Archiwum autora

… z Lecha, z Piasta

Posted in Lao Che with tags , , , , on Kwiecień 1, 2012 by saimonix

 LAO CHE – GUSŁA (2002)

01. Astrolog
02. Kniaź 
03. Klucznik/rozdziobią nas kruki i wrony 
04. Wiedźma
05. Junak 
06. Lelum Polelum
07. Mars-Anioł Choroby
08. Nałożnica
09. Did Lirnik
10. Topielce
11. Komtur
12. Jestem Słowianinem
13. Wisielec
14. Kat

Witam po dłuższej przerwie. Chciałbym zaproponować Wam dziś płytę, która jest jedną z trudniejszych w odbiorze, z jakimi spotkałem się za młodu. Lao Che jest z pewnością zespołem, który wiele z Was kojarzy przynajmniej z nazwy. Od czasu, kiedy przebojem wkroczyli na „szerszą” scenę muzyczną w Polsce z płytą „Powstanie Warszawskie” w 2005, zdążyli wyrobić sobie już solidną pozycję i całkiem pokaźną rzeszę fanów, której jestem szczęśliwym członkiem. Jak łatwo zgadnąć, poznałem ich właśnie dzięki drugiemu krążkowi, a z racji mojego młodzieńczego i dziś wieku, było to jeszcze w czasach gimnazjalnych. „Powstanie Warszawskie” sporo namieszało w mojej świadomości (m.in. obudziło fascynację historią) i jest jedną z płyt, które cenię sobie najbardziej, ale o nim innym razem. W każdym razie, naturalnym jest, by sięgnąć w podobnym przypadku po pozostałą część dorobku zespołu, który zrobił takie wrażenie. Sięgnąłem i… nic nie zrozumiałem. Nie podobała mi się ani dziwaczna, niewyraźna muzyka, ani teksty, z których nabijałem się z dobrym kumplem (Lelum polelum). Dlatego płyta nie przypadła mi wtedy do gustu i odstawiona na bok leżała sobie na dysku czekając na lepsze czasy. Czasy nadeszły dopiero 5 lat później, bo postanowiłem do niej wrócić przy okazji słuchania najnowszej (do dzisiaj) płyty ekipy z Płocka, czyli Prąd stały/Prąd zmienny. I tym razem… znów mocne wrażenie. Ale już graniczące z zachwytem. Po przerobieniu programu szkolnego z literatury polskiej i naszej historii, przeczytaniu kilku kilo książek na ten temat i ogólnie rzecz biorąc, po pięciu latach samorozwoju ukierunkowanego na „humanistykę” zrozumienie płyty nie było już trudne. Muzycznie też udało mi się pójść trochę dalej i wyjrzeć poza thrash metal 😉

                Do rzeczy więc. „Gusła” zawiera bardzo mroczną, ponurą, minimalistyczną (choć z odstępstwami) muzykę, którą, gdybym musiał otagować, opisałbym m.in. jako folk, ambient, słuchowisko, alternatywa (he-he), momentami nawet disco i wiele innych. W użyciu jest wiele instrumentów, poczynając od klasycznych spotykanych w szeroko pojętej muzyce rockowej, przez klawisze, po różnego typu „przeszkadzajki” w rodzaju deszczowej rury, trójkąt, a wszystko spięte samplerem. Nie jest to muzyka, w której można znaleźć, poza nielicznymi wyjątkami (Klucznik), rytm czy melodię. Chwilami przechodzi nawet w słuchowisko, słychać tylko odgłosy lasu, szum wody i okazyjne delikatne dźwięki, jakie w filmach wydaje magia (Topielce). Skupiono się tutaj raczej na stworzeniu odpowiedniego klimatu i tła dla tekstów.

Teksty! To jest najważniejsza treść i siła tej płyty. Całe „Gusła” to koncept album – świder prosto w polskosłowiańskość, mroki średniowiecza i omszałe ruiny zamków gdzieś na Białorusi w których brodaci kniaziowie pili do upadłego i prali się po mordach, wyłowionych z rzeki obelisków o czterech twarzach, zarośniętych leśnych jezior z czającymi się pod wodą topielcami, wędrownych dziadów w łapciach opowiadających straszne historie przy śmierdzących łojem świecach, zawierający niezliczoną ilość nawiązań i motywów z polskiej literatury i historii. Przez to wszystko przewalają się na przemian zbrojno i konno Krzyżacy, Tatarzy i Litwini, paląc, grabiąc, mordując i biorąc w jasyr. Co się ostanie, to dobija mór albo porywa w swoje objęcia leszy czy inna paskuda prosto z chłopskiej wyobraźni. Gdzieś w tle słychać jeszcze wrzaski palonej na stosie ostatniej żywej wieśniaczki, którą wzięto za wiedźmę, a wszystko zawarte w 70 minutach. Wystarczy spojrzeć na tytuły utworów, nie trzeba nawet, wystarczy posłuchać pierwszych dźwięków i słów pojawiających się po odpaleniu płyty – „Kto zacz? Wystąp! Odpowiedz!//Kto zacz? Zaklinam! Odpowiadaj!//Pomnij! – „…niż mędrca szkiełko i oko…””. Spięty (frontman i gitarzysta, wokalista i autor tekstów) to prawdziwy czarodziej słowa pisanego, w mojej opinii talentem dorównujący największym poetom znanym naszemu językowi. Każdy wers na tej płycie to prawdziwy słowny majstersztyk, który można rozumieć na wszelkie możliwe sposoby, a jeśli odłożyć na jakiś czas poszukiwania przesłania i mądrości płynące z poezji, to po prostu mała pigułka która w naszej głowie eksploduje skojarzeniami, obrazami, myślami, razem tworzącymi KLIMAT. Gdybyśmy żyli w kreskówce, z „Guseł” wydobywałaby się nasza polsko – słowiańska narodowa tożsamość w postaci srebrzystej mgły, która przenika nas całych i unosi znad podłogi za każdym odtworzeniem.

                Utwory, które najbardziej przypadły mi do gustu to nr. 11 i 12, tj. Komtur i Jestem Słowianinem. Nie mogę powiedzieć, że są lepszej jakości niż pozostałe, bo cała płyta trzyma niesamowicie wysoki, wybitny wręcz poziom. Te dwa po prostu najlepiej skojarzeniowo i uczuciowo trafiają w moje gusta. „Gusła” to doskonały przykład, jak można czerpać garściami z naszej tradycji historycznej, literackiej i szerzej kulturowej, tworząc muzykę nowoczesną, po części tzw. popularną, nie spłaszczając składników ani o cal, a nawet uwypuklając ich przekaz i znaczenie. Dodam jeszcze, że od kiedy Lao Che poznałem (2006) byłem na ich koncercie 7 razy, a ostatni raz… w 2009. Czas więc nadrobić zaległości, bo szykuje się nowa płyta, a każdy z koncertów był wspaniały i na jak najwyższym poziomie. Wiele utworów można było usłyszeć też na nich w nowej aranżacji. Polecam Wam z czystym sercem „Gusła”, jak i wszystkie pozostałe płyty Lao Che, ale o nich innym razem 🙂

Reklamy

Na starej mapie krajobraz utopijny

Posted in Jacek Kaczmarski, Zbigniew Łapiński with tags , , on Luty 22, 2012 by saimonix

 JACEK KACZMARSKI, ZBIGNIEW ŁAPIŃSKI – SARMATIA (1994)

1. Do muzy suplikacja przy ostrzeniu pióra

2. Drzewo genealogiczne

3. Na starej mapie krajobraz utopijny

4. Dobre rady pana ojca

5. Pana rejowe gadanie

6. Dzielnica żebraków

7. Czary skuteczne na swary odwieczne

8. Prosty człowiek

9. Warchoł

10. Z pasa słuckiego pożytek

11. Rokosz

12. Kniazia Jaremy nawrócenie

13. Elekcja

14. Pobojowisko

15. O zachowaniu przy stole (Za J. Kitowiczem)

16. Nad spuścizną po przodkach deliberacje

17. Według Gombrowicza – narodu obrażanie

18. Z XVI – wiecznym portretem trumiennym rozmowa

Jacek Kaczmarski. Trzy sekundy na wyartykułowanie pierwszego skojarzenia.

Mury, prawda? Nic dziwnego. Ten utwór stał się dla Polaków czymś więcej, niż tylko piosenką. Tym śmieszniejsze jest to, że 99% jej słuchaczy w ogóle jej nie rozumie, nie zwraca też uwagi na jej drugą zwrotkę… ale nie o tym chciałem dziś pisać. Tak jak Mark Hamill szerszej publiczności już na zawsze będzie kojarzył się z Lukiem Skywalkerem, tak Kaczmarski kojarzy się nam z Murami i rzadko czymś więcej. To strasznie smutne, ponieważ był wybitnym artystą, w mojej opinii poetą na miarę największych. Muzycznie także miał swój urok, który wymiernie wzrastał na płytach nagranych wspólnie z innymi (głównie Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim).

            Płyta, a raczej program (bo tak Kaczmarski nazywał swoje albumy), o której chcę Wam dziś opowiedzieć nosi nazwę Sarmatia. Nagrana w roku 1993, światło dzienne ujrzała w 1994. Była ostatnim programem, na którym Kaczmarski współpracował ze swoimi dawnymi kolegami (a raczej kolegą, ponieważ Gintrowski ostatecznie w ogóle nie wziął udziału w jej realizacji) z czasów początków muzycznej kariery. Po dokładniejsze informacje odsyłam do jakiegoś opisu jego drogi twórczej.

Całość składa się z 18 utworów, autorem wszystkich tekstów jest Jacek Kaczmarski, natomiast muzykę napisał wraz ze Zbigniewem Łapińskim, który jest też odpowiedzialny za fortepianowe aranżacje. Muzyka na płycie może wydawać się odrobinę uboga, ponieważ jedyne wykorzystane instrumenty to gitara klasyczna i fortepian, ale spełnia swoją rolę bardzo dobrze, w wielu momentach ma też wiele uroku. Ciężko wyobrazić mi sobie tę płytę zagraną przez „pełnoprawny” zespół wyposażony w arsenał do grania współczesnego rocka czy nawet folku. Program w przewrotny sposób czerpie z polskiej tradycji, szczególnie przedrozbiorowej i jest w tym raczej obrazoburczy (jak ktoś kiedyś określił, całość pisana była „ku przerażeniu serc”). Wady naszych przodków, które znamy z lekcji historii Kaczmarski opisuje tutaj w sposób bezlitosny i często szyderczy, ale także znacznie głębszy i bardziej refleksyjny, niż robią to podręczniki i nauczyciele. Łatwo jest skojarzyć polskiego szlachciurę z grubym, zaplutym i zapitym typem, z obłędem w oczach i wrzaskiem jako nieodłącznymi atrybutami, ale dzięki utworom Kaczmarskiego nasze wyobrażenie jest pełniejsze i pozwala choć odrobinę zrozumieć, co ci ludzie mogli naprawdę myśleć. Płytę poznałem w roku 2005, a słucham jej stosunkowo często do dzisiaj. Przyczyną jest oczywiście jej duża wartość i przystępność, ale także to, że nawet po tych 7 latach słuchania, przemyśleń, a także edukacji i czytania książek nadal w niektórych utworach odnajduję „smaczki”, odniesienia do wątków, wydarzeń, postaci czy utworów obecnych w naszej kulturze i historii zawarte w tekstach, a których nie zauważyłem wcześniej. Mają to do siebie, że zrozumie je zarówno gimnazjalista uczący się właśnie o rozbiorach, jak i profesor historii, a każdy z nich uśmiechnie się nie raz na nagły impuls myślowy odsyłający nas do jakiegoś innego elementu naszej wiedzy i ogólnej erudycji, który właśnie odkrył, czy zrozumiał. Teksty grają na całym spektrum ludzkich uczuć i emocji. Bywa żartobliwie (Do muzy suplikacja…), bywa smutno (Pobojowisko), melancholijnie (Drzewo Genealogiczne), butnie (Warchoł), refleksyjnie (Z XVI – wiecznym portretem trumiennym rozmowa) i tak dalej i tak dalej… całość podszyta jest tym specyficznie polskim przewrotnym, trochę cierpkim ale za to prawdziwie zabawnym humorem.

Podczas słuchania można w bardzo przyjemny i przystępny sposób oddać się „astralnej podróży” po zakamarkach naszej własnej historii. Do takiej sytuacji nawiązuje już trzeci utwór, „Na starej mapie krajobraz utopijny”, który jest jednym z moich ulubionych. Myślę, że na płycie każdy znajdzie coś dla siebie – powtórkę z historii na egzamin czy maturę, ponieważ słuchanie poezji wymaga myślenia, pożywkę dla wyobraźni, inną interpretację tego, co już wiemy i wiele innych rzeczy. Jednak jej ponadczasowa wartość wynika moim zdaniem z tego, że teksty, mimo że odnoszą się do zdarzeń, których nikt dzisiaj nie jest nawet w stanie dokładnie odtworzyć, w rzeczywistości opowiadają o nas i naszym charakterze dzisiaj. Wydawać by się mogło, że po 370 latach klęsk, katastrof, niepowodzeń i kilku kolejnych odbudowach z gruzów i popiołów Polska i jej mieszkańcy powinni się czegoś nauczyć. Niestety, mimo, że jak to się mówi, historia powinna być nauczycielką życia, najczęściej nie spełnia tej roli, choć nie ze swojej winy. Patrząc na naszą dzisiejszą rzeczywistość można wręcz odnieść wrażenie, że jest coraz gorzej. Tym rzewniej można zapłakać nad naszym tragicznym losem. Osobiście uważam, że polska kultura i tożsamość od dawna już nie żyją, choć to temat na zupełnie inny tekst. Ale, jak mówi w szczególności piosenka „Nad spuścizną po przodkach deliberacje”, nie powinno to być dla nas usprawiedliwieniem dla własnej głupoty, a z tą właśnie, gnieżdżącą się od niepamiętnych czasów w laszych łbach Kaczmarski stara się walczyć w piękny, liryczny sposób i za to mu chwała.

Polecam płytę z czystym sercem każdemu, kto nie boi się i lubi myśleć. Nad życiem, swoją tożsamością, światem, tym skąd i dokąd podążamy, a także wieloma innymi rzeczami. Dla mnie ten album stał się punktem zwrotnym w życiu, ponieważ obudził we mnie głęboką fascynację historią, która trwa do dzisiaj i która wywarła niebagatelny wpływ na całe moje (choć jeszcze krótkie) życie i wybory, których dokonałem. Mam nadzieję, że i Wam program pomoże w „szukaniu własnych czapek”.

More than a feeling

Posted in Boston with tags , , , on Luty 17, 2012 by saimonix

 BOSTON – BOSTON (1976)

1. More than a feeling

2. Peace of mind

3. Rock & Roll band

4. Smokin’

5. Foreplay/Long time

6. Hitch a ride

7. Something about you

8. Let me take you home tonight 

Dzisiaj zakładamy dzwony, klata na wierzch i coś świecącego, zapuszczamy wąsy i pekaesy i nie przejmując się niczym, rzucamy się w przyciemnianych okularach w sam środek lat ’70. Płyta, o której chciałbym Wam opowiedzieć nazywa się po prostu Boston, jak też i zespół. Jest to pierwsza z ich dorobku, przez wielu (przynajmniej przez RYM 😉 ) oceniana najwyżej, zawiera też ich pierwszy i największy przebój. Ogromny sukces kasowy, do dzisiaj sprzedała się w ponad 17 milionach (!) egzemplarzy. Jeśli szukacie kolejnej tak ciekawej i nieszablonowej pozycji jak np. opisywane wczoraj przez Kubeusza Neuronium, to niestety nie tym razem, ale gdyby płyta nie wydawała mi się warta uwagi, nie zawracałbym Wam siedzenia.

Cóż to więc jest? Klasyczny rock przez duże K i R. Kryształowo czyste gitary i harmonie, masa przestrzeni, trochę chórków i zdublowanych ścieżek wokalu, rozcinające niebo solówki, raczej prosta perkusja i wyraźny bas, ale też pięknie wykorzystane klawisze, brzmiące momentami trochę jak organy Hammonda, które tak kocham (ale o tym znów innym razem). Z relacji osób, które były na koncertach w czasie ich największej świetności zachowało się sporo opisów tego, jak ogromny zestaw instrumentów mieli ze sobą zawsze na scenie. W ich muzyce zwraca uwagę przede wszystkim ładna barwa głosu wokalisty, która nie była efektem studyjnym (zajrzyjcie na youtube) i świetna produkcja, dzięki której można wychwycić co nam się żywnie podoba (ich szef był na co dzień inżynierem dźwięku). Brzmienie określiłbym jako dość delikatne, gitary są raczej schowane za basem i mało przesterowane, sporo jest momentów akustycznych. By dodać nutkę abstrakcji, powiem, że pierwszy obraz jaki widzę przy słuchaniu tych nut to letnie leniuchowanie na plaży i kąpiel w jakimś ciepłym morzu. Melodie w piosenkach niosą ze sobą masę dobrego humoru i pogody, są momenty oparte na klasycznych i sprawdzonych (już wtedy) patentach, jak np. Smokin’. Jeśli chodzi o poziom zróżnicowania utworów, na pewno daje się odczuć, że pochodzą z jednej płyty, ale nie ma nudy. Album trwa idealne, winylowe 40 minut, w sam raz.

Myślę, że Boston wyróżniał się trochę od pozostałych zespołów swojego nurtu tekstami – nie były to proste historyjki o miłości, miały swoją głębię. Oczywiście nie unikali klasycznej rockowej tematyki tamtego okresu, ale robili to znacznie ciekawiej i bardziej przekonująco, czego najlepszym przykładem jest pierwsza piosenka z płyty – More than a feeling (o którym pisałem we wstępie). Prosta, ale chwytliwa i bardzo ładna melodia, masa emocji w muzyce, a do tego nostalgiczny (w pozytywnym sensie) tekst, w którym każdy odnajdzie jakąś prawdę ze swojego życia – przepis na przebój. Inne piosenki, które szczególnie zwróciły moją uwagę to Foreplay/Long time i Hitch a Ride. Pierwsza ma nawet elementy czegoś, co można by nazwać progresją. U wielu z Was może pojawić się odczucie, że Boston to tylko kolejny z setek, jeśli nie tysięcy podobnych do siebie zespołów rockowych, ale zwracam Wam uwagę, byście oceniali oryginalność pamiętając o czasoprzestrzeni. Łatwo dzisiaj powiedzieć, że to, co grali już było, pytanie tylko, czy nie było przypadkiem (chociaż w części) dzięki nim.

Wiele można by jeszcze pisać, ale czas chyba kończyć. Boston to muzycznie bardzo solidny, klasyczny rock, a dla mnie jedna z tych płyt, które wprawiając w dobry nastrój dają w tym zaśnieżonym i ciemnozimnym kraju doskonałą i niezawodną pożywkę do marzeń. Wielu mądrych facetów mówiło już, że życie bez marzeń jest szare i puste, dlatego zachęcam Was, żebyście zaczynając dzień od włączyli muzykę, zamknęli oczy jeszcze raz i uciekli myślami gdzieś do tej dziewczyny, którą kiedyś znaliście…

 PS oto żołnierz Armii Zbawienia, który m.in. dzięki muzyce Boston był w stanie w naszej nudnej rzeczywistości stać się prawdziwym rycerzem Jedi. Może zgadniecie, jaki film mam na myśli? 😉

Głosy przodków

Posted in Cat With Seven Toes with tags , , , , , on Luty 15, 2012 by saimonix

 CAT WITH SEVEN TOES – ANCESTRAL VOICES 

 

Osiyo, K’u xi, Yaw, Hello

Ciężko mi nawet zacząć pisać o tym, co dziś chciałbym Wam przedstawić. Czy się przywitać, czy może tłumaczyć, dlaczego „płyta”, którą opisuję nie ma okładki, tytułów utworów, lub skąd ten cudzysłów? Chyba na początek powiem Wam, dlaczego w ogóle warto zaprzątać sobie nią głowę. Kilka tygodni temu, po lekturze książki Arkadego Fiedlera „I znowu kusząca Kanada” postanowiłem polecieć trochę dalej w swoich zainteresowaniach Indianami Ameryki Północnej, tym razem na polu muzyki. Skłoniła mnie do tego też płyta Gila – Bury My Heart at Wounded Knee (ale o niej innym razem). Któregoś wieczoru, przeszukiwałem sobie radośnie Internet w poszukiwaniu indiańskiej muzyki i natrafiłem na album o tytule „Ancestral Voices”. Pewnie też czasem macie tak, że tytuł płyty działa na Was jak magnes – tak było i w tym przypadku. Indianie mieli bardzo silnie rozwinięty kult przodków, dlatego po takim tytule nieśmiało spodziewałem się małej pigułki ich sposobu czucia i myślenia (lub moich wyobrażeń o nich) przekutego mniej lub bardziej doskonale w muzykę. Nie zawiodłem się, mogę wręcz powiedzieć, że zawartość płyty przerosła moje oczekiwania, ale o tym za chwilę.

 

Na początek kilka informacji o „artyście” i „płycie” – całość składa się z trzynastu utworów nie posiadających tytułów. Wszystkie grane są (prawdopodobnie) na instrumencie nazywanym po angielsku „Native american flute”, po czirokesku „Ditseluhisdi”. Autorem „płyty” jest tajemniczy Indianin podpisujący się jako Cat with Seven Toes. Nie jestem w stanie sprawdzić żadnej z tych informacji, choć dłuższą chwilę szukałem jakiegoś potwierdzenia. Wszystkie pochodzą w krótkiego pliku tekstowego zamieszczonego w folderze z utworami, w którym autor pisze m.in. o tym, że nie wierzy w prawa autorskie i podaje swój adres zamieszkania dla wszystkich, którzy chętni są jakkolwiek pomóc mu materialnie (nawet wysyłając, uwaga… ziemniaka w kształcie dupy). Słowa „płyta” czy „artysta”, normalnie wykorzystywane w recenzjach ujmuję w cudzysłów, ponieważ sami już widzicie, z jakim dziwolągiem mamy do czynienia – nie jest to zwykły album, z jakim spotykamy się na co dzień.

 

Jaka więc jest ta tajemnicza muzyka? Jak już pisałem, „płyta” zawiera 13 utworów granych na indiańskim flecie. Są do siebie podobne (to pewnie tylko wrażenie, ponieważ rzadko słyszymy coś takiego), choć różnią się od siebie sposobem nagrania – niektóre mają dodany większy lub mniejszy pogłos, inne natomiast nagrane są „na czysto”. Niektóre są szybsze, inne wolniejsze, różnią się też wysokością dźwięków, po których się poruszają – jakkolwiek banalnie to nie brzmi, są utworki bardziej „śpiewne”, są też bardziej „ćwierkotliwe”. Gdybym miał wybrać któryś z utworów, postawiłbym chyba na utwór nr 3. Ciężko opisywać mi brzmienie tej muzyki za pomocą mojej ubogiej terminologii, dlatego czas porzucić terminologię na rzecz skojarzeń. Połóżcie się na podłodze swojego pokoju, wyłączcie wszystko poza wieżą, z której płyną dźwięki. Kilka chwil po zamknięciu oczu parkiet zaczyna być zimny i śliski jak mokry kamień, obok rośnie młoda i zielona trawa, gdzieś z oddali słychać szum świerkowego lasu i czuć zapach żywicy, z góry dochodzi daleki krzyk orła, a na twarzy czuć powiew wiatru wędrującego sobie swobodnie po przestrzeni większej, niż kiedykolwiek ujrzycie na oczy. Jesteście wolni, zdrowi, silni i szczęśliwi, żyjecie „naprawdę”. Ta muzyka daje uczucie łączności z jakąś wielką mądrością, którą człowiek odkrywa przez całe życie, a która była i będzie gdzieś tam zawsze. Dosłownie wysysa z nas troski i zmęczenie, pozwala osiągnąć ogromny spokój i uruchomić wyobraźnię tak, by widzieć przed sobą najpiękniejsze krajobrazy jakie mogą przyjść na myśl a później cieszyć się tym tylko, że są. Gdzie? W naszej głowie, w równoległym świecie, czy może gdzieś na Ziemi? To nie ma znaczenia – kiedyś do nich dotrzemy. Wszystko to oczywiście bardzo subiektywne odczucia, każdy z Was na pewno zobaczy coś innego. Wspólnym mianownikiem będzie oderwanie się od codzienności choć na chwilę i to właśnie jest piękne.

Na koniec zostawiam Was z cytatem z książki Fiedlera, o której pisałem – może zachęci Was do muzyki o której starałem się Wam opowiedzieć, może do przeczytania całości, a może do jakiejś innej „duchowej podróży” po wielkim kolażu ludzkiej kultury.

 

„Indianie stworzyli sobie żywot zbyt piękny, a przy tym zachowali waleczność zbyt krewką, ażeby nie walczyć o to wszystko do upadłego. jest zdrowy instynkt w młodzieży wszystkich czasów i wszystkich żywotnych narodów, że właśnie Indian, Indian preryjnych, wybrała sobie za wzór bohaterstwa i umiłowania wolności. W młodych sercach chyba na zawsze pozostanie cześć dla wspaniałych wojowników, pomimo że ci dotychczas nie doczekali się pełnego odbicia ani w dobrej literaturze, ani w filmach, wulgarnie wypaczających to, co kiedyś było wzniosłe i urzekające.

Było wzniosłe i urzekające, dopóki istniały bizony. Wraz z wytępieniem bizonów zmieciono z oblicza ziemi wyjątkowo udatny fragment ludzkiego istnienia i pierwotnej kultury.”

PS jako okładkę wybrałem jeden z obrazów Charlesa M. Russela – XIX wiecznego kanadyjskiego malarza portretującego (istniejące wtedy jeszcze) życie preryjnych Indian.

 

%d blogerów lubi to: