Jadymy durch

Posted in Oberschleisen with tags , , on Listopad 27, 2015 by kubeusz

OBERSCHLEISEN – I [2013]

i-b-iext28053001

1 Jadymy Durch
2 Bier Mie
3 Futer
4 Jo Chca
5 Powstaniec
6 Oberschlesien
7 Szola
8 Richter
9 Żryj
10 Mamo
11 Fusbaloki
12 Robot

Znacie Rammstein? Takie germański zespól co to gra(ł) kwadratowe całkiem lajtowe industriale na dwóch pierwszych płytach. A znacie ślonsko godka? Niy? To poznacie, bo jo tyz nie znom.

Oberschleisen czyli w mowie ludzi (albo gorolskiej, jak kto woli) to po prostu Górny Śląsk, taką oto nazwę obrał band z (uwaga) górnego śląska dokładnie z Piekar Śląskich. No to już wiemy prawie wszystko, grają kwadratowo jak R+ na dwóch pierwszych krążkach, z tymże zamiast raka gardła wokalista godo w ślonskij godce. Na dniach albumowi stuknie drugi roczek więc pewnie wszyscy szanujący się recenzencji rozłożyli album na czynniki pierwsze niczym doktor mengele ale chuj z tym.

Zasadniczo z haśle „Śląski Rammstein” zawiera się cały opis tego krążka, bo co tu więcej powiedzieć? Że wchodzi całkiem całkiem? Dupy nie urywa ale wstydu nie przynosi a jak ktoś lubi śląską gwarę to doda oczko albo i nawet dwa więcej? Więc ograniczmy się do tego co już zostało powiedziane, zwłaszcza że jest piątek wieczór i normalni ludzie o tej porze myślą raczej o zimnym piwku chłodzacym się w odmętach lodówki. A na dniach do obczajenia drugi krązek o jakże oryginalnym tytule – II.

REBORN!!!!???

Posted in Uncategorized with tags , , on Listopad 27, 2015 by kubeusz

O kuchwa, cipiec tfu lipiec 2012 – ostatni wpis, ale czasu mineło. Ostatnio zabawiłem się w górnika i niczym hajer przodowy odkopałem bloga i aż mnie naszła chęć znów coś poskrobać, tym razem jednak mała zmiana, blogas będzie ogólny, tzn troche muzy, trochę filmów, trochę książek, zasadniczo co tam wpadnie w łapę. A więc „naprzód kurwa nasza mać, z chujem na ustach prosto w odbyt świata”.

boring tales…

Posted in Easily Emarrassed with tags , , on Lipiec 4, 2012 by kubeusz

EASILY EMBARRASSED – TALES OF THE COIN SPINNER [2011]

1. The Truth
2. Blessed Day On Distorted Shape
3. Sylphesizer
4. The Coin Spinner
5. Moon People
6. The Old Ways
7. Little Match Sister
8. Triplets
9. Nothing But Spirit
10. Under The Jester’s Hat

Ostatnio podczas przewijania rhythmboxa i przeglądania zasobów muzycznych trafiłem na projekt nazwany Easily Emarrassed. Pamiętam, że znajomy kiedyś się tym jarał jak Kamień Pomorski, ale że ja nie pamiętam co to jest to niestety zapuściłem ich najnowsze płyciwo nazwane „Tales Of The Coin Spinner”.

Wszelakie lastefemy, rateyourmusiky i inne mądre portale twierdzą że to psybient. Pominę fakt jak brzmi ta nazwa i przejdę od razu do sedna a mianowicie do tego jaka to muzyka jest na tym krążku, a więc gibko po pora późna i browar się kończy.

Znajdziemy tu całe 10 kompozycji, które łacznie trwają prawie godzinę, więc tak optymalnie. Wyróżniających się utworów na plus raczej brak, każdy z nich brzmi całkiem przyjemnie w momencie jego słuchania (no może z wyjątkiem Sylphesizer, który jest chyba największym kupsztalem na płycie). Dlaczego tylko w momencie słuchania? Bo jak przejdziemy do następnej kompozycji to o poprzedniej już się praktycznie zapomina. Na szczęście takie wałki jak Moon People, Triplets (prawie jak Naplets) czy Little Match Sister są dużo ciekawsze od wspomnianego Sylpecośtam, oraz w sumie od pozostałej reszty płyty również. Nie zmienia to jednak faktu, że cały album jest w sumie taki nijaki. Od kilku miesięcy leżał na dysku w ogóle nie słuchany, teraz go słucham po dośc długiej przerwie i jedyne co można stwierdzić – cały Tales Of The coin Spinner jest nijaki. Mimo tego, że słucha się go całkiem miło, to jednak czegoś tu brakuje, pierdolnięcia bądź pierwiastka, który sprawiałby że do tego albumu chciałoby się wracać. Czas spędzony na słuchanie Tales… nie jest czasem straconym, ale na pewno mógłby być spożytkowany lepiej. No chyba, że ja jestem tempym chujem i nie dostrzegam piękna psybientu, które być może jest zawarte na tej płycie, może taki ten gatunek ma być, nie wiem, na tem moment chuj mnie to, ten album wcale nie zachęcił mnie do bliższego zaznajomienia się z gatunkiem, gdyż Tales… ani ziębi ani grzeje. Może nie dostrzegam klimatu, którego moim zdaniem tutaj nie ma, może nie dostrzegam innych rzeczy, może takiej muzy słucha się jak jest się upalonym, kumpel ponoć widział wieloryby jak się upałił i tego słuchal, nie wiem. Moim zdaniem elektronika sama w sobie powinna być narkotykiem i zabierać w obce światy, sama z siebie powinna pozwolić zwiedzać obce planety i konstelacje dźwięków. Tutaj nic takiego nie widzę, więc nie pozostaje zrobić nic innego jak nacisnąć magiczny knefel DILIT i wyjebać z dysku Easily Embarrassed i raczej nie prędko wrócić do tego projektu. Do widzenia, dobranoc – nie ma takiego bicia.

Don’t be afraid my dear, there’s no solution…

Posted in Neuronium with tags , , , on Czerwiec 28, 2012 by kubeusz

NEURONIUM – THE VISITOR [1981]

1. The Visitor
2. A Strange Affair
3. Rendez-vous
4. The Light Of Your Eyes

W pizdu czasu minęło od ostatnich wpisów, przeciąg hulał na blogu jak hulahop a pusto było jak w dupie samotnego pedała. Ale ostatnio mam jakoś więcej czasu, więc postanowiłem reaktywować trupa, na którym pewnie będą się pojawiać teksty, ale z dość dużą nieregularnością. Ale jebać smuty.

Ostatnio postanowiłem nieco bliżej zaznajomić się z twórczością hiszpańskiej grupy Neuronium, której debiut swoją drogą już się gdzieś tutaj przewinął. Wśród kilku następnych ich albumów, lepszych i gorszych, trafiłem na krązek który dosłownie rozjebał mi mózg i przez długie tygodnie nie opuszczał odtwarzacza. Zwie się on The Visitor i posiada tylko cztery kompozycje (norma) ale czochrają one rowa nieprzeciętnie.

Pierwszy utwór tytułowy to swego rodzaju wstęp do albumu, pięciominutowa miniaturka, w której gdzieś w tle słyszę dalekie echa Marilion. Pewnie nikt inny nie usłyszy a ja mam nieumyte uszy, ale nie zmienia to faktu że ten fakt mnie bardzo rajcuje i sprawia, że całkiem sprawnie wkręcam się w dość różnorodny klimat albumu. Jednak odłóżmy wstępniak na bok i zajmijmy się numerem pod tytułem A Strange Affair, który na tem moment jest chyba moim ulubionym wałkiem nagranym przez Neuronium. Nosz kurwa jaki tu jest klimat, prawdziwy kosmos, zimny, złowieszczy, obcy. Sluchając tego utworu latam wśród obcych statków kosmicznych, do tego dochodzą wokalizy przepuszczone przez syntezatory czy inne gówna, co sprawia że wokale brzmią jak nie z tego świata mówiące krótko „macie przejebane”. Początkowy sielankowy klimat rodem z wieczornego spaceru brzegiem morza szybko zostanie przegnany przez mieszankę rozpierdolu kosmitów z Dnia Niepodległości z zimnym skurwysyństwem pierszego Aliena. Na koniec zaś czarna dziura w baśniowy sposób zasysa wszytko. Nie wiem jak oni to zrobili, ale sklecili naprawdę kurewsko klimatyczny wałek. Szkoda tylko, że nastęþujący potem Rendez-vous odstaje od reszty. Sam w sobie jest całkiem w porządku, bliżej mu do rockowej czy progrockowej strony zespołu, jednak na tle pozostałych kompozycji wypada nieco blado. Na szczęście końcówka płyty w postaci The Light Of Your Eyes nie zawodzi ani przez chwilę. O ile poprzedniego koloskowi (A Strange Affair) bliżej było kosmicznym klimatom w wersji elektronicznej, tak ta kompozycja bliżej leży przy progrockowym pierwiastku tego zespołu. Spokojny motyw na gitarze wraz z przyjemnymi dla ucha wokalizami na długo wbijają się w pamięc i ani myślą opuszczać głowę. Później co prawda utwór balansuje na krawędzi el-muzyki z dawnych lat oraz progrocka ale ostatecznie bliżej mu do tego drugiego.

Cały album wchodzi jak nóż w masło. Słucha się tego bardzo przyjemnie. Jak dla mnie zajebistość.

Iron Maiden na zwolnionych obrotach

Posted in Uncategorized with tags , , , , , on Kwiecień 2, 2012 by delff

IRON MAIDEN – MAIDEN VOYAGE [1969]

1. Falling
2. Ned Kelly
3. Liar
4. Ritual
5. CC Ryder
6. Plague
7. Ballad of Martha Kent
8. God of Darkness

Dziś pragnę wam przedstawić pierwszą żelazną dziewicę. Nie usłyszycie tu jednak ani Bruce’a Dickinsona ani Paula Di’Anno. Samo brzmienie z heavy metalem też nie ma wiele wspólnego.
Angielska grupa nazywana nieformalnie Bolton Iron Maiden nagrała swoją jedyną płytę w 1969 roku. Za wokal odpowiadał Steve Drewett, zaś za gitary i perkusję Barry Skeels, Paul Reynolds i Trevor Thoms (po rozpadzie IM muzycy grali w takich zespołach jak: Zior, Moon czy The Pinkees).

Dźwięki, które możemy usłyszeć na Maiden Voyage określone zostały jako hard-rock/proto doom-metal. Brzmienie jest zatem stosunkowo ciężkie jak na lata 60. Płyta ma szeroko rozbudowane partie gitarowe, jest tu sporo miejsca na improwizację, a wszystko zamyka się w dobrym rockowym klimacie. Na wstępie dostajemy hipnotyzujący  Fallen, moim zdaniem będący najlepszą pozycją na płycie. Godny uwagi jest na pewno Liar i Ballad of Martha Kent.

Płyta nie oszałamia jakością i są na niej pewne niedoróbki, nie zmienia to jednak faktu, że jest stosunkowo ciekawą i wartą uwagi pozycją.

… z Lecha, z Piasta

Posted in Lao Che with tags , , , , on Kwiecień 1, 2012 by saimonix

 LAO CHE – GUSŁA (2002)

01. Astrolog
02. Kniaź 
03. Klucznik/rozdziobią nas kruki i wrony 
04. Wiedźma
05. Junak 
06. Lelum Polelum
07. Mars-Anioł Choroby
08. Nałożnica
09. Did Lirnik
10. Topielce
11. Komtur
12. Jestem Słowianinem
13. Wisielec
14. Kat

Witam po dłuższej przerwie. Chciałbym zaproponować Wam dziś płytę, która jest jedną z trudniejszych w odbiorze, z jakimi spotkałem się za młodu. Lao Che jest z pewnością zespołem, który wiele z Was kojarzy przynajmniej z nazwy. Od czasu, kiedy przebojem wkroczyli na „szerszą” scenę muzyczną w Polsce z płytą „Powstanie Warszawskie” w 2005, zdążyli wyrobić sobie już solidną pozycję i całkiem pokaźną rzeszę fanów, której jestem szczęśliwym członkiem. Jak łatwo zgadnąć, poznałem ich właśnie dzięki drugiemu krążkowi, a z racji mojego młodzieńczego i dziś wieku, było to jeszcze w czasach gimnazjalnych. „Powstanie Warszawskie” sporo namieszało w mojej świadomości (m.in. obudziło fascynację historią) i jest jedną z płyt, które cenię sobie najbardziej, ale o nim innym razem. W każdym razie, naturalnym jest, by sięgnąć w podobnym przypadku po pozostałą część dorobku zespołu, który zrobił takie wrażenie. Sięgnąłem i… nic nie zrozumiałem. Nie podobała mi się ani dziwaczna, niewyraźna muzyka, ani teksty, z których nabijałem się z dobrym kumplem (Lelum polelum). Dlatego płyta nie przypadła mi wtedy do gustu i odstawiona na bok leżała sobie na dysku czekając na lepsze czasy. Czasy nadeszły dopiero 5 lat później, bo postanowiłem do niej wrócić przy okazji słuchania najnowszej (do dzisiaj) płyty ekipy z Płocka, czyli Prąd stały/Prąd zmienny. I tym razem… znów mocne wrażenie. Ale już graniczące z zachwytem. Po przerobieniu programu szkolnego z literatury polskiej i naszej historii, przeczytaniu kilku kilo książek na ten temat i ogólnie rzecz biorąc, po pięciu latach samorozwoju ukierunkowanego na „humanistykę” zrozumienie płyty nie było już trudne. Muzycznie też udało mi się pójść trochę dalej i wyjrzeć poza thrash metal 😉

                Do rzeczy więc. „Gusła” zawiera bardzo mroczną, ponurą, minimalistyczną (choć z odstępstwami) muzykę, którą, gdybym musiał otagować, opisałbym m.in. jako folk, ambient, słuchowisko, alternatywa (he-he), momentami nawet disco i wiele innych. W użyciu jest wiele instrumentów, poczynając od klasycznych spotykanych w szeroko pojętej muzyce rockowej, przez klawisze, po różnego typu „przeszkadzajki” w rodzaju deszczowej rury, trójkąt, a wszystko spięte samplerem. Nie jest to muzyka, w której można znaleźć, poza nielicznymi wyjątkami (Klucznik), rytm czy melodię. Chwilami przechodzi nawet w słuchowisko, słychać tylko odgłosy lasu, szum wody i okazyjne delikatne dźwięki, jakie w filmach wydaje magia (Topielce). Skupiono się tutaj raczej na stworzeniu odpowiedniego klimatu i tła dla tekstów.

Teksty! To jest najważniejsza treść i siła tej płyty. Całe „Gusła” to koncept album – świder prosto w polskosłowiańskość, mroki średniowiecza i omszałe ruiny zamków gdzieś na Białorusi w których brodaci kniaziowie pili do upadłego i prali się po mordach, wyłowionych z rzeki obelisków o czterech twarzach, zarośniętych leśnych jezior z czającymi się pod wodą topielcami, wędrownych dziadów w łapciach opowiadających straszne historie przy śmierdzących łojem świecach, zawierający niezliczoną ilość nawiązań i motywów z polskiej literatury i historii. Przez to wszystko przewalają się na przemian zbrojno i konno Krzyżacy, Tatarzy i Litwini, paląc, grabiąc, mordując i biorąc w jasyr. Co się ostanie, to dobija mór albo porywa w swoje objęcia leszy czy inna paskuda prosto z chłopskiej wyobraźni. Gdzieś w tle słychać jeszcze wrzaski palonej na stosie ostatniej żywej wieśniaczki, którą wzięto za wiedźmę, a wszystko zawarte w 70 minutach. Wystarczy spojrzeć na tytuły utworów, nie trzeba nawet, wystarczy posłuchać pierwszych dźwięków i słów pojawiających się po odpaleniu płyty – „Kto zacz? Wystąp! Odpowiedz!//Kto zacz? Zaklinam! Odpowiadaj!//Pomnij! – „…niż mędrca szkiełko i oko…””. Spięty (frontman i gitarzysta, wokalista i autor tekstów) to prawdziwy czarodziej słowa pisanego, w mojej opinii talentem dorównujący największym poetom znanym naszemu językowi. Każdy wers na tej płycie to prawdziwy słowny majstersztyk, który można rozumieć na wszelkie możliwe sposoby, a jeśli odłożyć na jakiś czas poszukiwania przesłania i mądrości płynące z poezji, to po prostu mała pigułka która w naszej głowie eksploduje skojarzeniami, obrazami, myślami, razem tworzącymi KLIMAT. Gdybyśmy żyli w kreskówce, z „Guseł” wydobywałaby się nasza polsko – słowiańska narodowa tożsamość w postaci srebrzystej mgły, która przenika nas całych i unosi znad podłogi za każdym odtworzeniem.

                Utwory, które najbardziej przypadły mi do gustu to nr. 11 i 12, tj. Komtur i Jestem Słowianinem. Nie mogę powiedzieć, że są lepszej jakości niż pozostałe, bo cała płyta trzyma niesamowicie wysoki, wybitny wręcz poziom. Te dwa po prostu najlepiej skojarzeniowo i uczuciowo trafiają w moje gusta. „Gusła” to doskonały przykład, jak można czerpać garściami z naszej tradycji historycznej, literackiej i szerzej kulturowej, tworząc muzykę nowoczesną, po części tzw. popularną, nie spłaszczając składników ani o cal, a nawet uwypuklając ich przekaz i znaczenie. Dodam jeszcze, że od kiedy Lao Che poznałem (2006) byłem na ich koncercie 7 razy, a ostatni raz… w 2009. Czas więc nadrobić zaległości, bo szykuje się nowa płyta, a każdy z koncertów był wspaniały i na jak najwyższym poziomie. Wiele utworów można było usłyszeć też na nich w nowej aranżacji. Polecam Wam z czystym sercem „Gusła”, jak i wszystkie pozostałe płyty Lao Che, ale o nich innym razem 🙂

I don’t want your fucking god, I don’t need your fucking god

Posted in Christian Death with tags , , on Marzec 24, 2012 by pandemon777

CHRISTIAN DEATH – PORNOGRAPHIC MESSIAH (1998)

 

1. The Great Deception – Part A: The Dissention Of Faith

2. The Great Deception – Part B: The Corruption Of Innocence

3. The Great Deception – Part C: The Origin Of Man

4. The Great Deception – Part D: The Lie Behind The Truth

5. The Millenium Unwinds

6. Weave My Spell

7. Washing Machine

8. Sex Dwarf

9. Does It Hurt

10. The Obscene Kiss

11. Out Of Control

12. Cave Of The Unborn

13. Die With You

14. She Never Woke Up

15. Pillars Of Osiris

16. Spontaneous Human Detonation

17. The 9 Is A 6 (Bonus)

Główną „siedzibą” rocka gotyckiego jest bez wątpienia Wielka Brytania – tam narodził się ten niegdyś wspaniały gatunek i stamtąd też pochodzą najbardziej znaczące dla jego rozwoju formacje jak Bauhaus, The Sisters Of Mercy, Siouxsie And The Banshees, Fields Of The Nephilim i wielu innych. Jednak za oceanem, na kontynencie Ameryki Północnej też pojawiło się kilku wspaniałych piewców mroku, a najlepszym tego przykładem jest właśnie Christian Death – zespół, którego historia jest nieco zagmatwana i spowita w tajemniczości, m.in. ze względu na samą postać jego ex-lidera Rozza Williamsa, który popełnił samobójstwo pierwszego dnia kwietnia w 1998 roku, czyli w roku wydania Pornographic Messiah właśnie.

Christian Death powstał w Kalifornijskim mieście Los Angeles, miejscem, które kojarzy się głównie ze słoneczną atmosferą, hedonizmem, celebracją życiowej radości, jednak członkowie formacji postanowili zaprowadzić tam nieco mroku, tworząc muzykę, która mogłaby posłużyć za ścieżkę dźwiękową końca świata, aniżeli do imprez młodych ludzi. Zagmatwanie w zespole pojawiło się wraz z opuszczeniem jego szeregów przez lidera Rozza Williamsa po wydaniu Ashes, kiedy to stery przejął Valor Kand, na poprzedniczce pełniący funkcję jedynie gitarzysty, kontynuując działalność Christian Death i poszukując coraz to nowszych środków przekazu. Kiedy Kand nagrywał kolejne udane albumy, Rozz Williams w międzyczasie założył „sąsiadujący” Christian Death wraz z żoną Eva O, jednak to Kand wygrał proces o oryginalną nazwę, toteż były lider musiał swoją wersję przemianować na Christian Death featuring Rozz Williams.

Obie wersje kroczyły swoją ścieżką, jednak wydaje mi się, że Kand w ciekawszy sposób rozwinął karierę zespołu, wciąż szperając w nowych gatunkach, dzięki czemu bogactwo stylistyczne w dyskografii jego wersji Christian Death jest bardzo pokaźne. Pornographic Messiah jest wydawnictwem, które najbardziej mnie pochłonęło, będąc ukłonem w stronę industrial rocka, aczkolwiek ukazanego w jedynej w swoim rodzaju formie. Na pewno słychać echa Antichrist Superstar Marilyn Manson (który swoją drogą zawdzięcza im w dużej mierze swój wizerunek, a i muzyczne inspiracje też da się wychwycić) czy też nawet debiutu Rob Zombie, z tym, że w znacznie bardziej obskurnej, prymitywnej i surowej wersji. Brzmienie po same brzegi wypełnione jest brudem, numery są bardzo ascetyczne, sprowadzone do najprostszej struktury, obdarte z wszelkich „upiększeń”, a za każdym rogiem czają się kolejne herezje, grzechy ukryte pod sutanną księży, perwersje seksualne, nieposkromione rządzę, ikonoklazm, dzicz, kuszenie i namawianie do łamania boskich praw. Pornographic Messiah, jak sugeruje już sam tytuł, ocieka erotyzmem, to diabeł, który wdarł się pod przykrywką świętości do seminariów i kościołów niczym wilk w przebraniu owcy, który począł szerzyć zarazę, dokonując zepsucia, wzbudzając w grzecznych, dążących do świętości osobnikach zwierzęce żądze, głęboko uśpione w ich podświadomości, instynkty, nad którymi nie potrafią zapanować, tym samym rzucając się w otchłań grzechu. To jeden z tych albumów, który wyzwala poczucie spełnienia, zerwania kajdan i błogosławienia swojej prawdziwej ukrytej natury. Wstrzemięźliwość przekształca się w pociąg seksualny, życiowa asceza zostaje zastąpiona chęcią celebracji, a bóg, któremu poświęciło się żywot staje się nagle zwykłym wytworem ludzkiej imaginacji, zaś prawdziwe wyższe siły wydają się znajdować po całkowicie przeciwległym biegunie. Środki wyrazu zostały tutaj odpowiednio dobrane, toteż znajdziemy tu na przemian dynamiczne, niemal rock’n’rollowe kawałki, kontrastujące z powolnymi i dyskretnymi utworami, których siła przekazu i działania na wyobraźnię wcale nie ustępuje reszcie. Jeśli miałbym wymienić faworytów to pewnie wskazałbym The Lie Behind The Truth czy Weave My Spell, które najmocniej przywodzą mi na myśl dokonania wspomnianego Rob Zombie i są też, moim zdaniem, największymi przebojami na Pornographic Messiah. Znajdziemy tu też cover znanego w latach ’80 Soft Cell – Sex Dwarf i chyba nie muszę tłumaczyć, że różnica w stosunku do oryginału jest co najmniej… duża?

Ogólnie ten album to, jak już wspominałem, moja ulubiona pozycja w dyskografii zespołu. Fani Williamsa często jednak sceptycznie patrzą na Christian Death dowodzony przez Kanda, ja jednak jestem skłonny stwierdzić, że z rolą lidera poradził sobie niemal bezbłędnie i szczerze powiedziawszy to płyty, na których on właśnie dowodzi odpowiadają mi bardziej niż te z Williamsem (przy czym zaznaczam, że Ashes, jaki pozostałe wydawnictwa cenię sobie bardzo wysoko). Zahaczę też o kwestię kontrowersyjności zespołu – faktem jest, że zarówno Williams, jak i Kand od zawsze lubowali się we wbijaniu przysłowiowego kija w mrowisko, jednak nie ma mowy o tanim prowokowaniu, dla samej prowokacji, bowiem sam Kand twierdzi, że głównym celem Christian Death jest zachęcenie ludzi do postrzegania rzeczywistości z różnych perspektyw, uwolnienie od schematycznych toków myślenia i ukazanie innego obrazu poruszanych kwestii, w tym wypadku ludzkiej natury, religii, etc. Robi to w sposób, który w konserwatywnym chrześcijaninie wywoła chęć wyruszenia na krucjatę, ale bądźmy szczerzy, takie dobitne środki są znacznie lepsze. W końcu aby człowiek zaczął słuchać nie wystarczy już poklepać go po ramieniu, trzeba go uderzyć młotem kowalskim w głowę, nawiązując do Johna Doe z filmu Se7en. No, to by było na tyle, miłego słuchania.

%d blogerów lubi to: