Archive for the Godflesh Category

Feel weak, you just mean nothing

Posted in Godflesh with tags on Styczeń 29, 2012 by pandemon777

GODFLESH – SONGS OF LOVE AND HATE (1996)

1. Wake

2. Sterile Prophet

3. Circle Of Shit

4. Hunter

5. Gift From Heaven

6. Amoral

7. Angel Domain

8. Kingdom Come

9. Time, Death And Wastefulness

10. Frail

11. Almost Heaven

Kiedy pojawia się zapytanie odnośnie najlepszej płyty wydanej pod szyldem Godflesh, czy nawet w ogóle w całej, długiej i bogatej w wydawnictwa z najróżniejszych muzycznych terentów karierze Justina Broadricka, najczęściej słyszy się odpowiedź „Streetcleaner„. I nie ma się co dziwić, bo to jedna z najbardziej rewolucyjnych płyt w historii muzyki ogólnie pojętej, i myślę, że nie przesadzam w tym miejscu. Szczerze powiedziawszy, mojej skromnej osobie wciąż jest ciężko pojąć jak mając 19 lat można stworzyć muzykę tak nihilistyczną, tak dekadencką i apokaliptyczną zarazem. Nie będę się kłócił się z faktem, że to Streetcleaner jest ich opus magnum, ale jednak obiektywizm niekoniecznie musi iść w parze z subiektywnymi odczuciami i dlatego ja na pierwszym miejscu stawiam Songs Of Love And Hate (taki ukłon w stronę Leonarda Cohena, jakby ktoś niezorientowany był).

Ów album był lekką zmianą w karierze Godflesh, który porzucił fabryczny chłód, zmehanizowany i zdehumanizowany charakter swojej muzyki na rzecz bardziej organicznych brzmień. Był to też pierwszy album w karierze Godflesh, na którym zamiast martwego automatu perkusyjnego pojawił się żywy perkusista. Oczywiście, zespół zachował podstawowe i charakterystyczne dla swojej twórczości elementy, wciąż panuje w ich muzyce wszędobylna gloryfikacja gniewu, dekadencji, fobii różnego rodzaju i innych schorzeń psychiki, kruszenie wszelkich pozytywnych emocji za pomocą mozolnych rytmów, specyficznej gitarowej grze J.K. Broadricka, operującego niemal w pełni na dysharmonii i niepowtarzalnym basie, zaniżonym do maksimum, dudniącym, pulsującym na niskich rejestrach, brudnie brzmiącym i rzężacym. To wciąż te same proste w strukturze numery, które posiadają niebywałą siłę wyrazu. Różnica pojawiła się jednak w stylistyce i charakterze muzyki, Songs Of Love And Hate brzmi po prostu bardziej „ludzko” powiedziałbym, gdyż, jak już wcześniej wspomniałem, zmechanizowane dźwięki i rytmy, które definiowały poprzednie płyty Godflesh tutaj są w zasadzie nieobecne. Jednak pomimo tymczasowego odcięcia się od muzyki zdehumanizowanej maszyny i pomimo czerpania z estetyki hip-hopowej (w warstwie rytmicznej głównie, vide cudowny Circle Of Shit), muzyka wciąż jest cięższa niż wiele stricte metalowych wydawnictw, wciąż jest duszna, przytłaczająca i wciąż potrafi wprawić słuchacza w stan totalnej depresji czy apatii. Wcześniej napisałem, że, jak to bywa w przypadku Godflesh, nie ma tutaj ani jednej pozytywnej wibracji. Muszę to sprostować jednak, jest jeden utwór, który brzmi dosyć ciepło i niemal optymistycznie na tle reszty, i jest to utwór pojawiający się pod koniec płyty – Frail. Nie chcę mówić, że to w pełni pozytywny numer, bo skłamałbym wówczas, ale trzeba przyznać, że jak żaden inny utwór Godflesh, zawiera w sobie przyjemniejsze emocje, jest melancholijny, refleksyjny, płynący powoli, wręcz natchniony jak na taką muzykę. Swoją drogą antycypował w pewnym sensie kierunek stylistyczny, który Broadrick obierze w swoim późniejszym projekcie Jesu, po rozpadzie Godflesh.

Songs Of Love And Hate to na pewno jeden z najlepszych tworów wypuszczonych przez Justina Broadricka i na pewno jeden z moich ulubionych, jeśli nawet nie ulubiony ze wszystkich. Nie jest tak przełomowy jak debiutancki Streetcleaner, ale dzięki owej organiczności, swoistemu dramatyzmowi wyczuwalnemu w Angel Domain np. (mój faworyt na płycie) i nieco odmiennej stylistyce zyskuje u mnie na tyle wysoką ocenę, że stawiam go na najwyższym szczeblu piedestału w dyskografii Godflesh.

Reklamy
%d blogerów lubi to: