkałem na żadnym innym wydawnictwie z tego gatunku i obawiam się, że drugiej takiej płyty już nie usłyszę.

Jako że, Obituary słynie z faktu, że stanowi całkiem sprawną kalkę Celtic Frost, to i tutaj nie obyło się bez patentów zaczerpniętych z twórczości szwajcarskich mistrzów. Na sam początek dostajemy Famine Sector, który po chwili niepokojącego intra przeistacza się w istne dźwiękowe tornado, bombardując opętaną rytmiką i agresywnym riffowaniem. Wokal to już inna bajka, brzmi tak nieludzko, że nie jestem go w stanie jakoś konkretnie określić – wrzaskliwy, potworny, charczący, no idealny po prostu. Famine Sector to (obok Cling To An Image) chyba najbardziej sponiewierający, chory i atonalny numer na całej płycie, który podnosi adrenalinę, i przy którym głowa macha we wszystkie strony aż do zerwania ostatniej żyłki łączącej ją z karkiem. Chociaż i przy późniejszych numerach dzieje się podobnie. W A Furred Grave co prawda ten zdarty, monstrualny wokal zanika, i pojawiają się bardziej czyste wrzaski, ale to nie stanowi żadnego problemu, bo numer i tak jest świetny. Znowu dostajemy masę gitarowych lotów, miażdżących riffów, których nie powstydziłby się Tom G. Warrior, i które wzbogacono dysharmonią a la Godflesh, zapętlonych i powtarzanych (znowu kłania się Prong), przy akompaniamencie wyrazistej, mechanicznie grającej perkusji. I tak wzdłuż całej (prawie) płyty, raz dynamiczniej, raz wolniej i doomowo, jednak bez chwil dla wytchnienia Meathook Seed raczy słuchacza lawiną bezkompromisowych, opętanych i ciężkich numerów, gdzie pojęcie „stabilność psychiczna” stanowi abstrakcję albo zwyczajnie nie istnieje. Inna sprawa to teksty, które z muzyką komponują się idealnie. Są bolesne, gniewne, jednocześnie niebywale trafne i inteligentne, i z którymi łatwo się utożsamić. Na sam koniec, po ciężkich bojach z notorycznymi atakami gitarowych manifestów niezrównoważenia psychicznego, dostajemy całkowicie odmienny, dark ambientowy Sea Of Tranquility (do którego dorzucił swoje trzy grosze również basista Napalm Death, Shane Embury). Słowo „tranquility” w tym wypadku może zabrzmieć nieco ironicznie, bo chociaż numer faktycznie jest dosyć cichy i płynący, to jednak potrafi wywołać uczucie niesamowitej grozy, którego słuchanie samotnie w ciemnościach przypomina trochę oglądanie dobrego horroru w tych samych warunkach. Mimo skrajnej odmienności stylistycznej, wcale nie psuje atmosfery całej płyty, wręcz przeciwnie, sądzę, że takie zakończenie jest o wiele ciekawsze.

I to by było na tyle. Embedded to płyta, którą warto promować wzdłuż i wszerz, bo szkoda by została całkowicie zapomniana. Jest naprawdę oryginalną i wartościową pozycją, i dla mnie jedną z tych płyt, które ukazują najlepsze oblicze muzyki metalowej. Nigdy nie miałem okazji sprawdzić drugiej płyty Meathook Seed, nagranej już w innym składzie, która podobno jednak mocno odbiega stylistycznie od debiutu. I chyba dlatego niezbyt mam ochotę po nią sięgać w obawie, że popsuje sobie w głowie wizerunek tego zespołu. No cóż, może kiedyś.

(nie zrazić się słabą jakością)

Can’t get enough, the pain begs for more

Posted in Soulstorm with tags , , on Luty 10, 2012 by pandemon777

SOULSTORM – DARKNESS VISIBLE (1993)

 

1. Degeneration Mode

2. Endless Human Failure

3. Disruption

4. Empty Mental Room

5. Stranglehold

6. Nothingness

7. Helpless To Habit

8. Burning

Soulstorm jest kolejnym „dzieckiem” (określenie bastard-child będzie najbardziej adekwatne) zrodzonym ze związku industrialnego metalu i death metalu, które w pierwszej połowie lat ’90 cieszyły się w świecie ciężkiego grania całkiem sporą popularnością. Zespół co prawda nigdy nie stał się żadną wielką legendą, żadnych barier też nie przełamał, ale w ramach ciekawostki dla sympatyków wyżej wymienionych gatunków jest warty poświęcenia mu chwili czasu.

Darkness Visible penetruje rejony, na których wcześniej już zagościł Pitchshifter, i chociaż wobec Soulstorm mogą paść zarzuty w kwestii odtwórczego charakteru ich muzyki w stosunku do prekursorów tego typu grania, to trzeba przyznać, że mieli do zaoferowania kawał solidnie wykonanego metalu. Serce, które czuje największą potrzebę na wyładowanie gniewu i frustracji, na emocje wyjęte prosto ze zdegenerowanych czeluści ludzkiej osobowości powinno przy tych dźwiękach zacząć bić szybciej. Mikstura obrzydliwie ciężkich gitar rodem z pierwszych dwóch płyt Entombed i patentów zaczerpniętych z Prong (charakterystyczne riffowanie i struktura utworów) dają świetny efekt. Zaczyna się od najbardziej dynamicznego kawałka na płycie, Degeneration Mode oferujący tony zbasowanych i „ubłoconych” brzmień, nieprzyjaznych dla przeciętnego ucha warczących riffów i masę wrzasków (chociaż gdzieniegdzie wkradają się bardziej czyste wokale, ale nie przeszkadzają w żadnym stopniu), przepuszczanych w sporej ilości przez wszelkiej maści przestery. Im dalej w las, tym bardziej mozolna staje się muzyka – o ile pierwszy numer był bezlitosnym ciosem w twarz, o tyle reszta numerów powoli i skrupulatnie torturuje słuchacza, i tak już do końca albumu Soulstorm uracza nas kolejnymi ociężałymi napakowanymi psychicznym skrzywieniem numerami.

Jak już mówiłem, Darkness Visible to żaden przełomowy album, jednak słuchając go jestem skłonny stwierdzić, że wolałbym więcej takich wydawnictw w dzisiejszej muzyce metalowej, takich, w których czuć autentyzm i bezkompromisowość.

One cog in the machine, the machine runs you

Posted in Dead World with tags , on Luty 4, 2012 by pandemon777

DEAD WORLD – THE MACHINE (1993)

 

1. Cold Hate

2. Lies

3. 180

4. Kill

5. Blood Everywhere

6. The Machine

7. Orgy Of Self Mutilation

8. El Shaddi

Dead World to jedni z prekursorów industrialnego death metalu, którzy wspólnie z Pitchshifter dokonali fuzji tych dwóch gatunków. Jednak z czasem i jedni i drudzy odcięli się od deathowych wpływów – Pitchshifter w drugiej połowie lat ’90 pozwolił sobie na eksperymenty z przebojowym, elektronicznym rockiem, zaś Dead World już rok po debiucie wyrzucił ze składu perkusistę, zastępując go automatem i zrezygnował z growlujacych wokali, dążąc jednocześnie do zmechanizowania swojej muzyki. Komu wprowadzenie mniejszych lub większych zmian wyszło na lepsze? Tym drugim, zdecydowanie.

Pomimo przyklejonych im etykiet „industrial metal” czy też „death metal”, kojarzącymi się głównie z ekstremalną stroną muzyki, zespół nigdy nie grał brutalnie ani nie kładł nacisku na sianie dźwiękowego chaosu i przekraczania granic szybkości. Nigdy też nie był zespołem metalowym, w pełni tego słowa znaczeniu, w końcu debiut w sporej części był wypełniony muzyką spod znaku dark ambient, która bynajmniej nie osłabiała siły przekazu, zresztą owe mroczne pejzaże dźwiękowe są obecne na płycie The Machine i sprawdzają się świetnie. Czystego death metalu też tutaj nie uświadczycie, z tym, że „dwójka” Dead World i tak potrafi porazić bardziej niż nie jeden wyziew z tego muzycznego poletka. Sam tytuł pierwszego utworu stanowi najkrótszy i zarazem chyba najtrafniejszy opis zawartości tej płyty.

Torch the church and shoot the priest, we are walking sin.

Cold Hate…

Album jest zarówno nienawistny, jak i chłodny, taki dyskretny i spokojny zabójca, który zabija (w tym wypadku szare komórki) bez wyrzutów sumienia i litości, bez żadnych pretensjonalnych przemówień, dając w najprostszy i najbardziej bezpośredni sposób upust nagromadzonej w sobie nienawiści i obrzydzenia dla świata i ludzi. Mizantropia jest tutaj wręcz namacalna, a uczucie tłumionego gniewu, który lada chwila może przełamać moralne blokady towarzyszy niemal przez cały czas trwania płyty. Środki wyrazu są tutaj również adekwatne do przekazywanych emocji. Absolutnie uwielbiam sposób w jaki ze sobą współgrają gitary i wokal – te ociężałe, często „ślamazarne” riffy i rzężenia w połączeniu z głosem Jonathana Canady’ego dają porażający efekt. Właśnie, ten głos zasługuje na dodatkowe wyróżnienie. Jak już wspomniałem na początku recenzji, tutaj nie ma growli ani żadnych agresywnych i nachalnych wokali, są za to niskie, często przeciągane i dyskretne niemal-szepty, których echo rozchodzi się w przestrzeni, i które budują atmosferę napięcia i strachu.

Co do highlightów The Machine, to obok Cold Hate wymieniłbym utwór tytułowy (poprzedzony dark ambientowym Blood Everywhere, stanowiącym coś na kształt preludium), z potężnym, prawie doom metalowym riffem, posiadającym jeden z najbardziej trafnych tekstów dotyczących współczesnej cywilizacji.

[…] The soul it burns for fuel / Mass exploitation and riches for the few / Christ of modern culture, work away the sin, sleep away the anger, work day soon begins / Crawl back in your holes, when the work day’s through / One cog in the machine, the machine runs you…

Cały album stanowi wyraz sprzeciwu wobec współczesnego świata, jest manifestem wstrętu żywionego do stylu życia szarych ludzi, którzy na przemian oddają się bezmózgiej, fabrycznej pracy i taniej, równie bezmózgiej rozrywce składającej się z meczów w telewizji, piwa i okazjonalnego dokonywania aktów przemocy na rodzinie. To muzyka obrzydzenia i wstrętu dla świata ogłupionego i bezdusznego, który tonie w powodzi własnego plugastwa, tutaj nie ma nadziei na lepsze jutro, jest za to nieposkromiona chęć porozrzucania wzdłuż i wszerz globu głowic nuklearnych. Brzmi zachęcająco, prawda?

%d blogerów lubi to: