Archiwum dla progressive metal

Reborn in need of energy

Posted in Voivod with tags , , , on Marzec 22, 2012 by pandemon777

VOIVOD – PHOBOS (1997)

 

1. Catalepsy I

2. Rise

3. Mercury

4. Phobos

5. Bacteria

6. Temps Mort

7. The Tower

8. Quantum

9. Neutrino

10. Forlorn

11. Catalepsy II

12. M-Body

13. 21st Century Schizoid Man

Początek lat ’80, koniec okresu chwały punka, który począł się przekształcać w hardcore, wzrost popularności muzyki heavy metalowej, rodzący się powoli thrash metal, prężnie rozwijający się we wszelkich kierunkach industrial, jak i klimaty post-punka – dlaczego o tym wszystkim wspominam? Bowiem wszystkie wspomniane powyżej sceny muzyczne miały niebagatelny wpływ na styl i charakter Voivod, który po dziś dzień pozostaje zespołem na wskroś unikatowym, niepodrabialnym, a ich wpływu na muzykę również nie da się zanegować. No, ale zacznijmy od początku.

Założony w kanadyjskim mieście Quebec w 1982 roku, zespół w początkowej fazie swojej kariery hołdował głównie prymitywnemu (nie znaczy, że złemu) obliczu muzyki metalowej – zarówno War & Pain, jak i Rrroooaaarrr były skażone niemal w całości twórczością protoplastów gitarowej ekstremy w postaci Venom czy Discharge. Mimo, że były naszpikowane surowymi i dzikimi numerami, tak charakterystycznymi dla wczesnego thrashu, wyróżniały się tym, że panowie z Voivod jednak bardzo lubowali się w klimatach sci-fi, a same teksty też oscylowały wokół wizji przyszłości zagubionej w nuklearnych konfliktach i zgubnego rozwoju technologii, dzięki czemu ich muzyka zyskała bardziej kosmiczną atmosferę. Owe klimaty odrealnionych, kosmicznych wizji poczęły się uwydatniać z każdym kolejnym wydawnictwem, tak samo, jak i fascynacje rockiem progresywnym spod znaku King Crimson czy Pink Floyd, a sam zespół stał się „ojcem-założycielem” metalu progresywnego (zasługa niesłusznie przypisywana Dream Theater), stylu, który doprowadzili do perfekcji na swoim Nothingface, dla wielu fanów będącego ich opus magnum.

W ’93 roku, po odejściu wokalisty Snake’a, zespół zwerbował do składu Erica Forresta, który objął stanowisko „gardłowego” i basisty, a wraz z jego przybyciem nadeszły kolejne zmiany stylistyki w muzyce zespołu. Pierwszy album wydany w trzy-osobowym składzie („Piggy” – gitara; „Away” – perkusja; „E-Force” – wokal/bas), Negatron, musiał być nie lada szokiem – w końcu poprzedzające płyty Angel Rat i The Outer Limits ukazały dosyć przystępne i przebojowe oblicze zespołu, tutaj zaś panowie nie dość, że porzucił w sporej mierze progresywne wpływy, to dodatkowo nadali całości bardzo industrialny charakter, w wyniku czego powstał album strukturalnie prostszy, acz niebywale ciężki, duszny i wrzaskliwy (Eric Forrest spisał się naprawdę świetnie). Trzeba przyznać, że nowo obrany styl na Negatron dopiero raczkował, dwa lata później jednak skrystalizował się w pełni na Phobos. Album ten stanowi najbardziej ekstremalną pozycję w ich dyskografii i w sposób najbardziej dosłowny ukazuje treści, które Voivod przekazywał wzdłuż swojej kariery. Post-nuklearny świat zbombardowany głowicami na każdym zakątku planety, wszędobylne zarazy, nieuleczalne choroby, dopadające ludzkość deformacje organizmu i schorzenia umysłu, gruzy, zniszczenia i wszelkiego rodzaju napawające odrazą widoki – oto Phobos, ścieżka dźwiękowa do ludzkiej zagłady (pewnie właśnie dlatego tak bardzo lubię tę płytę). Panowie tutaj doprowadzili każdy aspekt swojego stylu do granic ekstremum – zrobotyzowane wokale Snake’a zostały zastąpione okrutnymi wrzaskami zdzierającego swoje struny głosowe Forresta, „Piggy” swoją charakterystyczną grą na gitarze serwuje hipnotyzujące dysharmoniczne riffy i odrealnione, atonalne melodie, a dynamikę albumu napędza „Away”swoimi potężnymi partiami bębnów. Wyraźnie słychać, że Voivod za jedną z głównych inspiracji obrał sobie Godflesh, bowiem Phobos, podobnie jak Streetcleaner, jest bardzo skupiony, zwarty, kładzie nacisk na „transowość” i stroni raczej od progresywnych kombinacji na rzecz powtarzalnych, wkręcających się motywów i w żadnym momencie nie jest nawet odrobinę chwytliwy. Posiada brudne, surowe i spowite w hałasie brzmienie, które i tak przy tym pozostaje bardzo selektywne i przestrzenne – kosmiczna otchłań jest tutaj niemalże namacalna. To monolit, który przez cały czas trwania konsekwentnie dostarcza dewastujących i pochłaniających zarazem dźwięków, wyniszczając resztki umysłowej trzeźwości słuchacza.

Może zostanę za to zbiczowany przez die-hard fanów Voivod, ale przyznaję szczerze, że era z Forrestem to jedyna era w ich karierze, która mnie obecnie kręci. Oczywiście w ramach wycieczki sentymentalnej sięgam na półkę po Dimension Hatross (mój ulubiony album z klasycznego Voivod), ale – nie umniejszając wartości innym wydawnictwom – to właśnie Phobos uważam za ich najwspanialsze dzieło, najbliższe mojemu gustowi, najbardziej gniewne i złowieszcze, pełne podskórnego napięcia i grozy wyczuwalnej w każdym dźwięku. Na pewno jest to album, który postawiłbym wysoko wśród ulubionych metalowych albumów. Szkoda, że zespół nie kontynuował już nigdy później tej ścieżki, jeszcze większa szkoda, że osiem lat po wydaniu Phobos zmarł na raka gitarzysta Denis „Piggy” D’Amour, który zasłużył na znacznie więcej uznania w metalowym świecie niż wielu osławionych, nie tylko metalowych, gitarzystów (z Johnem Petruccim na czele). Jego niepowtarzalna gra wciąż robi wrażenie, a tak umiejętne połączenie hałaśliwych i dzikich riffów Discharge z psychodelicznym i awangardowym stylem Roberta Frippa z King Crimson to naprawdę nie lada wyczyn, którego mało który gitarzysta dokonał w swojej karierze. Tym bardziej chylę czoła przed tym co stworzył.

Lord over creation

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Marzec 5, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – THE NEW BLACK [2006]

1. Decimator
2. You Suck
3. Anti Product
4. Monument
5. Wrong Side
6. Hope
7. Far Beyond Metal
8. Fucker
9. Almost Again
10. Polyphony
11. The New Black

Wydanym w 2006 roku albumem The New Black, Devin Townsend zamknął pewien rozdział swojej muzycznej wędrówki. Rozdział zatytułowany trzema prostymi słowami – Strapping Young Lad.

Każde dokonanie SYL było inne i nie inaczej jest z TNB. Oczywistym było, że Devin zmieni nieznacznie kierunek, w którym podąży muzyka zespołu, tym razem jednak zwrot nastąpił aż o 180 stopni. Nowej Czerni znacznie bliżej solowym dokonaniom Kanadyjczyka. Nie oznacza to, że jest to album pokroju Infninity, ale wydanym pod szyldem Strapping Young Lad. Nie, The New Black to raczej efekt starcia się dwóch przeciwstawnych, muzycznych światów. Z jednej strony szaleńcza agresja, wkurwienie na cały świat, ciężar oraz szczypta psychodelii, z drugiej zaś – progresywny charakter muzyki, melodie i pewnego rodzaju lekkość. Efekt takiego kolażu mógłby być albo gówniany, albo fenomenalny. Ja należę do tej grupy ludzi, którzy chwalą sobie i doceniają ten krążek.

Zderzenie się tych dwóch skrajności sprawiło, że narodziło się dziecko wyjątkowe. Po „progresywnym Devinie” na pewno odziedziczyło brzmienie, które jest bardzo czyste i klarowne oraz melodie i fakt, że muzyka stała się przystępniejsza. Z muzyki SYL pozostała agresja, opętańcze wokale (acz nie do końca) oraz metalowy charakter. W efekcie wyszedł album bardzo różnorodny. Już opener w postaci Decimator zaskakuje, a od strony muzycznej prezentuje się jako nie do końca „Strapingowy” utwór raczej skomponowany wg. przepisu „Devina solo”. Zdziwienie potęguje śpiewający (tak, to nie pomyłka) Mr. Townsend. Jednak niczym Dr. Jekyll i Mr. Hyde, Devin bez najmniejszych problemów zrywa maskę „operowego śpiewaka”, ukazując całkiem przeciwną osobowość. Tego typu momentów na płycie jest całkiem sporo, wystarczy posłuchać Anti Product, Monument, Hope czy Fucker. W tym ostatnim można nawet usłyszeć kobiece wokale. Po drugiej stronie muzycznej barykady stoją numery takie jak You Suck – czysty, stuprocentowy pierwiastek Strapping Young Lad, zamknięty w eksperymentalnej klatce o nazwie „The New Black”. Miota się i kipi złością, niczym dzieciak z ADHD zamknięty w celi. Do tej grupy na pewno wpisują się Wrong Side (jeden z lepszych numerów SYL; w ogóle zastanawia mnie jak Devin nie wypluł tutaj trzewi), czy znany od lat Far Beyond Metal. Ciekawy jest Almost Again, który brzmi, jakby został wyrwany z albumu Infinity – jedynie pędzące z prędkością światła refreny zdradzają, że aktualnie słuchamy Strapping Young Lad. The New Black kończy potężny, mocno thrashowy i utrzymany w średnim tempie utwór tytułowy, poprzedzony akustyczną miniaturką w postaci Polyphony.

The New Black to album, który nie każdemu przypadnie do gustu, jednak moim skromnym zdaniem jest jak najbardziej wart poznania. Wszak to kolejne dokonanie Szalonego Kanadyjczyka, obok którego nie przechodzi się obojętnie.

 

So all hail the new flesh

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Luty 14, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – CITY [1997] 

1. Velvet Kevorkian
2. All Hail the New Flesh
3. Oh My Fucking God
4. Detox
5. Home Nucleonics
6. AAA
7. Underneath the Waves
8. Room 429
9. Spirituality

Devin Townsend to bezwątpienia jedna z barwniejszych postaci muzycznego świata. Człowiek, który zaczynał jako wokalista u Steve’a Vai’a (album Sex and Religion), okazał się bardzo oryginalnym i pełnym pomysłów muzykiem, dającym upust swoim pomysłom w wielu projektach. Do najbardziej znanych na pewno należy Strapping Young Lad, z którym nagrał jeden z najlepszych metalowych krążków, jakie dane mi było usłyszeć – City.

Jak już wspomniałem, SYL to jeden z wielu projektów Devina Townsenda, jednak to, co wyróżnia go spośród pozostałych to fakt, że SYL służył do wyładowania swojego gniewu. A uwierzcie, w tamtych latach Kanadyjczyk chodził wyjątkowo wkurwiony.

City to 40 minut muzyki – niby niewiele, ale jak wiadomo nie liczy się ilość, tylko jakość. A ta jest na najwyższym poziomie. Ten album nie ma słabych momentów, nie nudzi ani przez moment, nie daje nawet ku temu powodów. Tutaj cały czas coś się dzieje, począwszy od intra – Velvet Kevorkian, które w dość brutalny i wulgarny sposób zaprasza nas do środka. A „środek” to już istna uczta dla uszu – to ściana dźwięku. Słuchając tego pierwszy raz byłem dosłownie przytłoczony natłokiem muzyki, za dużo się tutaj działo. Jednak po kilku odsłuchach okazuje się, że całość jest bardzo przejrzysta i mimo tej intensywności jest tam przestrzeń i „sporo powietrza”. Kurwa, głupio to brzmi, ale tak jest naprawdę. Ale niech was to nie zwiedzie – to nie jest muzyka dla cienkuszy. All Hail The New Flesh to prawdziwy cios wymierzony prosto w ryj, a kiedy wydaje się, że „ciężej i mocniej” już być nie może, okazuje się, że to jest jednak możliwe. AHTNF robi ze słuchacza szmacianą lalkę i miota po pokoju jak chce, a im dalej w las, tym lepiej. Pędzący na złamanie karku, pełen wkurwienia do świata Oh My Fucking God to numer, przy którym nawet Szatan zastanawia się, jakie słowa wypluwa z siebie Devin Townsend. Jeśli potraficie wyobrazić sobie siebie leżącego na macie, okładanego pięściami przez Vitalija Kliczko z częstotliwością tabletarki robiącej Cholinex, to macie mniej więcej wyobrażenie tego, co robi ten numer. O takich killerach jak Detox, Home Nucleonics czy Undearneath The Waves nie będę pisał. Wystarczy przeczytać powyższe zdania. Na uwagę zasługuje jeszcze Room 429, zespołu Cop Shoot Cop, który został idealnie zaadaptowany do zimnego, odhumanizowanego klimatu na płycie, oraz nieco spokojniejsze AAA czy Spirituality.

To, co mnie urzeka na tej płycie, to brzmienie i bogactwo dźwięków. Przejawia się to w tym, że słuchając tego albumu już po raz n-ty z kolei w pewnym momencie dostrzegamy nowe, pojedyncze dźwięki, sample, które do tej pory były „nieobecne”, albo schowane gdzieś w tyle, a nagle stały się oczywiste. Sam tak miałem nie raz w okresie, kiedy przez ponad pół roku słuchałem tego albumu dzień w dzień.

Na koniec, napiszę tylko, kogo możemy usłyszeć na tym albumie, pomijając Devina Townsenda dzierżącego gitarę, mikrofon oraz wszelaką elektronikę. Natykamy się na Jeda Simmonsa (Zimmers Hole), Byrona Strouda (3 Inches Of Blood, Fear Factory, Zimmers Hole) oraz Gene’a Hoglana (za dużo by wymieniać), o którym mówi się, że jest perkusistą tak wielkim, jak sam jest. Słuchać i olewać internetowych, napiętych jak struna metalowych omnibusów, twierdzących że to nu-metal bo nie ma solówek (bez których i tak albumu doskonale się słucha i nie zauważa ich braku).

%d blogerów lubi to: