Archiwum dla dub

I’m in a place where reason went missing

Posted in Here with tags , , , , on Marzec 4, 2012 by pandemon777

HERE – BROOKLYN BANK (1998)

1. Cello

2. Turco

3. Apart

4. Coatless

5. Over

6. Kimbo

7. Hacke

8. No Truck

9. Scava

10. A Bit Of Red

11. Missin’

12. Pain

Kolejna kooperacyjna płyta Mauro Teho Teardo, jednak bez udziału Micka Harrisa. Tym razem włoski muzyk stworzył album wspólnie z Jimem Colemanem, ex-członkiem, industrial rockowej formacji Cop Shoot Cop oraz Red Expendables (współpracował też z Jamesem Thirlwellem aka Foetus) oraz kilkoma goścmi (m.in. Lydią Lunch). Teho Teardo podobnie jak w przypadku poprzedniego projektu Matera, penetruje tutaj z pozostałymi osobami klimaty z pogranicza dubu i trip-hopu, z tym, że podszedł do tych gatunków w nieco inny sposób niż poprzednio.

Na Brooklyn Bank odjazdy w stronę surrealistycznych plam dźwiękowych zanikły, a ich miejsce zastąpił miejski klimat, zaś całość przez obecność żywych instrumentów, siłą rzeczy zyskała znacznie bardziej organiczny charakter. To też kolejna z tych płyt, które uwielbiam za to, że świetnie się sprawdzają jako ścieżka dźwiękowa do nocnych podróży, w niekoniecznie trzeźwym stanie umysłu. Cała ekipa kładzie tu nacisk na wykreowanie dosyć tajemniczego i kuszącego nastroju jaki panuje na ulicach, na których po obu stronach umieszczone są wszelkiego rodzaju nocne kluby, oświetlone wyrazistym czerwonym światłem (tzw. Red Light District), kontrastującym z otaczającą, ciemną osłoną nocy. Nie można odpędzić skojarzeń z mrocznym obliczem Massive Attack (tutejsze wokale Teha Teardo i Jima Colemana, stosujących oschły i powolny quasi-rap, przypominają nawet w jakimś stopniu Roberta Del Naja) czy też pierwszych płyt Tricky’ego, aczkolwiek nie ma mowy o kopiowaniu, na szczęście. Taka nutka erotyzmu i zmysłowości zawsze dobrze robi muzyce (a przynajmniej schlebia mojemu poczuciu estetycznemu), a tutaj ów erotyzm zostaje jeszcze dodatkowo podkreślony obecnością dwóch pań – Carolyn „Honeychild” Coleman, która jest mi całkowicie nieznana, oraz (co było dla mnie sporym zaskoczeniem swoją drogą) wspomnianą Lydią Lunch. Ta druga zawsze kojarzyła mi się z muzyką bardziej szaleńczą, podobnie jej wizerunek i ogólna persona, z kimś o bardziej punkowym nastawieniu do życia i świata, zaś tutaj pokazała się od bardzo delikatnej strony, prowadząc swoim głosem uwodzicielskie linie wokalne, a jej lekka chrypka powoduje, że brzmią jeszcze seksowniej. Honeychild z kolei bazuje na bardziej soulowych wokalach (szkoda, że raczej pojawia się w ramach ozdobnika), ale obie panie pokazały tutaj klasę i żałuję nawet, że to one w pełni nie przejęły partii wokalnych na płycie, ale cóż, nie można mieć wszystkiego, prawda? Podobnie jak w przypadku Same Here, pojawiają się też bardziej żywiołowe utwory, ale nie wprowadzają tak silnego kontrastu, a wpasowują się w całość bez zgrzytu, vide Hacke, No Truck (który najbardziej z całości przywodzi na myśl klimat z Same Here właśnie), A Bit Of Red czy Missin. Ten ostatni zresztą mógłbym nawet określić mianem faworyta z całego albumu – nie pomyślałbym, że kiedykolwiek usłyszę głos Lydii Lunch na tle całkiem tanecznego rytmu, ale to miłe zaskoczenie i bardzo smakowite połączenie przy tym, które z miejsca uzależnia.

Zasadniczo nie ma sensu się dalej rozpisywać, więc podsumowując całość w sposób najbardziej skondensowany jak tylko potrafię, powiem tak – dla osób lubiących klasyczny trip-hop, muzykę nie stroniącą od mrocznych, miejskich klimatów z domieszką swoistego erotyzmu i zmysłowości, oraz szukających czegoś co uprzyjemni im nocne spacery po mieście, Brooklyn Bank powinien być jak znalazł. Dla pozostałych może to być muzyczna ciekawostka, inni pewnie oleją albo będą unikać jak ognia, ale to już nie moja strata. Tak czy inaczej zachęcam do zbadania tej płyty, uzasadniając to w ten sam, co zwykle, sposób – szkoda, żeby takie perełki zostały całkowicie zapomniane.

Reklamy

The only constant thing I know is change

Posted in Matera with tags , , , , on Marzec 3, 2012 by pandemon777

MATERA – SAME HERE (1997)

1. Out Of Your Woods

2. Pure Realism

3. Non E

4. Constant Thing

5. It’s Vacuum Cleaner Time

6. Too Much

7. Darkside 11 am

8. Same Everywhere

9. Out Of Your Woods (Remix)

10. Pure Slow Realism (Remix)

11. Too Much (Remix)

Po tym jak na dobre rozkochałem się w dźwiękach z Evanescence Scorn, począłem desperacko poszukiwać czegoś w podobnym stylu, najczęściej z mizernym skutkiem. Na szczęście ten stan rzeczy któregoś pięknego dnia uległ zmianie i w zalewie niezliczonych ilości pozycji w dyskografii Micka Harrisa w końcu trafiłem na ten krótki, jedno-płytowy projekt, Matera. Co prawda Same Here nie jest albumem ani tak rewolucyjnym jak Evanescence, ani też nie sięga do jego poziomu wyrafinowania (chociaż może takie postrzeganie to kwestia gustu i sentymentu), ale hołduje podobnej estetyce, czerpie z podobnych wzorców i, co mnie szczególnie cieszy, zachowując cechy pierwowzoru nie popada w zjadanie własnego ogona.

Funf and nunf are nice to call, do it, do it, and out of your woods finally comes Matera

Matera to projekt kooperacyjny, pomiędzy Mickiem Harrisem i Mauro Teho Teardo, wokalistą Meathead. Obaj panowie wspólnie napisali wszystkie utwory, a obowiązki podzielili w najbardziej słuszny sposób – Harris zajął się perkusją i partiami rytmicznymi, zaś M. Teho Teardo wokalami. Ich wspólną działką było kreowanie wszelkich dźwiękowych tekstur i plam, quasi-melodii i rzeszy ozdobników tła. Zasadniczo Same Here to podobnie jak Evanescence, album bardzo surrealistyczny, chociaż niekoniecznie mroczny i jednak pozbawiony tej szczypty swoistej grozy. Jest bardziej chilloutowy, że tak powiem, niemniej jednak działa równie odurzająco i jest w równym stopniu psychodeliczny, z tym, że po prostu nadaje na nieco innych falach za pomocą podobnych środków. W większości utworów dominuje swobodna i wyluzowana atmosfera, numery snują się powoli i leniwie jak na dubowo-trip-hopowe klimaty przystało, do których gdzieniegdzie Teho Teardo dorzuca swój powolny, prawie mówiony rap, przekazując abstrakcyjne teksty, stanowiące raczej grę słów aniżeli wyraz jakiejś głębszej treści. Aczkolwiek w przypadku takiej muzyki, która od abstrakcyjnych i dziwacznych klimatów nie stroni, owe teksty wtapiają się w całość idealnie. W tej powodzi powolnych i leniwych dźwięków pojawiają się też jednak bardziej dynamiczne, drum’n’bassowe fragmenty, jak Pure Realism czy Darkside 11 am, które w stosunku do reszty płyty brzmią wręcz szaleńczo i dziko, wybudzając z letargu w jaki potrafi reszta wprawić, acz nie traktowałbym tego jako wadę.

Na sam koniec dostajemy porcję trzech remiksów, z czego dwa potraktowano zupełnie na odwrót, tzn. Out Of Your Woods przekształcono z odprężającego psychodeliku w utwór na drumową modłę wspomnianego Darkside 11 am, z kolei Pure Realism ze swoją tnącą rytmiką i głębokim, zniekształconym basem został zredukowany do luzackiego i schizującego zarazem Pure Slow Realism. Jako ulubiony numer z całej płyty podałbym Constant Thing, który chyba jest najbardziej osobliwy z całego zestawu.

I to by było chyba na tyle, projekt wart zbadania, zarówno przez fanów późniejszej twórczości Harrisa, jak i zwolenników narkotycznej i dziwacznej elektroniki, bo Matera właśnie w obrębie takowej się obraca, a niestety popularnością nie grzeszy. Wypadałoby to zmienić jak sądzę.

Suspended in time and space

Posted in Scorn with tags , , , , on Marzec 2, 2012 by pandemon777

SCORN – EVANESCENCE (1994)

1. Silver Rain Fell

2. Light Trap

3. Falling

4. Automata

5. Days Passed

6. Dreamspace

7. Exodus

8. Night Tide

9. The End

10. Slumber

Evanescence jest kolejnym krokiem w karierze Micka Harrisa w kierunku odżegnania się od muzyki metalowej. Pierwszy takowy krok poczynił w zasadzie już przy okazji debiutu wydanego pod szyldem Scorn, na którym nie stronił od eksperymentów, jak i na kolejnej płycie Colossus, a także w przypadku założonego w tym samym czasie, pobocznego projektu Lull, który z kolei był ukłonem w stronę estetyki dark ambient (później określonej mianem izolacjonizmu). Tym samym, trzeci studyjny album Scorn jest „oczyszczony” z muzyki Repulsion, wczesnego Discharge czy Swans i innych około-punkowych wpływów, zastąpionych patentami zaczerpniętymi z elektronicznych wykonawców, takich jak Meat Beat Manifesto (którzy później dokonali remixu Silver Rain Fell) czy Aphex Twin z pierwszych płyt, jak i wpływami dubu i trip-hopu.

To album, który otwiera nowy rozdział w twórczości Micka Harrisa, od którego zaczyna się podróż w stronę coraz bardziej minimalistycznych form i struktur, jak i coraz głębszego i szerszego eksplorowania terenów wspomnianego dubu oraz kładzenia większego nacisku na kreowanie klimatu. Takiego nie do końca z tej Ziemi dodajmy. Sam tytuł płyty bardzo adekwatnie odnosi się do jej zawartości – „evanescence” oznacza coś efemerycznego, krótkotrwałego i ulotnego, i taka też jest muzyka, bowiem kończy się szybciej niż człowiek zdąży ogarnąć to co właśnie usłyszał. Nad całością faktycznie unosi się jakaś ulotna magia, którą nie sposób całkowicie uchwycić, a same dźwięki często rozbrzmiewają gdzieś w tle, czy wkradają się na pierwszy plan, po czym szybko znikają w otchłani. Taki opis może brzmi i dziwnie, ale tak w dużej mierze skonstruowany jest ten album. Fundament większości utworów stanowi repetytywny i subtelny bas, który pulsuje na najniższych rejestrach, wsparty również powtarzalnymi, hipnotyzującymi rytmami (przy okazji też świetnie zaaranżowanymi). Oba te czynniki powodują, że numery mają zwarty i niemal chwytliwy charakter, ale to co stanowi o głównej sile tego albumu to to, co dzieje się w tle – mówię tu o wszelkiej maści zmodyfikowanych samplach wrzucanych tu i ówdzie, dźwiękach, które przepływają z jednej słuchawki, przez każdy kanał słuchowy do drugiej. Jeśli do tego dodamy udział Jamesa Plotkina (kolejna ikona podziemnych eksperymentów muzycznych), który swoją charakterystyczną grą na gitarze wkręca jakieś strzępy psychodelicznych melodii i przestrzenne partie syntezatorów, zapętlonych i pobrzmiewających gdzieś na drugim planie, to będziemy mieli mniej lub bardziej wyrazisty obraz tej surrealistycznej otchłani, którą otwiera w głowie muzyka zawarta na Evanescence. Inna sprawa to wokale, które pełnią tutaj raczej funkcje ozdobnika, i również posiadają swoistą, psychodeliczną wibrację i idealnie dopełniają resztę.

Cały album to mroczna, momentami „noirowo” brzmiąca muzyka, która oddziałuje na ciemniejszą stronę ludzkiej psychiki, chociaż kilka kontrastów nastrojowych się pojawia wzdłuż całości, jak np. wprowadzający nutkę strachu i grozy Silver Rain Fell i następujący po nim „ciepły” i bardziej pogodny Light Trap. Podobnie w przypadku sąsiadujących ze sobą tajemniczego Dreamspace i egzotycznego Exodus, który jest też moim faworytem na płycie – ten sielsko płynący utwór, czerpiący w pewnym stopniu z muzyki plemiennej , najsilniej ze wszystkich wprawia mnie w stan odurzenia i daje poczucie odpływania. Ale reszcie podobnej siły oddziaływania nie można odmówić, bo każda kompozycja jest skąpana w gęstym, psychodelicznym sosie, i mimo tych kilku kontrastów jest bardzo spójna. Także ten… polecam.

Shem City Steppers

Posted in Dub Culossus with tags , , , , on Luty 21, 2012 by delff

DUB COLOSSUS – IN A TOWN CALLED ADDIS [2008]

1. Azmari Dub
2. Entoto Dub
3. Tazeb Kush
4. Shegye Shegitu (Blue Nile Mix)
5. Yeka Sub City Rockers
6. Shem City Steppers
7. Tizita Dub
8. Black Rose
9. Neh Yelginete
10. Ophir Dub
11. Sima Edy
12. Ambassel
13. Mercato Music

Cóż za weltszmerc. Jak ciężkie potrafią być przebudzenia, jak
niewdzięczne. Nie uleczy nas New Wave Of British Heavy Metal ani ,tym bardziej, żadna inna fala. Proponuje zatem równie orientalną co poranne odczucia muzykę etiopską. Będzie dla was ona transowym porannym klinem.

W przeciwieństwie do działań Halje Sellasje działania muzyczne na froncie etiopskim wypadają imponująco. Sam Jarmusch słusznie zachwycił się pionierem ethio-jazzu – Mulatu Astatke w ,,połamanych kwiatach”.

Przez Wielką Brytanię do serca Etiopii i z powrotem. Prawie pół
wieku od złotych lat przypadających na przełom 1960 i 1970 roku Brytyjczyk Nick Page wraz z etiopskimi muzykami tworzy Dub Colossus. Jest to muzyka drogi, połączenie współczesności i tradycji.

Nick Page zaczynał swoją muzyczną karierę m.in. tworząc Transglobal Underground. Płyta ,,In A Town Called Addis” powstała z inspiracji, a następnie współpracy z etiopskimi muzykami. Łączy ona klasyczną miejscową muzykę z reagge, dubem, jazzem. Mamy przyjemność słyszeć wokal Sintayehu ‚Mimi’ Zenebe, nazywanej etiopską Edith Piaf i hipnotyzujący saksofon Feleke Hailu. Odnajdziemy też obok tradycyjnych instrumentów takich jak masenqo (jedno-strunowe skrzypce) elementy elektroniki.

Mimo tych kontrastów całość zaskoczyła mnie bardzo spójnym brzmieniem. Za mistrzem Zappą ,,pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury” dlatego efekt finalny pozostawiam pod waszą własną ocenę.

It was just a hallucination

Posted in Scorn with tags , , , on Luty 11, 2012 by pandemon777

SCORN – VAE SOLIS (1992)

 

1. Spasm

2. Suck And Eat You

3. Hit

4. Walls Of My Heart

5. Lick Forever Dog

6. Thoughts Of Escape

7. Deep In – Eaten Over And Over Again

8. On Ice

9. Heavy Blood

10. Scum After Death (Dub)

11. Fleshpile (Edit)

12. Orgy Of Holiness

13. Still Life

Birmingham to miasto położone w Wielkiej Brytanii, i które może pochwalić się faktem, że pochodzi stamtąd ikona i protoplaści muzyki metalowej, Black Sabbath. Ale czy tylko? Otóż nie, bowiem również stamtąd pochodzą też jedni z pionierów gitarowej ekstremy, czyli grindowcy z Napalm Death. Przez szeregi tego zespołu przewinęło się wielu muzyków, którzy postanowili spróbować sił w innych projektach i zespołach, i którzy grunty muzyki ekstremalnej potrząsnęli nie raz i nie dwa – począwszy od Billa Steera (założyciela Carcass), przez Justina Broadricka (m.in. Godflesh, God, Ice, Techno Animal, Head Of David, Fall Of Because, etc.) aż po Micka Harrisa (m.in. Extreme Noise Terror, Painkiller, Lull) i kilku innych.

Scorn został powołany do życia we wczesnych latach ’90 i wówczas, na samym początku istnienia tego projektu składał się z trzech członków Napalm Death, którzy nagrali również stronę A debiutu Napalmów, Scum. Tymi ludźmi byli właśnie Justin Broadrick, Mick Harris i Nicholas Bullen. Scorn z czasem stał się jednoosobowym projektem, na czele którego stanął Mick, porzucając wszelkie bariery i ograniczenia poza własną wyobraźnią, eksperymentując na wielu polach muzycznych, głównie związanych z elektroniką (ambient, dub, trip-hop, etc.), przy okazji też odcinając się od metalowych korzeni. No, ale przejdźmy do Vae Solis, albumu, który dla mnie wciąż mimo wielu odsłuchów stanowi tajemnicę.

Okładka (wedle informacji, które znalazłem gdzieś w czeluściach internetu) powstała w wyniku połączenia dwóch nałożonych na siebie fotografii medycznych – jedno z nich to otwarte, skażone chorobą gardło, drugie zaś to komórka rakowa, powiększona pod mikroskopem. Co do tytułu, to interpretacji jest wiele i ciężko tak naprawdę powiedzieć co dokładnie oznacza. Niektórzy tłumaczą go jako „Biada osamotnionym”, inni jako „Czarne słońce”, a jeszcze inni, jeszcze inaczej. No cóż, może kiedyś znajdzie się jakaś jednoznaczna odpowiedź. A jaka jest muzyka? Jestem skłonny stwierdzić, że to jeden z najbardziej oryginalnych albumów na scenie metalowej, eksperymentalny, odważny, bogaty stylistycznie, chociaż jednocześnie niebywale spójny. Zaczyna się szaleńczym, epatującym pierwotną dziczyzną Spasm, który na otwarcie albumu jest jak znalazł. Wpływ wczesnego Discharge jest tu wyraźnie słyszalny, chociaż potraktowany w unikatowy sposób. Zresztą patentów zaczerpniętych z twórczości prekursorów hardcore, znajdzie się po drodze jeszcze kilka we fragmentach świetnych Hit czy Walls Of My Heart. Ogólnie pierwsze cztery utwory w stosunku do reszty brzmią całkiem chwytliwie, również masywny walec w postaci Suck And Eat You brzmi bardzo „groovy”. W dalszej części Vae Solis panowie zwalniają tempo, i album przeradza się w mozoloną, bardziej eksperymentalną i psychodeliczną jazdę. Nie omieszkałbym zwrócić uwagi na mojego faworyta na całej płycie – On Ice. Ten dubowo-plemienny numer niemal w całości oparty jest w zasadzie na powtarzalnym, prostym rytmie, ale jestem w stanie go słuchać bezustannie. Urzeka mnie jego rytualny klimat, ta specyficzna, wwiercająca się w głowę gitarowa gra Broadricka, ten monotonny, umiarkowany rytm. Istna hipnoza, atmosfera czającej się zewsząd grozy, zresztą kto posłucha ten zrozumie o czym mówię.

Sądzę, że nie ma sensu opisywać każdego numeru po kolei, nie wiem jednak też jak krótko i zwięźle podsumować całość. Mogę jedynie dodać, że każdy element tej płyty uwielbiam – od brudnego i surowego brzmienia, przez charakterystyczną grę gitary, operującej na niekoniecznie przyjaznych dla ucha harmoniach, kończąc na tajemniczej i wrogiej atmosferze, w której Vae Solis jest spowity w całości. To fenomenalny album i jeden z najlepszych w dwudziestoletniej karierze Scorn. Amen.

I thought you could be the one, but I might as well use a gun

Posted in The Golden Palominos with tags , , , , on Luty 9, 2012 by pandemon777

THE GOLDEN PALOMINOS – PURE (1994)

1. Little Suicides

2. Heaven

3. Anything

4. Wings

5. Pure

6. No Skin

7. Gun

8. Break In The Road

9. Touch You

The Golden Palominos to projekt, który został powołany do życia gdzieś na początku lat ’80, na przestrzeni lat zmieniając niemal co album swoje muzyczne oblicze. Jego trzon stanowi gitarzysta Nicky Skopelitis (który współpracował już z takimi legendami jak Iggy Pop, Herbie Hancock, Public Image Ltd., Swans czy nawet White Zombie) oraz basista Bill Laswell, postać w niektórych kręgach wręcz kultowa, człowiek który udzielał się w multum innych projektów, sięgając chyba po każdą możliwą muzyczną stylistykę: dark ambient, free-jazz, grindcore, industrial, elektronika, wszelkiej maści eksperymenty etc. Można by tak długo wymieniać. W The Golden Palominos również wykazał się ogromną wyobraźnią muzyczną. Debiut, na którym swojego talentu użyczył legendarny jazzman John Zorn, penetrował klimaty powiedzmy eksperymentalnego funku, z domieszką jazzu, na kolejnej płycie Visions Of Excess Laswell zaprosił do współpracy m.in. Michaela Stype’a (R.E.M.), Johna Lydona (Sex Pistoles) i Jacka Bruce’a (Cream), w wyniku czego powstał z kolei album zakorzeniony w stricte rockowej estetyce. Każde nowe wydawnictwo przynosiło zmiany, a kolejna dekada odsłoniła oblicze The Golden Palominos, które cenię sobie w ich dyskografii najbardziej.

Drunk With Passion było „odchyłem” w stronę bardziej melancholijnych, eterycznych brzmień (wyczuwalne echo twórczości Cocteau Twins), na którym dominowały kobiece wokale, a cała płyta była, że tak powiem, najbardziej zmysłową i sielankową w dorobku zespołu. Owy element kobiecej zmysłowości był kontynuowany na kolejnej płycie This Is How It Feels, a w pełnej, najdojrzalszej okazałości ujawnił się na płycie Pure. Jestem skłonny stwierdzić, że to najlepszy popowy album jaki słyszałem (tak, właśnie, POPowy). Oczywiście wiele osób reaguje z obrzydzeniem na tę etykietę, kojarząc ją z telewizyjnymi popłuczynami w postaci głupio-wesołych piosenek. W przypadku Pure, mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Album jest delikatny i łagodny, kojący i przyjemny, dyskretny i pociągający zarazem, w odróżnieniu od wielu produkcji z gatunku pop jest po prostu wyrafinowany, dojrzały emocjonalnie, powiedziałbym nawet, że można go określić go mianem sztuki. Zanurzenie się w tych dźwiękach przypomina trochę zanurzenie się w wannie wypełnionej ciepłą wodą i różnymi pachnidłami, taki muzyczny odpowiednik relaksującej i odprężającej kąpieli, której nie ma się ochoty przerywać, a która po ciężkim i męczącym dniu stanowi wręcz wybawienie. Ta muzyka potrafi zdominować zmysły i uzależnić swoim beztroskim i niebywale przyjemnym charakterem. Spora zasługa w tym wokalistki Lori Carson, która już udowodniła na poprzedniczce This Is How It Feels, że jej aksamitny głos może rozczulić nawet najtwardsze serca. Pure to bardzo bogaty i różnorodny, ale jednocześnie eklektyczny kolaż muzycznych stylów, i tak obok delikatnego, akustycznego „apetizera” w postaci Little Suicides, można znaleźć utwory nawiązujące do klimatów dream pop, funk, soul, lounge czy trip-hop, które stanowią główne danie albumu. Wszystkie te elementy są zamknięte w chwytliwych utworach, którym nadano przestrzenne i eteryczne brzmienie, co tylko potęguje ich niemal niebiański charakter.

The Golden Palominos może nie jest najbardziej reprezentatywnym muzycznym projektem Billa Laswella (chociaż przy takiej ilości muzycznych eksperymentów ciężko w sumie powiedzieć, co tak naprawdę jest reprezentatywne), a w szczególności opisany powyżej album Pure, mimo wszystko jest na pewno wartym sprawdzenia, w końcu w jego przypadku raczej nie da się trafić na tani chłam. Fani ekstremalnego oblicza tego wybitnego kompozytora i basisty niekoniecznie będą się czuć zachwyceni, jednak zwolennikom wspomnianego wcześniej Cocteau Twins, Massive Attack, Archive czy nawet… Madonny z okresu płyty Erotica powinna przypaść do gustu. To niebywale seksowna muzyka z klasą, gdzie tandeta jest całkowicie nieobecna.

Poniżej Lori Carson wykonująca solo utwór Little Suicides:

Biokinetics

Posted in Porter Ricks with tags , , , on Styczeń 19, 2012 by pandemon777

PORTER RICKS – BIOKINETICS (1996)

 

1. Port Gentil

2. Nautical Dub

3. Biokinetics 1

4. Biokinetics 2

5. Port Of Call

6. Port Of Nuba

7. Nautical Nuba

8. Nautical Zone

Lata ’90 były złotą erą jeśli o elektronikę chodzi – rozwój sceny trip-hopowej, rave, acid house, techno, nagromadzenie albumów-klasyków, itd., itp. Zarówno w tzw. mainstreamie, jak i podziemiach działo się wiele. Niniejsza recenzja sięga do owych podziemi, i wyciąga na wierzch dosyć zapomniany projekt – Porter Ricks.

Porter Ricks niektórym może się w pierwszej kolejności skojarzyć z postacią serialu Flipper z lat ’60, ale w tym przypadku mamy do czynienia z elektronicznym duetem, którego trzon stanowią dwaj niemieccy producenci: Thomas Köner i Andy Mellwig. Ten pierwszy, tak przy okazji, jest też kultową postacią sceny dark ambient, którego wydawnictwa jak Nunatak, Teimo czy Permafrost na stałe zagościły wśród płyt stanowiących kanon tego gatunku.

Jeszcze pod nazwą Porter Ricks również nagrał kolaboracyjny album z Techno Animal, projektem dwóch innych legendarnych postaci sceny industrialnej – Kevina Martina i J.K. Broadricka (ale o nich kiedy indziej mam nadzieję).

Ich debiut Biokinetics to, najkrócej rzecz ujmując, ascetyczna mieszanka minimal techna i dubu. Z każdego niemal dźwięku bije wręcz fabryczny chłód, efekt, który osiągnięto dzięki dosyć surowemu i bardzo przestrzennemu brzmieniu. W zasadzie jedynym w miarę „ciepłym” (jeśli można to tak określić) elementem, który się pojawia w czasie trwania albumu to dyskretne plamy dźwiękowe, płynące w tle otwierającego album Port Gentil, później im bardziej w głąb, tym większa soniczna otchłań się otwiera. Ale jak dla mnie to żadna wada, gdyż w jakiś sposób pociąga mnie nastrój takiej kosmicznej przestrzeni, a takowej tutaj uświadczymy w potężnych ilościach. Wobec Biokinetics mogą paść zarzuty, że jest jednostajna i monotonna, ponieważ tutaj pierwszy plan utworów opiera się na powtarzalnym bicie (przy czym większość z nich trwa średnio prawie 10 minut), a w tle pojawiają się jakieś kosmiczne odgłosy, abstrakcyjne dźwięki przypływające gdzieś z oddali. Z tym, że dla mnie te elementy stanowią podstawę tej płyty, jej główne zalety, powodują, że jawi mi się jako jedna z najbardziej transowych i hipnotyzujących płyt jakie znam, która raz potrafi odprężyć, raz pobudzić – jak w przypadku moich dwóch ulubionych, następujących po sobie kompozycji Biokinetics 2, który brzmi – jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało – niczym bicie serca (ten pulsujący rytm!), którego echo odbija się w jakiejś potężnej fabrycznej hali (ta przestrzeń!) oraz Port Of Call (mimo 9-ciu min trwania, potrafię go czasem słuchać po kilka razy z rzędu – nie nudzi nigdy).

Na koniec jedynie co mogę dodać – jeśli kręci cię chłodna, hipnotyzująca i psychodeliczna muzyka, to Biokinetics powinien być strzałem w dychę. Najlepiej pozbyć się też uprzedzenia do słowa „techno” (o ile ktoś takowe ma), dla wielu będącym synonimem kolorowych światełek, wiejskich dyskotek i białych rękawiczek, bo to nie jest jakaś tam tandetna „tanzbuda”, a naprawdę wyrafinowane dzieło.

%d blogerów lubi to: