Archiwum dla rock

Iron Maiden na zwolnionych obrotach

Posted in Uncategorized with tags , , , , , on Kwiecień 2, 2012 by delff

IRON MAIDEN – MAIDEN VOYAGE [1969]

1. Falling
2. Ned Kelly
3. Liar
4. Ritual
5. CC Ryder
6. Plague
7. Ballad of Martha Kent
8. God of Darkness

Dziś pragnę wam przedstawić pierwszą żelazną dziewicę. Nie usłyszycie tu jednak ani Bruce’a Dickinsona ani Paula Di’Anno. Samo brzmienie z heavy metalem też nie ma wiele wspólnego.
Angielska grupa nazywana nieformalnie Bolton Iron Maiden nagrała swoją jedyną płytę w 1969 roku. Za wokal odpowiadał Steve Drewett, zaś za gitary i perkusję Barry Skeels, Paul Reynolds i Trevor Thoms (po rozpadzie IM muzycy grali w takich zespołach jak: Zior, Moon czy The Pinkees).

Dźwięki, które możemy usłyszeć na Maiden Voyage określone zostały jako hard-rock/proto doom-metal. Brzmienie jest zatem stosunkowo ciężkie jak na lata 60. Płyta ma szeroko rozbudowane partie gitarowe, jest tu sporo miejsca na improwizację, a wszystko zamyka się w dobrym rockowym klimacie. Na wstępie dostajemy hipnotyzujący  Fallen, moim zdaniem będący najlepszą pozycją na płycie. Godny uwagi jest na pewno Liar i Ballad of Martha Kent.

Płyta nie oszałamia jakością i są na niej pewne niedoróbki, nie zmienia to jednak faktu, że jest stosunkowo ciekawą i wartą uwagi pozycją.

Reklamy

Czary niszczą umysły i zbierają dusze.

Posted in Coven with tags , , , on Marzec 11, 2012 by delff

COVEN – WITCHCRAFT DESTROYS MINDS AND REAPS SOULS [1969]

1. Black Sabbath
2. White Witch of Rose Hall
3. Coven in Charing Cross
4. For Unlawful Carnal Knowledge
5. Pact with Lucifer
6. Choke, Thirst, Die
7. Wicked Woman
8. Dignitaries of Hell
9. Portrait
10. Satanic Mass

Znów po ciemnej stronie mocy. Zachęcona stwierdzeniem, że cały przemysł medialny jest niemal totalnie kontrolowany przez siły Lucyfera (w tym miejscu pragnę zachęcić do lektury artykułu, który podbił moje serce) postanowiłam znaleźć Szatana w postaci najczystszej. Tym samym trafiam w środek psychodelicznych lat 60.

Takie zespoły jak Jacula, Antonius Rex, Black Widow czy właśnie Coven to reprezentanci tradycyjnego occult rocka. W przeciwieństwie do innych grup, raczej prześmiewczo traktujących temat, tu mamy do czynienia z prawdziwą fascynacją okultyzmem.

Dobra, mamy kilku fanatyków, w tym diaboliczną wokalistę, której zawdzięczamy sławny gest diabelskich rogów. Genialna Jinx Dawson o ideologii dokoła, której obraca się zespół mówiła:
The satanic thing actually was something we were interested in and were studying at the time. When you’re younger, you’re looking for answers, and a lot of members of the band were looking into the same books at the same time. We studied it, we practiced it, but we only went so far. We didn’t do anything bad.

Nie dziwi zatem fakt, że sam ojciec satanistycznego kościoła – Anton LaVey chciał uczynić Coven gwiazdą imprezy „Satanic Woodstock”.

Witchcraft Destroys Minds and Reaps Souls wart jest posłuchania nie ze względu fuzję mroku i kiczu jaka go otacza, ale przede wszystkim na brzmienie. Płyta wychodzi w 1969, więc nie usłyszymy tu metalu ani szczególnie ciężkich dźwięków. Wszystko utrzymane jest na granicy rocka i psychodelii. Muzycznie Coven nie odstaje od działań takich zespołów jak Jefferson Airplane, za to zdecydowanie odchodzi już od hipisowskiej ideologii.

Płyta składa się z dwunastu utworów plus, jako pozycję trzynastą, dostajemy pierwszy zapis czarnej mszy – Black Mass . Ach ta symbolika. Coven z maniakalnym uporem wtyka także w szatę graficzną odwrócone krzyże i inne stosowne symbole (tym samym sprzedaż płyty wielokrotnie była utrudniana przez ,,stosowne instytucje”). Album otwiera Black Sabbath, którego tytuł, podobnie jak fakt, iż basista nazywa się Oz Osbourne zupełnie przypadkowo nasuwa źródło inspiracji grupy Black Sabbath, co pozostawiam wam pod własną ocenę. Pact with lucifer jest właściwie jedynym utworem, który umieszczony jest zupełnie w popowej stylistyce. Zaraz po nim mamy fantastyczne Choke, Thirst, Die i następnie, moim zdaniem najmocniejszy numer na płycie, jakim jest Wicked Woman. Rock’n’Roll. To, co Jinx robi w tym kawałku sprawia, że …no właśnie – trudno powiedzieć, że ten utwór brzmi świeżo, ale myślę, że ma w pewien rodzaj chaosu, dzięki któremu wzbudza zainteresowanie mimo, że minęło od jego powstania 40 lat muzyki.

Płyta doczekała się powrotu do życia po emisji w 1970 roku artykułu na łamach Esquire Magazine. Evil Lurks in California pojawił się zaraz po ,,wyczynach” Mansona i ukazywał satanistyczną scenę muzyczną lat 60. Na jednym ze zdjęć ilustrujących tekst widniał sam Charles trzymający pod pachą płytę. Jaką? Oczywiście ,,Witchcraft Destroys Minds and Reaps Souls”…

We All Fall Down

Posted in The Brigade with tags , , , , , on Marzec 6, 2012 by Robb

 THE BRIGADE – DEAD MAN’S GOLD [2009]

01 Italian Curse

02 Diamonds And Gold

03 We All Fall Down

04 Don’t Be Afraid To Touch The Ground

05 Right In Front Of You

06 Funeral Moon

07 Change Your Mind

08 Louise

09 She Wouldn’t Let Me Drown

10 For Someone To Love

11 Row

Brygada tych Norwegów z kompleksem głupich amerykanów powstała w 2009 na prochach Stonefish i Helldorado, w 2010 wydając na świat ten oto debiut, wyprodukowany przez jakiegoś gościa z Kaizers Orchestra (swoją drogą kapela chujowa jak mało która, polecam głuchym dylentantom i nie trybiącym alkoholikom, zabawa murowana!) oraz zdobywcę norweskiego GRAMMY (już jestem spokojniejszy!:) ). Sami piszą o sobie :
„Riding their musical train across the American continent their lyrics reflect a misanthropic environment where religion and alcohol are the pillars of life. The Brigade lures you in to the darkness and kicks you back into the light.” I nawet mogę sie z nim zgodzić, no i to byłoby w sumie na tyle jeśli chodzi o jakiś suchy obraz tego kolektywu, idziemy dalej…

Sama nazwa zespołu jest jednak tak równie oryginalna i przejmująca jak interesująca jest gra Lecha Poznań w ostatnim czasie pod wodzą Bakero, chociaż w przypadku The Brigade o żadnych torturach zmysłów nie może być mowy. Nie zmienia to jednak pewnego stanu rzeczy. Mimo pierdolonych odniesień i zapożyczeń, zaczerpnięć z dosyć przygnębiającej muzyki z różnych skrawków ziemi ten skarb Norwegów potrafi zalśnić. Morten Fiska jako wokalista i lider zespołu nie bawi sie i nie czaruje, nie jest oryginalny, jest tutaj rzemielśnikiem chwytającym jednak za serce swoim głosem, przynajmniej jeśli o mnie chodzi – no i mającym lekki kompleks Siverta Hoyema, którego uwielbiam. Kopie mają jednak to do siebie, że patrzy się na nie przez pryzmat oryginału i tym razem nikt się chyba nie pomyli, że podobieństwo w niektórych momentach do byłego frontmana zespołu Madrugada jest wprost uderzające, chociaż czasami w momentach większego wkurwienia Morten wznosi się w rejony Cave’a i to jest najlepsze co ten facet potrafi sprzedać i ja to kupuję jak niegdyś ojebki na wildeckim rynku. Więc jest to dobre. Jeśli o inne muzyczne inspiracje chodzi przede wszystkim jest to swoisty kompozyt zadymionej knajpy w której egzystuje wspomniany Nick Cave i jego Bad Seeds, David Eugene Edwards ze swoją americaną z czasów 16 Horsepower oraz pewien romantyzm wsparty kręgosłupem Madrugady i tego całego rock noir z dodatkiem wskazaniem na My Midnight Creeps czy Ricochets. Mógłbym nawiązań takich wymieniać w nieskonczoność ALE MI SIE KURWA NIE CHCE i mam pyry na gazie.

Jeśli jednak o treści i przekaz chodzi to jest tutaj mnóstwo nawiązań do dark, gothic country czy nawet starych spaghetti westernów w takich kawałkach jak eklektyczny i pełen niespodzianek Italian Curse (czuję kurewsko mroczny klimat Corbucciego – na deser Klaus ujebujący komuś ucho) Louise, We All Fall Down będący zawieszeniem stanu myśli nad… no właśnie posłuchajcie sami, jeden z bardziej energicznych numerów na tym albumie obok takiego Right In Front Of You. Czasami jest ckliwie jak w Funeral Moon, IMHO najnudniejszym kawałku na płycie, jeśli dalej o balladowe granie chodzi to w For Someone To Love nie ma już za to tego problemu i bywa przejmująco, co ukazuje tak naprawdę skrawek geniuszu i tego jak temperatura wpływa na nasze emocje (słyszałem że szwedki podczas robienia loda np. płaczą hehehehe WODY). W Row za to wkrada się chęć flirtu z dark cabaretem znanym mi z zespołu Adama Szklane Oko, więc jest spoko. Sami panowie w swoich inspiracjach jeśli o sztukę inną niż muzyka chodzi wymieniają Midnight In The Garden of Good And Evil (REALLY? A Clint Eastwood nakręcił na podstawie Berendta wcale nie taki słaby film, zajebiści Jude Law i Kevin Spacey, ten drugi jak zwykle grający kogoś nie do końca normalnego) czy Cormaca McCarthy’ego (brakuje mi tutaj neurozy, melancholii i skurwysyństwa). A czego tam jeszcze nie ma? Krzysztofa Rutkowskiego, bo jest nawet Edgar Allan Poe i jakiś Wowenhand (tak tak, jak głosi informacja na stronie zespołu). Trochę im z tym wszystkim nie wierzę bo mimo wszystko, jest zbyt ładnie, bez zaskoczki oraz dosyć przewidywalnie. Panowie nie walą kupy, ale nie można powiedzieć, że nie walą również ściemy 🙂

Reasuming będzie konkretny. Podobało mi się, ale wszystko gdzieś już to słyszałem. Być może muzyka ponadczasowa jak łysina Grzesia Laty być może to tylko odgrzewany kotlet, jednak brak neurozy i zbytniej melancholii nie popsuł mi ciekawych wrażeń z odsłuchu i myślę, że płyta ta jest łatwo przyswajalna i chwyci każdego, nawet bez posiłkowania się dodatkowymi katalizatorami w postaci bourbonu czy whiskey.

I was, I am, I am to come

Posted in Aphrodite's Child with tags , , , , , , on Marzec 4, 2012 by delff

APHRODITE’S CHILD – 666 [1972]

Disc I
1. The System
2. Babylon
3. Loud, Loud, Loud
4. The Four Horsemen
5. The Lamb
6. The Seventh Seal
7. Aegian Sea
8. Seven Bowls
9. The Wakening Beast
10. Lament
11. The Marching Beast
12. The Battle Of The Locusts
13. Do It
14. Tribulation
15. The Beast
16. Ofis

Disc II
1. Seven Trumpets
2. Altamont
3. The Wedding Of The Lamb
4. The Capture Of The Beast
5. ∞
6. Hic Et Nunc
7. All The Seats Were Occupied
8. Break

Z entuzjazmem muzycznego neofity trafiam prosto w środek apokalipsy. Co, gdyby obedrzeć Księgę Objawienia z całego patosu, zdegradować ją do poziomu, któremu bliżej do farsy niż uświęconego kultu? A może od razu umieśćmy ją w latach 60, w samym środku cyrkowego przedstawienia.

Costas Ferris jest autorem ,,concept book” aranżującego Apokalipsę św. Jana w czas rozkwitu flower-power. Zespół Aphrodite’s Child zmuszony przez wytwórnię do wydania na świat kolejnego krążka bierze na warsztat temat dość kontrowersyjny i tak między 1970 a 1972 rokiem rodzi się jedna z ikon progresywnego rocka i jeden z pierwszych koncept albumów – 666.

Jeżeli kojarzycie Demisa Roussosa jedynie jako starszego pana śpiewającego urokliwe Tiki Tiki czy Goodbye My Love, Goodbye to waszej uwadze umknęło zapewne ,,Dziecię Afrodyty”.
Historia zespołu sięga 1968 roku, kiedy wspomniany basista i wokalista Artemios Ventouris Roussos wraz z perkusistą Lucasem Siderasem spotykają multiinstrumentalistę Evengelio Odyssey Papathanassiou (Vangelisa). Pierwsze dwie płyty nie zapewniają grupie popularności. Dopiero trzecia i ostania, powstającą już w bardzo złej atmosferze, pozwala na osiągniecie komercyjnego sukcesu.

Pierwszy kontakt z 666 to około 80 minut fascynacji wielką różnorodnością brzmienia. Dostajemy od Aphrodite’s Child dwie płyty, w których nie ma właściwie słabych punktów jeśli chodzi o brzmienie. Jednak w porównaniu z całą ,,oprawą” zaczyna ono schodzić na drugi plan.

Na wejściu dostajemy The System ze słowami We’ve got the System, to fuck the System!  [sic!]. W jednym z opracowań twórczości AC zetknęłam się ze stwierdzeniem, że to właśnie ironia i sarkazm są kluczem do zrozumienia tej płyty, z czym nie sposób się nie zgodzić. The Four Horsemen i The Lamb są mocnymi uderzeniami pokazującymi klimat nagrania. W Do It mamy nawiązanie do książki  Jerry Rubin pokazującej rewolucję lat 60.
Pod koniec pierwszej płyty pojawia się The Ofis w którym swego głosu użycza jeden z najpopularniejszy grecki malarzy Yiannis Tsarouhis.

Dobrze, wiemy już, że zobaczymy apokalipsę oczami hipisów i wszystko będzie przypominać telewizyjny show, cóż zatem mogło wzbudzić wielkie kontrowersje dookoła tej płyty, by nazwać ją raczej pornografią niż muzyką. Między brzmieniami w stylu fusion (Altamont) i brzmieniami podchodzącymi pod pop (Hic et Nunc) pojawia się utwór ,,”.
Infinity
nie jest niczym innym niż 5 minutowym, improwizowanym przez samą Irene Papas orgazmem. Powtarza ona obsesyjnie frazę I was, I am, I am to come będącą inwersją biblijnego Who was, is, is to come. Warty uwagi jest fakt, że oryginalne nagranie miało nie 5 a 39 minut !

Koncept 666 zrobił wielkie wrażenie na samym Salvadorze Dali. Chciał on nawet wyreżyserować wielki happening towarzyszący wydaniu płyty (zachęcam do rzucenia okiem na całą historię). Zawarł on tam takie punkty jak:
– Soldiers dressed in Nazi uniforms, will walk in military march in the streets of Barcelona, arresting who-ever wants to break the law.
– Hundreds of swans will be left to move in front of the Sagrada Famiglia, with pieces of dynamite in their bellies, which will explode in slow motion by special effects.
(real living swans, that should be operated for putting the dynamite inside their belly).

Płyta jest intelektualną jazdą po bandzie. Zmusiła do większych przemyśleń, niż te które narzuca sztandarowe potraktowanie tematu. Oskarżana nawet o okultystyczne treści jest pozycją o doskonale rozbudowanym merytorycznie,,zapleczu”. Nie często udaje się trafić na płytę, która łączy treść i formę z tak dobrym rezultatem. Pozycja obowiązkowa.

On the run

Posted in The Qemists with tags , , , , on Luty 19, 2012 by kubeusz

THE QEMISTS – JOIN THE Q [2009]

1. Stompbox
2. Lost Weekend
3. On the Run
4. Dem Na Like Me
5. S.W.A.G. (Intro)
6. S.W.A.G.
7. Drop Audio
8. When Ur Lonely
9. Soundface
10. Got One Life
11. The Perfect High

The Qemists to już nie młode, Brytyjskie trio. Powstali w okolicach 1990 roku i uprawiali jakieś tam rockowe granie. Dopiero w drugiej połowie lat ’90 zainteresowali się muzyką drum ‚n’ bass i bardziej połamanymi rytmami. Tak sobie istnieli, grali, aż w końcu, przyszedł rok 2009 kiedy to światło dzienne ujrzał pełnoprawny debiut – Join The Q.

Fuzja rocka i elektroniki spod znaku d’n’b? Hmm, szczerze powiedziawszy po tym co sprezentowało na swoich albumach Pendulum (o takich rzygach jak Hadouken! nawet nie wspominam) byłem raczej sceptycznie nastawiony do tego typu kolaboracji. Na szczęście, niepotrzebnie, okazuje się się Brytyjczycy pokazali światu jak się to powinno robić.

Join The Q to naprawdę solidny album. Ma wszystko to, co powinien mieć krążek, na którym spotyka się rock oraz d’n’b (a nie kiedy i hip-hopowe rytmy się tu wkradną). Czego można chcieć od takiej muzyki? Na nudę narzekać na pewno nie można, są przeboje, refreny zapadają w pamięć, kopniak w zadek też jest, żyć nie umierać. Do tego dochodzą zajebiste sample i masa gości (między innymi Mike Patton, Jenna G. MC Navigator). Zbierając to wszystko razem, otrzymujemy istną petardę, idealnie nadająca się np do samochodu. Uwierzcie mi, słuchając Join The Q, człowiek od razu ma ochotę szybciej jechać, a noga samoczynnie dociska pedał gazu do oporu. Jednak nie polecam słuchać w domu, ładunek energii zawarty na płycie, może mieć zły wpływ na stan waszych sprzętów domowych. Począwszy od Stompbox (rewelacyjny cover w wykonaniu Spor’a), przez taki hiciory jak: bardzo rockowy Lost Weekend, drum ‚n’ bassowy On The Run, cz hip-hopowy Dem Na Like Me a na mocarnym The Perfect High kończąc, mamy do czynienia z muzyką rozrywkową najwyższych lotów.

Nie widziałem ich (jeszcze) na żywo, ale słuchając Join The Q (oraz równie zajebistego Spirit Of The System), jestem pewien, że chłopaki dupy nie dają. Ta muzyka jest wręcz stworzona do koncertowego szaleństwa. Jak ktoś poszukuje muzyki prostej, ale zarazem pełnej energii, zróżnicowanej i nie ma klapek na oczach, niech sięga po debiut The Qemists (po drugi w sumie też, kontynuuje to co zapoczątkował Join The Q) bo to kawał dobrej, kopiącej zad muzyki.

I’m riding sound waves like Posiden

Posted in Overseer with tags , , , , on Styczeń 23, 2012 by kubeusz

OVERSEER – WRECKEGE [2003]

1. Slayed
2. Stompbox
3. Supermoves
4. Velocity Shift
5. Horndog
6. Meteorology
7. Aquaplane
8. Doomsday
9. Basstrap
10. Sparks
11. Never
12. Heligoland

„O kurwa, ale to jest zajebiste” – takie słowa padły z mych ust, gdy pierwszy raz przesłuchałem ten album. Dziś będzie o płycie Wreckege, która wyszła spod ręki Roba Overseera, którego niektórzy mogą kojarzyć z soundtracków do filmów (Animatrix, Snatch), czy gier (NFS Underground). Ale przejdźmy do konkretów tak, jak to robi Wreckege.

Zaczyna się całkiem spokojnie, bo kroczącym Slayed, który jest swoistym manifestem nijak zwiastującym to, co jest przed nami. A czekają nas same świetne rzeczy; płyta aż kipi od pomysłów i jest jedynym w swoim rodzaju kolażem gatunkowym. Praktycznie każdy numer jest inny, tzn. nie brzmi to jak jakaś chujowa składanka zasmarkanego gimbonauty, tylko jest to wytrawny zbiór utworów, niczym wieczerza składająca się z 11 dań, które często stworzone są z podobnych, lub nawet z tych samych składników, podana jednak w różnych proporcjach i z różnymi przyprawami. Dzięki temu możemy trafić na dania, w którym częścią główną jest gitarowe granie, a wszelkie inne elementy są ozdobą (Stompbox -solidny cios w ryj;, Slayed). Niekiedy jednak i te elektroniczne dodatki mogą mieć swój większy udział w potrawie – np. w Doomsday, istnym formowaniu armii na dzień zagłady. Apetyt rośnie w miarę jedzenia; włączamy Supermoves czy Velocity Shift i wywracamy wszystko na drugą stronę – to muzyka, która z powodzeniem mogłaby znaleźć się na płytach The Prodigy czy The Crystal Method. Mało? Odpalamy Horndog, Basstrap, a tam całkiem miły dla ucha rap, podobnie jak w przedostatnim na płycie zatytułowanym Never – z hiphopowych wałków ten jest chyba najlepszy. Jest przepotężny w swoim muzycznym minimaliźmie. A to nie wszystko, co można znaleźć na tym bogatym krążku. Meteorology, Sparks czy wspaniały Heligoland to klimatyczne i spokojne wałki pozwalające oderwać się od świata, kojące duszę. Możemy również poczuć papierosowy dym i zapach whiskey jakiegoś obskurnego pubu w Aquaplane.

Rozpiętość gatunkowa ogromna; wydaje się, że to nie możliwe, aby płyty słuchało się przyjemnie, bez uczucia „oderwania od siebie”. Jednak Rob Overseer sprawił, że wszystko spina niewidzialna nić, dzięki której krążek wchodzi bez popity już od pierwszych sekund i zaskakuje co kilka chwil. Czekam na więcej ale coś się doczekać nie mogę, bo Wreckege pochodzi z 2003 roku. 😦

Out comes the evil…

Posted in Lords Of Acid with tags , , , on Styczeń 22, 2012 by kubeusz

 LORDS OF ACID – VOODOO-U [1994]

1. Voodoo-U
2. The Crablouse
3. She and Mrs. Jones
4. Do What You Wanna Do
5. Young Boys
6. Out Comes the Evil
7. Mister Machoman
8. Marijunana in Your Brain
9. Special Moments
10. Dirty Willy
11. Drink My Honey
12. Blowing Up Your Mind

Taste your might…ekhm, nie ta bajka, a jednak – nie do końca. Powiedzmy sobie szczerze – chyba nie ma na świecie osoby, która nie kojarzyłaby motywu przewodniego z Mortal Kombat w wykonaniu tajemniczych The Immortals. Właśnie szukając informacji o tym projekcie, natknąłem się na informacje, że niejaki Praga Khan oraz Olivier Adams są powiązani z zespołem Lords Of Acid. Po długich i żmudnych poszukiwaniach udało mi się zdobyć album zatytułowany Voodoo-u.

Pierwsze dźwięki i…rozczarowanie. Muzyka całkowicie odmienna od wspomnianego Techno Syndrome. Nie minęło kilka chwil, a zaczęło mi się to podobać. Ale to dopiero The Crablouse wciągnął mnie całego. No i stało się – przez długie tygodnie album nie opuszczał mojego odtwarzacza. Nie pamiętam, aby w tamtym okresie któryś krążek tak mnie porwał.

Dobra. Wszystko super. Zaczęły się pierwsze spusty nad płytą, ale co to właściwie za muzyka? Jest to starcie dwóch światów – dającego kopa w dupę rocka oraz industrialowej i acid-housowej elektroniki z małą domieszką innych gatunków, które można usłyszeć tu i ówdzie. Jaki to dało efekt? Moim zdaniem piorunujący: mamy do czynienia z albumem, przy którym nie można usiedzieć spokojnie. Przy wspomnianym The Crablouse mam ochotę niszczyć wszystko, co znajduje się w okolicy, a taki rockowy Out Comes The Evil czy elektroniczny Special Moments (młot na dyskotekowe ścierwo) to potężne koncertowe killery zdolne niszczyć światy. Ile w tym jest energii! Można by nią obdzielić kilka innych albumów, a i tak Voodoo-u nie brałby jeńców. A propos klubów, taki Drink My Honey spokojnie mógłby się znaleźć w filmie Matrix w scenie, gdy Neo pierwszy raz spotyka Trinity. Wierzcie mi lub nie – nadawałby się idealnie. A jak reszta? Kopie tyłki, że aż miło. No, może z wyjątkiem Marijuana In Your Brain, ale ten numer to 100% Reggae. Nie znaczy to że jest zły, tylko jest spokojny i siłą rzeczy nie kopie tak mocno jak reszta. 😉

Pisząc o Lords Of Acid trzeba wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy. O tekstach przesyconych seksem i narkotykami, które są niejako wizytówką tego zespołu. A fakt, że za mikrofonem stoi kobieta dodaje tylko pikanterii. Żałuję tylko, że do pozostałych (i tak nielicznych) płyt już nie mogę się tak łatwo przekonać (ale będę próbował), a na ten moment uważam, że Voodoo-u to ich szczytowe osiągnięcie.

%d blogerów lubi to: