Archiwum dla 2005

I’ll wait for the night to come

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Luty 29, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – ALIEN [2005]

1. Imperial
2. Skeksis
3. Shitstorm
4. Love?
5. Shine
6. We Ride
7. Possessions
8. Two Weeks
9. Thalamus
10. Zen
11. Info Dump

WE HAVE RETURNED

Rok 2005 przyniósł jedną z moich ulubionych płyt z tzw. „ciężką muzyką”. Jest to również album, od którego zacząłem swoją przygodę z muzyką Devina Townsenda. Mowa o Alien.

For tonight…WE RIDE!!!!

Kolejna płyta Strapping Young Lad przynosi kolejne zmiany; kierunek -> kosmos. Tym razem Devin zabiera nas na wycieczkę do zupełnie innego świata. Świata, w którym jego muzyka jest jeszcze cięższa i jeszcze intensywniejsza. Natężenie dźwięków na centymetr kwadratowy płyty przekracza wszelkie normy. Tak intensywnie jeszcze nie było. Mimo kilku spokojniejszych fragmentów, ten album jest jednolitym, ociężałym blokiem, którego gęstość i ciężar przygniata wszystko inne. Miażdżące kości riffy, wijący się gdzieś pod stopami bass i przepotężne bębny Gene’a Hoglana sprawiają, że Alien to nacierająca ściana dźwięku. Do tego dochodzą fenomenalne wokale Devina Townsenda, który na tym albumie przeszedł chyba samego siebie, a jego opętańcze wrzaski oraz nagromadzenie różnorodnych wokaliz (w tym dziecięce chórki) w pewnych fragmentach, dodają tej płycie szczyptę psychodelik, może nawet schizofrenii. Niezależnie od swojej spójności i jednorodności, za tym zwartym murem muzyki kryje się całkiem zróżnicowany materiał, który wraz z kolejnymi przesłuchaniami staje się coraz bardziej klarowny i przejrzysty.

PUT IT IN GEAR MOTHERFUCKER!!!!!

Zdecydowaną większość płyty stanowi potężny, niszcząca obiekty i miażdżąca kości zawartość. Już rozpoczynający Imperial doskonale wprowadza w klimat albumu, posyła w kosmos i dodaje niewyobrażalną dawkę energii, który kipi z tej muzyki. Imperial brzmi, jakby wkurwienie miało go rozerwać od środka, miota się niczym niepoczytalny człowiek w szaleńczym amoku. Skeksis czy Shitstorm nie dają ani chwili wytchnienia – obydwa skutecznie sprawiają, że słuchając ich, czuję się, jakbym siedział przy silniku odrzutowym od strony wylotowej. Za to Love?, to zupełnie inna para kaloszy, bez wątpienia jeden z najlepszych numerów autorstwa Devina Townsenda. Prawdziwy kolaż nastrojów: od spokojnych poczynając (momentami wręcz melancholijnych, głównie za sprawą śpiewu), a na prawdziwym szaleństwie i wkurwieniu na cały świat kończąc. Zawsze jak słucham Alien, to Love? musi przejść kilka(naście) razy, abym zaczął słuchać dalej. O ile Shine raczej z wolna przetacza się po słuchaczu, o tyle We Ride pędzi na złamanie karku, by w ciągu dwóch i pół minut dokonać wszelakich zniszczeń. Ten album naprawdę nie bierze jeńców. Podobnie jak Shine, Possessions przewala się z wolna, kontrastując nie tylko ze swoim poprzednikiem, ale i z Two Weeks, akustyczną miniaturką (w skali całego albumu), która na moment przenosi słuchacza w zupełnie inny świat, spokojny i pozbawiony trosk. Gdyby w tym momencie wieńczyć dzieło, Thalamus wzorem City i SYL, kończyłby krążek w podniosłym, majestatycznym stylu. Jednak Zen w barbarzyński sposób, prosto i konkretnie sprowadza na ziemię i niczym dziesięciotonowy walec rozgniata słuchacza i zrównuje go z podłożem. Ostatni na płycie, Info Dump, to dwunastominutowa, ambientowo-noise’owa kompozycja, która brzmi niczym ostatni sygnał wieńczący żywot zepsutego do cna świata 😉

ALL HAIL!!!

Słowem zakończenia – szukać i słuchać, bo naprawdę warto. Strapping Young Lad tym albumem ponownie pokazali jak powinno się grać metal.

 

Metal for life

Posted in Painmuseum with tags , , , on Luty 25, 2012 by kubeusz

PAINMUSEUM – METAL FOR LIFE [2005]

1.The Divine Birth of Tragedy
2.Speak The Name
3.Hosanna Hosanna
4.Words Kill Everything
5.American Metalhead
6.Dogs In A Cage
7.Live And Die
8.Burn Flesh Burn
9.PainmuseuM (Metal For Life)
10.Bloody Wings
11.I Am Your Keeper
12.Scars In Black

To już 7 lat, od momentu wydania Metal For Life, projektu o nazwie Painmuseum. 7 lat, a o nowym albumie ani widu ani słychu 😦

A czym jest ten cały Painmuseum? Jest to projekt muzyków takich jak: Metal Mike Chlaściak (gitary), Bobby Jarzombek (bębny), Steve DiGiorgio (bass), oraz Tim Clayborne (wokale). Kilka (mianowicie dwa) nazwisk brzmiących bardzo swojsko (udzielali się między innymi u Halforda solo), DiGiorgio, który grał na basie w tylu zespołach, że łatwiej wymienić w czym nie grał, oraz chyba nieznany szerzej wokalista. Trzeba przyznać, że skład całkiem, całkiem. Czy taki zespół, mógłby nagrać słabą płytę? Owszem, ale nie tym razem 😉

Czym jest Painmuseum od strony muzycznej? Jest to 100% metal, metalowe tu jest wszystko, począwszy od okładki, przez tytuł (Metal For Life), muzyków (METAL Mike Chlaściak) a co najważniejsze, na muzycznej zawartości kończąc. Ale skupmy się na muzyce, czy Metal For Life jest warte słuchania? Jak najbardziej. To rewelacyjna mieszanka heavy, thrashu i deathu na naprawdę wysokim poziomie. Co za tym idzie, jest bardzo zróżnicowanie. Obok ociężałych walców jak American Metalhead czy Live And Die (jeden z najlepszych na płycie), mamy takie pędzące petardy Speak The Name, Dogs In A Cage czy I Am Your Keeper. Niekiedy jest nieco przebojowo wręcz (Burn Flesh Burn oraz Bloody Wings). Ciekawy jest również bonusowy (niby japan bonus, ale kupiłem płytę w kraju i też był) Scars In Black, jeden z najlepszych na płycie.

Metal For Life, mimo nowoczesnej produkcji, zakorzeniony jest w duchu klasycznego metalowego grzańska, Mike Chlaściak wycina bardzo fajne riffy i jeszcze fajniejsze solówki. Sekcja rytmiczna nie zostaje w tyle i ani myśli dawać dupy. Na osobne słowa pochwały zasługuje Tim Clayborne, nie rozumiem jak ten człowiek nie jest do teraz rozpoznawalny. Jego wokale są bardzo zróżnicowane, czasem śpiewa czysto, czasem growluje, wydziera się, a na dodatek wydaje z siebie black metalowe skrzeki rodem z najgęstszych lasów położonych najbardziej na północ.

To wszystko razem daje wybuchową mieszankę, której niczego nie brakuje. Metal For Life słucha się naprawdę przyjemnie, jest tu wszystko to co powinno się znaleźć na rasowym, metalowym albumie: zajebiste riffy, miodne solówki, sekcja rytmiczna daje czadu, a wokalista nie okazuje się być miękką pizdą tylko krzykaczem z krwi i kości. Więc jeśli znajdziecie gdzieś w sklepie Painmuseum, bierzcie w ciemno.

 

Prepare to hold your colour

Posted in Pendulum with tags , , , on Styczeń 11, 2012 by kubeusz

PENDULUM – HOLD YOUR COLOUR [2005]

1. Prelude
2. Slam
3. Plasticworld (feat. Fats and TC)
4. Fasten Your Seatbelt (feat. Freestylers)
5. Through the Loop
6. Sounds of Life (feat. Jasmine Yee)
7. Girl in the Fire
8. Tarantula (feat. DJ Fresh, $pyda and Tenor Fly)
9. Out Here
10. Hold Your Colour
11. The Terminal
12. Streamline
13. Another Planet
14. Still Grey

Dziś będzie o początkach mojej przygody (raczej krótkiej niż dłuższej) z muzyką drum ‚n’ bass, zapewne jak wielu, zacząłem od Hold Your Colour niejakiego Pendulum które na następnych albumach powinno się zwać Pierdulum, ale mniejsza z tym.

Hold Your Colour to 74 (dużo) minuty pełne d’n’b, dość zróżnicowanego trzeba powiedzieć, nie wiem czy to wynika z dużej ilości pomysłów, czy z poszukiwań. W każdym bądź razie każdy lubujący się w tych dźwiękach znajdzie coś dla siebie. Z jednej strony mamy totalne niszczyciele w postaci Through The Loop (jeden z lepszych wałków na płycie), The Terminal czy od biedy Another Planet a z drugiej (liczniejszej) strony liquid funkowe brzmienia (Girl In The Fire czy Plasticworld). Jednak najjaśniejszymi punktami tej płyty są bez wątpienia (już kultowy) Slam (poprzedzony wspaniałym preludium) który doskonale obrazuje jaką muzyka jest drum ‚n’ bass – pełną energii i nie biorąca jeńców, oraz pełna gości Tarantula która daje niesamowitego kopa energii. Na uwagę zasługują jeszcze wspomniany powyżej Through The Loop czy pełne melodii Hold Your Colour oraz Still Grey. W ogóle melodie są mocna stroną tego albumu, wiele z nich wbija sie w głowę i nie pozwala się wyrzucić. Szkoda tylko że dopiero na reedycji ukazał się genialny Blood Sugar (drugiego niestety nie znam) zastępując wspomniane Still Grey i Another Planet.

HYC to album dobry na zapoznanie się z d’n’b, zawiera przegląd tego co można w tym gatunku znaleźć, wystarczy przesłuchać parę razy, stwierdzić o to mi się podoba bardziej i już można ruszyć na poszukiwania 😉 Szkoda tylko że teraz ten zespół chyba sam nie wie czego chce, ale o tym niebawem.

%d blogerów lubi to: