Archiwum dla 1994

I can see tomorrow, hear the pandemonium

Posted in Killing Joke with tags , , , on Marzec 16, 2012 by pandemon777

KILLING JOKE – PANDEMONIUM (1994)

1. Pandemonium

2. Exorcism

3. Millenium

4. Communion

5. Black Moon

6. Labyrinth

7. Jana

8. Whiteout

9. Pleasures Of The Flesh

10. Mathematics Of Chaos

Ważni, wielcy, wpływowi, etc. – wiele superlatywnych określeń można by zastosować wobec tego zespołu, który pomimo swojej wybitności nie osiągnął zbyt wielkiego sukcesu komercyjnego, ale z drugiej strony to przecież żadna nowość (niestety). Historia Killing Joke sięga przełomu lat ’70 i ’80 ubiegłego wieku, kiedy kilku kumpli z Wielkiej Brytanii postanowiło dać wyraz swojemu obrzydzeniu wobec szarego, konsumpcyjnego świata, nakręcanego pogonią za spełnieniem w materialnej sferze życia, obdartego z prawdziwych duchowych wartości.

We were unleashing something that was way beyond us at the time – Jaz Coleman

Będąc, wspólnie z Joy Division, pionierami tzw. post-punka stworzyli podwaliny pod wiele gatunków szeroko rozumianej alternatywy muzycznej, głównie pod industrial rock/metal, dzięki swojej minimalistycznej strukturze utworów, wywodzących się w prostej linii z punka, któremu nadali bardziej zmechanizowany i plemienny zarazem charakter. Samozwańczy debiut, jak i What’s THIS For…! to fundamentalne wręcz płyty jeśli chodzi wspomniany gitarowy industrial, które w swoim czasie były czymś niespotykanym i nietypowym. Zespół przez lata ’80 zmieniał nieco kierunek kilka razy, uderzając na Night Time w bardziej popowe rejony, wydając na świat chyba ich najsłynniejszy numer Eighties (ten, który panowie z Nirvany im podkradli do Come As You Are), a pogłębił ten styl na Brighter Than A Thousand Suns, jeszcze mocniej ukierunkowaną na przestrzenne brzmienie syntezatorów i klimatyczny charakter. Outside The Gate stał się z kolei chyba najbardziej kontrowersyjnym wydawnictwem zespołu i zarazem największym niewypałem.

Drastyczne zmiany nadeszły przy okazji wydania kilka lat później płyty diametralnie innej niż to co zespół oferował przez ostatnie pół dekady – Extremities Dirt & Various Repressed Emotions. Album ten był krokiem w kierunku czegoś znacznie większego, porzucając czyste brzmienie syntezatorów i przystępnych melodii na rzecz brudu, ciężaru i psychodelii. Przyjemne, przebojowe i ckliwe czasem piosenki odeszły w zapomnienie, zaś ich miejsce zajęły wściekłe, epatujące złością utwory. Wówczas bestia została już na dobre puszczona ze smyczy i Killing Joke ukazał swoje gniewne i obłędne oblicze. Wydana cztery lata później płyta Pandemonium była kontynuacją owego obłędu, jednak został on na niej już w pełni skontrolowany i ukierunkowany na konkretny cel. To najdojrzalsze dzieło tego zespołu, wisieńka na torcie, opus magnum w ich dyskografii i jedna z tych płyt, którą można by wziąć ze sobą na bezludną wyspę (mój nick niechaj mówi sam za siebie).

Rise from my unconscious let it rise!

Get it out get it out get it out!

Od początku utworu tytułowego, dźwięki zabierają umysł na wyższe stany świadomości, wzbudzając zachwyt swoją elegancją i dostojnością. Killing Joke wciąż hołduje charakterystycznym dla siebie elementom, stroniąc od zbędnej ornamentyki, a stawiając na prostotę kompozycji i repetycję motywów, opierając całość na hipnotyzującej, plemiennej rytmice i powtarzanych z uporem maniaka riffów, które na długo po przesłuchaniu jeszcze pozostają w świadomości. Owe elementy, dzięki którym przekaz zespołu był bardzo bezpośredni, zostały tutaj przeniesione na inny grunt i uległy swoistej mutacji – stały się po prostu jeszcze bardziej wyraziste, cięższe przez co sama muzyka stała się też po części znacznie bardziej monumentalna niż kiedykolwiek wcześniej w ich twórczości. Pandemonium zostało wydane w czasie, kiedy ruch industrialnego rocka i metalu, który Killing Joke przecież sam zainspirował, świętował swoje największe tryumfy i szczerze powiedziawszy, rozstawił wszystkich swoich „podopiecznych” po kątach. Panowie po prostu postanowili nadać całości bardziej zmetalizowany charakter, podobnie jak Ministry na Psalm 69 (czyżby inspiracje zatoczyły koło?), ale przeciągając ten gatunek na tereny skrajnie inne. To album, który jest przesiąknięty rytualną atmosferą, potężnie i przestrzennie zarazem brzmiący, mimo swojej gniewności bardzo natchniony i uduchowiony, a tutejsza agresja i zachrypłe wrzaski Colemana mają jakby na celu siłą obudzić człowieka z jego apatii, uderzyć w najczulszy punkt jego świadomości (lub podświadomości) i wyciągnąć na wierzch jego zagubionego ducha. Jakkolwiek to by nie brzmiało, ale sądzę, że właśnie ku temu ta muzyka służy – aby wyrwać ludzki byt z tłustych szponów konsumpcjonizmu i materializmu, wbić kij w mrowisko i ukazać niematerialne wartości jako te ważniejsze i podstawowe, a najogólniej mówiąc sprowadzić oświecenie zagubionego w społeczeństwie i ogłupionego przez pogoń za lepszym bytem materialnym człowieka. I myślę, że ta muzyka czyni to dobrze, dzięki swojemu czarującemu mistycyzmowi i niespotykanej, nawet na wielu stricte metalowych albumach, intensywności. Sam Jaz Coleman ma zresztą fioła na punkcie apokalipsy, rzeczy ostatecznych, mistycyzmu i sfery duchowej i na tym albumie m.in. owe obsesje i fascynacje przejawiają się w stu procentach.

Pandemonium to potężny monolit, bezdyskusyjne arcydzieło i album w pełni dopracowany. Podobnie jak w przypadku Elizium, wielbię tutaj w zasadzie każdy element, jest to album również niebywale mistyczny i uduchowiony, pełen swoistego erotyzmu, z tym, że posiada znacznie bardziej plemienno-rytualny charakter i posiada spore pokłady obłędnej agresji. Czasami mam wrażenie, że to skrzyżowanie ciężaru Psalm 69 Ministry z mroczną aurą Floodland The Sisters Of Mercy i mistycyzmem rodem z Elizium Fields Of The Nephilim właśnie. Tak czy inaczej kto nie zna, niech pozna, bo tu każdy utwór to cios za ciosem, a ostatnie dwa utwory, z moich ukochanym Pleasures Of The Flesh (prawdopodobnie najbardziej kuszący i uwodzicielski numer w historii Killing Joke) na czele to już wyższe wyżyny muzyki moim zdaniem.

Killing Joke is my insanity, my madness

I tyle w temacie. Słuchać głośno i słuchać w nocy. Amen.

Suspended in time and space

Posted in Scorn with tags , , , , on Marzec 2, 2012 by pandemon777

SCORN – EVANESCENCE (1994)

1. Silver Rain Fell

2. Light Trap

3. Falling

4. Automata

5. Days Passed

6. Dreamspace

7. Exodus

8. Night Tide

9. The End

10. Slumber

Evanescence jest kolejnym krokiem w karierze Micka Harrisa w kierunku odżegnania się od muzyki metalowej. Pierwszy takowy krok poczynił w zasadzie już przy okazji debiutu wydanego pod szyldem Scorn, na którym nie stronił od eksperymentów, jak i na kolejnej płycie Colossus, a także w przypadku założonego w tym samym czasie, pobocznego projektu Lull, który z kolei był ukłonem w stronę estetyki dark ambient (później określonej mianem izolacjonizmu). Tym samym, trzeci studyjny album Scorn jest „oczyszczony” z muzyki Repulsion, wczesnego Discharge czy Swans i innych około-punkowych wpływów, zastąpionych patentami zaczerpniętymi z elektronicznych wykonawców, takich jak Meat Beat Manifesto (którzy później dokonali remixu Silver Rain Fell) czy Aphex Twin z pierwszych płyt, jak i wpływami dubu i trip-hopu.

To album, który otwiera nowy rozdział w twórczości Micka Harrisa, od którego zaczyna się podróż w stronę coraz bardziej minimalistycznych form i struktur, jak i coraz głębszego i szerszego eksplorowania terenów wspomnianego dubu oraz kładzenia większego nacisku na kreowanie klimatu. Takiego nie do końca z tej Ziemi dodajmy. Sam tytuł płyty bardzo adekwatnie odnosi się do jej zawartości – „evanescence” oznacza coś efemerycznego, krótkotrwałego i ulotnego, i taka też jest muzyka, bowiem kończy się szybciej niż człowiek zdąży ogarnąć to co właśnie usłyszał. Nad całością faktycznie unosi się jakaś ulotna magia, którą nie sposób całkowicie uchwycić, a same dźwięki często rozbrzmiewają gdzieś w tle, czy wkradają się na pierwszy plan, po czym szybko znikają w otchłani. Taki opis może brzmi i dziwnie, ale tak w dużej mierze skonstruowany jest ten album. Fundament większości utworów stanowi repetytywny i subtelny bas, który pulsuje na najniższych rejestrach, wsparty również powtarzalnymi, hipnotyzującymi rytmami (przy okazji też świetnie zaaranżowanymi). Oba te czynniki powodują, że numery mają zwarty i niemal chwytliwy charakter, ale to co stanowi o głównej sile tego albumu to to, co dzieje się w tle – mówię tu o wszelkiej maści zmodyfikowanych samplach wrzucanych tu i ówdzie, dźwiękach, które przepływają z jednej słuchawki, przez każdy kanał słuchowy do drugiej. Jeśli do tego dodamy udział Jamesa Plotkina (kolejna ikona podziemnych eksperymentów muzycznych), który swoją charakterystyczną grą na gitarze wkręca jakieś strzępy psychodelicznych melodii i przestrzenne partie syntezatorów, zapętlonych i pobrzmiewających gdzieś na drugim planie, to będziemy mieli mniej lub bardziej wyrazisty obraz tej surrealistycznej otchłani, którą otwiera w głowie muzyka zawarta na Evanescence. Inna sprawa to wokale, które pełnią tutaj raczej funkcje ozdobnika, i również posiadają swoistą, psychodeliczną wibrację i idealnie dopełniają resztę.

Cały album to mroczna, momentami „noirowo” brzmiąca muzyka, która oddziałuje na ciemniejszą stronę ludzkiej psychiki, chociaż kilka kontrastów nastrojowych się pojawia wzdłuż całości, jak np. wprowadzający nutkę strachu i grozy Silver Rain Fell i następujący po nim „ciepły” i bardziej pogodny Light Trap. Podobnie w przypadku sąsiadujących ze sobą tajemniczego Dreamspace i egzotycznego Exodus, który jest też moim faworytem na płycie – ten sielsko płynący utwór, czerpiący w pewnym stopniu z muzyki plemiennej , najsilniej ze wszystkich wprawia mnie w stan odurzenia i daje poczucie odpływania. Ale reszcie podobnej siły oddziaływania nie można odmówić, bo każda kompozycja jest skąpana w gęstym, psychodelicznym sosie, i mimo tych kilku kontrastów jest bardzo spójna. Także ten… polecam.

Give me a fucking break

Posted in Meathead with tags , , on Luty 29, 2012 by pandemon777

MEATHEAD – BORED STIFF (1994)

1. Drone

2. A Thousand Pipes

3. Inflatable

4. Outta’ My Face

5. You Owe Me

6. You’re A Bore

7. Blow

8. Metallic Mantra

9. No. 1

10. Dick Smoker

11. Phone System Crashes

12. Phreaker’s Buzz

13. Flap Jack

14. Hoodoo

15. Right Here

16. Lunch / Metallic Mantra

Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że Bored Stiff brzmi jak Limp Bizkit, gdyby obdarł się z wszelkiego potencjału komercyjnego i grał na bardziej undergroundową modłę (mam nadzieję, że ten chwyt z zastosowaniem znanej nazwy jakoś zadziała i czytelniku drogi zechcesz przeczytać dalszą część recenzji. Jeśli jednak na sam widok nazwy”Limp Bizkit” czujesz odruchy wymiotne, i tak zapraszam do dalszej części).

Na ten zespół trafiłem trochę pokrętną drogą. Swego czasu, kiedy przechodziłem przez etap fascynacji projektem Scorn, postanowiłem też sprawdzać powoli i stopniowo inne rzeczy, w których jego lider, Mick Harris maczał palce. Przebijając się przez kolejne lepsze i gorsze albumy, przy nagrywaniu których brał udział, trafiłem na projekt Matera, który na koncie miał jeden, jedyny album – Same Here. Mick Harris współtworzył go z nieznanym mi wówczas człowiekiem Teho Teardo (aka M. Teho T.), więc postanowiłem też z ciekawości i jego muzyczną przeszłość zbadać, tym samym trafiając na Meathead.

Byłem lekko zaskoczony kiedy dowiedziałem się, że ten zespół ma włoskie korzenie, bo szczerze powiedziawszy w ogóle mi nie pasuje do wizerunku tamtejszej kultury. Włoska scena metalowa (czy też rockowa, jak kto woli) kojarzy się, a przynajmniej mi, z zespołami pokroju Rhapsody Of Fire i rzeszy ich naśladowców, zaś Meathead brzmi jakby został żywcem ściągnięty z ulic Ameryki. Zakładam, że to może być jeden z powodów, dla których nie udało im się wybić ani przebić przez power-metalową ścianę i wyjść ze swoją muzyką do szerszej grupy ludzi, chociaż może to też nigdy nie było celem. Meathead ze swoją muzyką stał znacznie bliżej industrialu (ściślej mówiąc gitarowej strony tego gatunku), co zresztą dziwić nie powinno zważywszy na fakt, że jego lider, Teho Teardo, kooperował ze wspomnianym Mickiem Harrisem czy Lydią Lunch. Na pierwszy rzut ucha brzmi jak jeden z wielu zespołów łączących ze sobą proste i agresywne riffy z hip-hopem i wzbogaconych odrobiną elektroniki, ale im więcej słucham tego albumu, tym silniejsze mam wrażenie, że to coś całkiem oryginalnego. Zespołowi udało się w tej prostej formule odnaleźć własny styl i sposób komponowania kawałków, przez co owe połączenie „wyluzowanych” i nieco bluesowych gitarowych motywów i riffów, opartych na rytmach czasami dynamicznych, czasami brzmiących jakby żywcem wyjętych z hip-hopowej klasyki, brzmi dojrzale i unikatowo zarazem. Do tego całkiem miłym zaskoczeniem było pojawienie się tu i ówdzie znajomo brzmiących sampli, m.in. z Nine Inch Nails czy Pantera (z których utworów te sample zostały wzięte, i w których utworach zostały tutaj wykorzystane, pozostawiam słuchaczowi już).

Anyway, Bored Stiff to naprawdę solidna pozycja, wypełniona młodzieńczym buntem, ale potraktowanym w sarkastyczny i pełen ironii sposób, z dystansem i przymrużeniem oka, przekazanym za pomocą konkretnego, industrial rockowego kopniaka. Ten skandalicznie zapomniany i zagrzebany w przeszłości album zasługuje jednak na więcej uwagi, i zdecydowanie bardziej bym wolał widzieć na listach przebojów takie numery jak You’re A Bore (przy pierwszym przesłuchaniu płyty, zatrzymałem się na nim i zapętliłem kilkanaście razy z rzędu, zanim sprawdziłem resztę – wkręca się serio) niż to co się obecnie forsuje w obrębie rockowego świata.

I Teraz kiedy już dodałem trochę własnego malkontenctwa w ramach wisienki na torcie, mogę uznać recenzję za kompletną i życzyć miłego słuchania. Dziękuję za uwagę.

Na starej mapie krajobraz utopijny

Posted in Jacek Kaczmarski, Zbigniew Łapiński with tags , , on Luty 22, 2012 by saimonix

 JACEK KACZMARSKI, ZBIGNIEW ŁAPIŃSKI – SARMATIA (1994)

1. Do muzy suplikacja przy ostrzeniu pióra

2. Drzewo genealogiczne

3. Na starej mapie krajobraz utopijny

4. Dobre rady pana ojca

5. Pana rejowe gadanie

6. Dzielnica żebraków

7. Czary skuteczne na swary odwieczne

8. Prosty człowiek

9. Warchoł

10. Z pasa słuckiego pożytek

11. Rokosz

12. Kniazia Jaremy nawrócenie

13. Elekcja

14. Pobojowisko

15. O zachowaniu przy stole (Za J. Kitowiczem)

16. Nad spuścizną po przodkach deliberacje

17. Według Gombrowicza – narodu obrażanie

18. Z XVI – wiecznym portretem trumiennym rozmowa

Jacek Kaczmarski. Trzy sekundy na wyartykułowanie pierwszego skojarzenia.

Mury, prawda? Nic dziwnego. Ten utwór stał się dla Polaków czymś więcej, niż tylko piosenką. Tym śmieszniejsze jest to, że 99% jej słuchaczy w ogóle jej nie rozumie, nie zwraca też uwagi na jej drugą zwrotkę… ale nie o tym chciałem dziś pisać. Tak jak Mark Hamill szerszej publiczności już na zawsze będzie kojarzył się z Lukiem Skywalkerem, tak Kaczmarski kojarzy się nam z Murami i rzadko czymś więcej. To strasznie smutne, ponieważ był wybitnym artystą, w mojej opinii poetą na miarę największych. Muzycznie także miał swój urok, który wymiernie wzrastał na płytach nagranych wspólnie z innymi (głównie Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim).

            Płyta, a raczej program (bo tak Kaczmarski nazywał swoje albumy), o której chcę Wam dziś opowiedzieć nosi nazwę Sarmatia. Nagrana w roku 1993, światło dzienne ujrzała w 1994. Była ostatnim programem, na którym Kaczmarski współpracował ze swoimi dawnymi kolegami (a raczej kolegą, ponieważ Gintrowski ostatecznie w ogóle nie wziął udziału w jej realizacji) z czasów początków muzycznej kariery. Po dokładniejsze informacje odsyłam do jakiegoś opisu jego drogi twórczej.

Całość składa się z 18 utworów, autorem wszystkich tekstów jest Jacek Kaczmarski, natomiast muzykę napisał wraz ze Zbigniewem Łapińskim, który jest też odpowiedzialny za fortepianowe aranżacje. Muzyka na płycie może wydawać się odrobinę uboga, ponieważ jedyne wykorzystane instrumenty to gitara klasyczna i fortepian, ale spełnia swoją rolę bardzo dobrze, w wielu momentach ma też wiele uroku. Ciężko wyobrazić mi sobie tę płytę zagraną przez „pełnoprawny” zespół wyposażony w arsenał do grania współczesnego rocka czy nawet folku. Program w przewrotny sposób czerpie z polskiej tradycji, szczególnie przedrozbiorowej i jest w tym raczej obrazoburczy (jak ktoś kiedyś określił, całość pisana była „ku przerażeniu serc”). Wady naszych przodków, które znamy z lekcji historii Kaczmarski opisuje tutaj w sposób bezlitosny i często szyderczy, ale także znacznie głębszy i bardziej refleksyjny, niż robią to podręczniki i nauczyciele. Łatwo jest skojarzyć polskiego szlachciurę z grubym, zaplutym i zapitym typem, z obłędem w oczach i wrzaskiem jako nieodłącznymi atrybutami, ale dzięki utworom Kaczmarskiego nasze wyobrażenie jest pełniejsze i pozwala choć odrobinę zrozumieć, co ci ludzie mogli naprawdę myśleć. Płytę poznałem w roku 2005, a słucham jej stosunkowo często do dzisiaj. Przyczyną jest oczywiście jej duża wartość i przystępność, ale także to, że nawet po tych 7 latach słuchania, przemyśleń, a także edukacji i czytania książek nadal w niektórych utworach odnajduję „smaczki”, odniesienia do wątków, wydarzeń, postaci czy utworów obecnych w naszej kulturze i historii zawarte w tekstach, a których nie zauważyłem wcześniej. Mają to do siebie, że zrozumie je zarówno gimnazjalista uczący się właśnie o rozbiorach, jak i profesor historii, a każdy z nich uśmiechnie się nie raz na nagły impuls myślowy odsyłający nas do jakiegoś innego elementu naszej wiedzy i ogólnej erudycji, który właśnie odkrył, czy zrozumiał. Teksty grają na całym spektrum ludzkich uczuć i emocji. Bywa żartobliwie (Do muzy suplikacja…), bywa smutno (Pobojowisko), melancholijnie (Drzewo Genealogiczne), butnie (Warchoł), refleksyjnie (Z XVI – wiecznym portretem trumiennym rozmowa) i tak dalej i tak dalej… całość podszyta jest tym specyficznie polskim przewrotnym, trochę cierpkim ale za to prawdziwie zabawnym humorem.

Podczas słuchania można w bardzo przyjemny i przystępny sposób oddać się „astralnej podróży” po zakamarkach naszej własnej historii. Do takiej sytuacji nawiązuje już trzeci utwór, „Na starej mapie krajobraz utopijny”, który jest jednym z moich ulubionych. Myślę, że na płycie każdy znajdzie coś dla siebie – powtórkę z historii na egzamin czy maturę, ponieważ słuchanie poezji wymaga myślenia, pożywkę dla wyobraźni, inną interpretację tego, co już wiemy i wiele innych rzeczy. Jednak jej ponadczasowa wartość wynika moim zdaniem z tego, że teksty, mimo że odnoszą się do zdarzeń, których nikt dzisiaj nie jest nawet w stanie dokładnie odtworzyć, w rzeczywistości opowiadają o nas i naszym charakterze dzisiaj. Wydawać by się mogło, że po 370 latach klęsk, katastrof, niepowodzeń i kilku kolejnych odbudowach z gruzów i popiołów Polska i jej mieszkańcy powinni się czegoś nauczyć. Niestety, mimo, że jak to się mówi, historia powinna być nauczycielką życia, najczęściej nie spełnia tej roli, choć nie ze swojej winy. Patrząc na naszą dzisiejszą rzeczywistość można wręcz odnieść wrażenie, że jest coraz gorzej. Tym rzewniej można zapłakać nad naszym tragicznym losem. Osobiście uważam, że polska kultura i tożsamość od dawna już nie żyją, choć to temat na zupełnie inny tekst. Ale, jak mówi w szczególności piosenka „Nad spuścizną po przodkach deliberacje”, nie powinno to być dla nas usprawiedliwieniem dla własnej głupoty, a z tą właśnie, gnieżdżącą się od niepamiętnych czasów w laszych łbach Kaczmarski stara się walczyć w piękny, liryczny sposób i za to mu chwała.

Polecam płytę z czystym sercem każdemu, kto nie boi się i lubi myśleć. Nad życiem, swoją tożsamością, światem, tym skąd i dokąd podążamy, a także wieloma innymi rzeczami. Dla mnie ten album stał się punktem zwrotnym w życiu, ponieważ obudził we mnie głęboką fascynację historią, która trwa do dzisiaj i która wywarła niebagatelny wpływ na całe moje (choć jeszcze krótkie) życie i wybory, których dokonałem. Mam nadzieję, że i Wam program pomoże w „szukaniu własnych czapek”.

Attack-Impulse

Posted in 16-17 with tags , , , , on Luty 14, 2012 by pandemon777

16-17 – GYATSO (1994)

1. Attack-Impulse

2. Intraveinous

3. Vertebrae

4. Fall Of The West

5. Black And Blue

6. Two-Way Mirror

7. The Trowler

8. Motor

9. Flamethrower

10. Solo

11. White-Out

12. The Trawler (Dredged Up Mix)

13. Motor (Alien Body Mix)

16-17 jest jednym z wyziewów ze stajni Pathological Records, wytwórni, która wydała – co sama nazwa już sugeruje – na świat muzykę raczej ocierającą się o różne rejony dźwiękowej ekstremy i zdecydowanie nie schlebiającej masowym gustom. Patologicznej po prostu. Pod ich szyldem wypuszczono tak wspaniałe wydawnictwa jak, m.in., debiut Ice – Under The Skin, łączącego industrial i dub, debiut Techno Animal – Ghosts, składający się z maszynowych hałasów i dark ambientowych pejzaży, japońskiego przedstawiciela metalu industrialnego, czyli Zeni Geva, noise rockowego Terminal Cheesecake, czy kutlowej w pewnych kręgach składanki Pathological Compilation, na której znalazły się rarytasy ikon muzyki z pogranicza industrialu, grindu i wszelkich eksperymentów jak Coil, Carcass, Godflesh, Napalm Death, etc.

Album Gyatso obok Last Home nagranego przez duet Caspar Brötzmann / Peter Brötzmann, był chyba najbardziej z tej całej gromady ukierunkowany na muzykę jazzową, aczkolwiek nie ma mowy o jazzie w łagodnym, rozrywkowym tego słowa znaczeniu, czego w sumie już chyba każdy się domyślił. To jazz w swojej najbardziej prymitywnej i wściekłej formie (podobnej do tej, którą God przedstawił na płycie Possession), całkowicie chaotycznej i łamiącej bariery utartych schematów i harmonii dźwiękowej. W nagrywaniu tego albumu brał udział m.in. G.C. Green, znany z dudnienia na basie w Godflesh oraz Kevin Martin, który czuwał nad produkcją albumu i wzbogacaniem go o sample w postaci dziwacznych odgłosów nadających tej chaotycznej, instrumentalnej orgii jeszcze bardziej surrealistyczny charakter. No właśnie, słowo „chaos” oddaje w tym przypadku w dużej mierze zawartość Gyatso. Trzon całości stanowi ów dudniący i rzężący bas, repetytywna, agresywna i „atakująca” gra perkusji, a nad całością unosi się chmara szarańczy, tzn. mam na myśli totalnie rozwydrzony saksofon, podparty basowym klarnetem, który wspólnie ze wspomnianymi, dziwacznymi odgłosami tworzy tło dla tego nieludzkiego, muzycznego eksperymentu. Fakt, faktem, przy pierwszych przesłuchaniach drapałem się po głowie, zastanawiając się „o co tu chodzi, co to jest?”, jednak było w tej muzyce coś intrygującego i raz po raz wracałem do tego albumu, a z każdym kolejnym przesłuchaniem ten chaos zaczął się w mojej głowie układać w logiczną całość.

Najogólniej rzecz ujmując, Gyatso to świetna mikstura bezlitosnej nawałnicy sekcji rytmicznej i dzikich, free-jazzowych improwizacji, których granice przesunięto na skraj najbardziej nieprzystępnych dla przeciętnego ludzkiego ucha rejonów muzycznych. Wściekły, niemal grindowy feeling (niekoniecznie jest to adekwatne słowo, ale nie wiem jakiego innego użyć), chaos, chaos i jeszcze raz chaos. Tyle, że z czasem wydaje się być w pełni kontrolowany.

Wake up screaming

Posted in God with tags , , , , , on Luty 13, 2012 by pandemon777

GOD – THE ANATOMY OF ADDICTION (1994)

1. On All Fours

2. Body Horror

3. Tunnel

4. Lazarus

5. Voodoo Head Blows

6. Bloodstream

7. White Pimp Cut Up

8. Driving The Demons Out

9. Gold Teeth

10. Detox

God to bodaj pierwszy, wspólny projekt dwóch legend podziemnej ekstremy (i nie tylko), Kevina Martina i Justina Broadricka, którzy współpracowali później przez ładnych parę lat, owocem czego były tak ponadprzeciętne projekty jak Ice, Techno Animal czy też The Curse Of The Golden Vampire (w przypadku którego do nagrania pierwszej płyty zwerbowano Aleca Empire z Atari Teenage Riot). Ich debiut pod nazwą God został trafnie zatytułowany Possession, i w sumie w jego nagrywaniu brało udział prawie dwadzieścia osób. Oczywiście trzon stanowią tutaj Kevin Martin (saksofon, wokale) i Justin Broadrick (wspólnie z Garym Smithem odpowiedzialny za gitary), ale nie śmiałbym też umniejszać wkładu innych kluczowych postaci jak John Zorn, Tim Hodgkinson, Steve Blake (grających na wszelkich instrumentach dętych) czy Dave Cochrane (basista; wcześniej grający w Head Of David, później m.in. w Ice, Sweet Tooth czy The Bug). Taki skład nie mógł opchnąć byle czego i panowie odpowiedzialni za Possession, dali światu płytę, która wykracza poza wszelkie schematy, zaskakującą, nowatorską, „groundbreaking” po prostu, jak to mawiają anglojęzyczni. Była totalnie chora, rozimprowizowana, pełna atonalnych i dysharmonicznych wkrętów free-jazzowych wygrywanych przez gitary i sekcję dętą, miażdżyła potężną nawałnicą dudniącego basu i opętanej sekcji rytmicznej. Inna sprawa to wokale Kevina Martina, stroniącego od jakiejkolwiek melodyjności, który wydobywał z siebie każdorazowo co bardziej przerażające dźwięki.

Po dwóch latach od ukazania się Possession, ów projekt wydał jeszcze jedną płytę studyjną – The Anatomy Of Addiction. Skład się tutaj skurczył nieco, głównie w przypadku dętych instrumentalistów (odejście Johna Zorna i Steve’a Blake’a), którzy w dużej mierze nadawali poprzedniej płycie ten free-jazzowy charakter. I tu tkwi główna różnica pomiędzy Possession i The Anatomy Of Addiction – ta druga jest po prostu bardziej zwarta, w znacznie mniejszym stopniu pojawiają się tutaj improwizacje. O ile „jedynka” jawiła mi się jako wizualizację stanu psychicznego człowieka, który jest wewnętrznie rozbity i nie potrafi sobie poradzić z własnymi demonami, o tyle „dwójka” ukazuje stan psychiczny człowieka, którego gniew jest w pełni ukierunkowany i wie co z tym gniewem poczynić. Przynajmniej tak to osobiście odbieram, jakkolwiek infantylnie by to nie brzmiało. No, ale wróćmy do samej muzyki. Pomimo pewnych różnic w stosunku do Possession, The Anatomy Of Addiction wciąż zachowuje cechy charakterystyczne God, to wciąż potężny, agresywny, emanujący perwersją, zwyrodnialstwem i niepohamowanym wkurwem twór. Do tego atmosfera rytualnej orgii z udziałem ciężkich narkotyków i psychodelików została zachowana, więc nie ma co narzekać, bo kompromisów tutaj nie znajdziemy nigdzie. Począwszy od uzależniającego i kruszącego ściany On All Fours, dostajemy kolejno cios za ciosem – począwszy od niepokojących i klaustrofobicznych Body Horror i Tunnel (bas w tym utworze, jak diabła kocham, jest przecudowny), przez numery, przy których ciężko usiedzieć spokojnie, bo emocjonalnie rozrywają człowieka od środka – mowa tu o takich perłach jak Lazarus, White Pimp Cut Up czy w szczególności Gold Teeth, gdzie, pomijając bezlitośnie wrzeszczące gitary i bas, rządzi wokal, który tutaj jest napompowany wszelkimi emocjami doprowadzającymi człowieka do obłędu i szaleństwa i tym też emocjom daje w pełni upust poprzez ataki niekontrolowanych wrzasków i zdzierania gardła na wszelkie możliwe sposoby. Nie wiem jak można być człowiekiem na tyle oschłym żeby przy tych dźwiękach nie poczuć ochoty na uderzanie gołymi pięściami w ściany i rzucania przypadkowymi przedmiotami we wszystkie strony świata. Na koniec przed nami jeszcze dwudziesto-minutowy kolos, Detox, który daje słuchaczowi uczucie znajdowania się w samym środku jakiegoś psychodelicznego koszmaru. Nie będę dalej już „spoilował”, sprawdzicie i przekonacie się sami.

God jeszcze rok po nagraniu drugiej studyjnej płyty, wydał całkiem udany EP Appeal To Human Greed, z kilkoma remiksami numerów z The Anatomy Of Addiction, po czym zakończył działalność. Z jednej strony niebywała szkoda, że panowie nie zechcieli nagrać więcej płyt w tym stylu, z drugiej jednak strony na pocieszenie mamy nie mniej wartościowe projekty z ich udziałem jak wspomniane Ice czy Techno Animal. Osobiście nawet trochę zazdroszczę osobom, które przesłuchanie tych płyt mają dopiero przed sobą, bo chociaż wciąż robią na mnie potężne wrażenie, to jednak chciałbym ponownie poczuć taki szok jaki przeżyłem przy pierwszym odsłuchu.

I thought you could be the one, but I might as well use a gun

Posted in The Golden Palominos with tags , , , , on Luty 9, 2012 by pandemon777

THE GOLDEN PALOMINOS – PURE (1994)

1. Little Suicides

2. Heaven

3. Anything

4. Wings

5. Pure

6. No Skin

7. Gun

8. Break In The Road

9. Touch You

The Golden Palominos to projekt, który został powołany do życia gdzieś na początku lat ’80, na przestrzeni lat zmieniając niemal co album swoje muzyczne oblicze. Jego trzon stanowi gitarzysta Nicky Skopelitis (który współpracował już z takimi legendami jak Iggy Pop, Herbie Hancock, Public Image Ltd., Swans czy nawet White Zombie) oraz basista Bill Laswell, postać w niektórych kręgach wręcz kultowa, człowiek który udzielał się w multum innych projektów, sięgając chyba po każdą możliwą muzyczną stylistykę: dark ambient, free-jazz, grindcore, industrial, elektronika, wszelkiej maści eksperymenty etc. Można by tak długo wymieniać. W The Golden Palominos również wykazał się ogromną wyobraźnią muzyczną. Debiut, na którym swojego talentu użyczył legendarny jazzman John Zorn, penetrował klimaty powiedzmy eksperymentalnego funku, z domieszką jazzu, na kolejnej płycie Visions Of Excess Laswell zaprosił do współpracy m.in. Michaela Stype’a (R.E.M.), Johna Lydona (Sex Pistoles) i Jacka Bruce’a (Cream), w wyniku czego powstał z kolei album zakorzeniony w stricte rockowej estetyce. Każde nowe wydawnictwo przynosiło zmiany, a kolejna dekada odsłoniła oblicze The Golden Palominos, które cenię sobie w ich dyskografii najbardziej.

Drunk With Passion było „odchyłem” w stronę bardziej melancholijnych, eterycznych brzmień (wyczuwalne echo twórczości Cocteau Twins), na którym dominowały kobiece wokale, a cała płyta była, że tak powiem, najbardziej zmysłową i sielankową w dorobku zespołu. Owy element kobiecej zmysłowości był kontynuowany na kolejnej płycie This Is How It Feels, a w pełnej, najdojrzalszej okazałości ujawnił się na płycie Pure. Jestem skłonny stwierdzić, że to najlepszy popowy album jaki słyszałem (tak, właśnie, POPowy). Oczywiście wiele osób reaguje z obrzydzeniem na tę etykietę, kojarząc ją z telewizyjnymi popłuczynami w postaci głupio-wesołych piosenek. W przypadku Pure, mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Album jest delikatny i łagodny, kojący i przyjemny, dyskretny i pociągający zarazem, w odróżnieniu od wielu produkcji z gatunku pop jest po prostu wyrafinowany, dojrzały emocjonalnie, powiedziałbym nawet, że można go określić go mianem sztuki. Zanurzenie się w tych dźwiękach przypomina trochę zanurzenie się w wannie wypełnionej ciepłą wodą i różnymi pachnidłami, taki muzyczny odpowiednik relaksującej i odprężającej kąpieli, której nie ma się ochoty przerywać, a która po ciężkim i męczącym dniu stanowi wręcz wybawienie. Ta muzyka potrafi zdominować zmysły i uzależnić swoim beztroskim i niebywale przyjemnym charakterem. Spora zasługa w tym wokalistki Lori Carson, która już udowodniła na poprzedniczce This Is How It Feels, że jej aksamitny głos może rozczulić nawet najtwardsze serca. Pure to bardzo bogaty i różnorodny, ale jednocześnie eklektyczny kolaż muzycznych stylów, i tak obok delikatnego, akustycznego „apetizera” w postaci Little Suicides, można znaleźć utwory nawiązujące do klimatów dream pop, funk, soul, lounge czy trip-hop, które stanowią główne danie albumu. Wszystkie te elementy są zamknięte w chwytliwych utworach, którym nadano przestrzenne i eteryczne brzmienie, co tylko potęguje ich niemal niebiański charakter.

The Golden Palominos może nie jest najbardziej reprezentatywnym muzycznym projektem Billa Laswella (chociaż przy takiej ilości muzycznych eksperymentów ciężko w sumie powiedzieć, co tak naprawdę jest reprezentatywne), a w szczególności opisany powyżej album Pure, mimo wszystko jest na pewno wartym sprawdzenia, w końcu w jego przypadku raczej nie da się trafić na tani chłam. Fani ekstremalnego oblicza tego wybitnego kompozytora i basisty niekoniecznie będą się czuć zachwyceni, jednak zwolennikom wspomnianego wcześniej Cocteau Twins, Massive Attack, Archive czy nawet… Madonny z okresu płyty Erotica powinna przypaść do gustu. To niebywale seksowna muzyka z klasą, gdzie tandeta jest całkowicie nieobecna.

Poniżej Lori Carson wykonująca solo utwór Little Suicides:

%d blogerów lubi to: