Archiwum dla Luty, 2012

Give me a fucking break

Posted in Meathead with tags , , on Luty 29, 2012 by pandemon777

MEATHEAD – BORED STIFF (1994)

1. Drone

2. A Thousand Pipes

3. Inflatable

4. Outta’ My Face

5. You Owe Me

6. You’re A Bore

7. Blow

8. Metallic Mantra

9. No. 1

10. Dick Smoker

11. Phone System Crashes

12. Phreaker’s Buzz

13. Flap Jack

14. Hoodoo

15. Right Here

16. Lunch / Metallic Mantra

Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że Bored Stiff brzmi jak Limp Bizkit, gdyby obdarł się z wszelkiego potencjału komercyjnego i grał na bardziej undergroundową modłę (mam nadzieję, że ten chwyt z zastosowaniem znanej nazwy jakoś zadziała i czytelniku drogi zechcesz przeczytać dalszą część recenzji. Jeśli jednak na sam widok nazwy”Limp Bizkit” czujesz odruchy wymiotne, i tak zapraszam do dalszej części).

Na ten zespół trafiłem trochę pokrętną drogą. Swego czasu, kiedy przechodziłem przez etap fascynacji projektem Scorn, postanowiłem też sprawdzać powoli i stopniowo inne rzeczy, w których jego lider, Mick Harris maczał palce. Przebijając się przez kolejne lepsze i gorsze albumy, przy nagrywaniu których brał udział, trafiłem na projekt Matera, który na koncie miał jeden, jedyny album – Same Here. Mick Harris współtworzył go z nieznanym mi wówczas człowiekiem Teho Teardo (aka M. Teho T.), więc postanowiłem też z ciekawości i jego muzyczną przeszłość zbadać, tym samym trafiając na Meathead.

Byłem lekko zaskoczony kiedy dowiedziałem się, że ten zespół ma włoskie korzenie, bo szczerze powiedziawszy w ogóle mi nie pasuje do wizerunku tamtejszej kultury. Włoska scena metalowa (czy też rockowa, jak kto woli) kojarzy się, a przynajmniej mi, z zespołami pokroju Rhapsody Of Fire i rzeszy ich naśladowców, zaś Meathead brzmi jakby został żywcem ściągnięty z ulic Ameryki. Zakładam, że to może być jeden z powodów, dla których nie udało im się wybić ani przebić przez power-metalową ścianę i wyjść ze swoją muzyką do szerszej grupy ludzi, chociaż może to też nigdy nie było celem. Meathead ze swoją muzyką stał znacznie bliżej industrialu (ściślej mówiąc gitarowej strony tego gatunku), co zresztą dziwić nie powinno zważywszy na fakt, że jego lider, Teho Teardo, kooperował ze wspomnianym Mickiem Harrisem czy Lydią Lunch. Na pierwszy rzut ucha brzmi jak jeden z wielu zespołów łączących ze sobą proste i agresywne riffy z hip-hopem i wzbogaconych odrobiną elektroniki, ale im więcej słucham tego albumu, tym silniejsze mam wrażenie, że to coś całkiem oryginalnego. Zespołowi udało się w tej prostej formule odnaleźć własny styl i sposób komponowania kawałków, przez co owe połączenie „wyluzowanych” i nieco bluesowych gitarowych motywów i riffów, opartych na rytmach czasami dynamicznych, czasami brzmiących jakby żywcem wyjętych z hip-hopowej klasyki, brzmi dojrzale i unikatowo zarazem. Do tego całkiem miłym zaskoczeniem było pojawienie się tu i ówdzie znajomo brzmiących sampli, m.in. z Nine Inch Nails czy Pantera (z których utworów te sample zostały wzięte, i w których utworach zostały tutaj wykorzystane, pozostawiam słuchaczowi już).

Anyway, Bored Stiff to naprawdę solidna pozycja, wypełniona młodzieńczym buntem, ale potraktowanym w sarkastyczny i pełen ironii sposób, z dystansem i przymrużeniem oka, przekazanym za pomocą konkretnego, industrial rockowego kopniaka. Ten skandalicznie zapomniany i zagrzebany w przeszłości album zasługuje jednak na więcej uwagi, i zdecydowanie bardziej bym wolał widzieć na listach przebojów takie numery jak You’re A Bore (przy pierwszym przesłuchaniu płyty, zatrzymałem się na nim i zapętliłem kilkanaście razy z rzędu, zanim sprawdziłem resztę – wkręca się serio) niż to co się obecnie forsuje w obrębie rockowego świata.

I Teraz kiedy już dodałem trochę własnego malkontenctwa w ramach wisienki na torcie, mogę uznać recenzję za kompletną i życzyć miłego słuchania. Dziękuję za uwagę.

Reklamy

I’ll wait for the night to come

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Luty 29, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – ALIEN [2005]

1. Imperial
2. Skeksis
3. Shitstorm
4. Love?
5. Shine
6. We Ride
7. Possessions
8. Two Weeks
9. Thalamus
10. Zen
11. Info Dump

WE HAVE RETURNED

Rok 2005 przyniósł jedną z moich ulubionych płyt z tzw. „ciężką muzyką”. Jest to również album, od którego zacząłem swoją przygodę z muzyką Devina Townsenda. Mowa o Alien.

For tonight…WE RIDE!!!!

Kolejna płyta Strapping Young Lad przynosi kolejne zmiany; kierunek -> kosmos. Tym razem Devin zabiera nas na wycieczkę do zupełnie innego świata. Świata, w którym jego muzyka jest jeszcze cięższa i jeszcze intensywniejsza. Natężenie dźwięków na centymetr kwadratowy płyty przekracza wszelkie normy. Tak intensywnie jeszcze nie było. Mimo kilku spokojniejszych fragmentów, ten album jest jednolitym, ociężałym blokiem, którego gęstość i ciężar przygniata wszystko inne. Miażdżące kości riffy, wijący się gdzieś pod stopami bass i przepotężne bębny Gene’a Hoglana sprawiają, że Alien to nacierająca ściana dźwięku. Do tego dochodzą fenomenalne wokale Devina Townsenda, który na tym albumie przeszedł chyba samego siebie, a jego opętańcze wrzaski oraz nagromadzenie różnorodnych wokaliz (w tym dziecięce chórki) w pewnych fragmentach, dodają tej płycie szczyptę psychodelik, może nawet schizofrenii. Niezależnie od swojej spójności i jednorodności, za tym zwartym murem muzyki kryje się całkiem zróżnicowany materiał, który wraz z kolejnymi przesłuchaniami staje się coraz bardziej klarowny i przejrzysty.

PUT IT IN GEAR MOTHERFUCKER!!!!!

Zdecydowaną większość płyty stanowi potężny, niszcząca obiekty i miażdżąca kości zawartość. Już rozpoczynający Imperial doskonale wprowadza w klimat albumu, posyła w kosmos i dodaje niewyobrażalną dawkę energii, który kipi z tej muzyki. Imperial brzmi, jakby wkurwienie miało go rozerwać od środka, miota się niczym niepoczytalny człowiek w szaleńczym amoku. Skeksis czy Shitstorm nie dają ani chwili wytchnienia – obydwa skutecznie sprawiają, że słuchając ich, czuję się, jakbym siedział przy silniku odrzutowym od strony wylotowej. Za to Love?, to zupełnie inna para kaloszy, bez wątpienia jeden z najlepszych numerów autorstwa Devina Townsenda. Prawdziwy kolaż nastrojów: od spokojnych poczynając (momentami wręcz melancholijnych, głównie za sprawą śpiewu), a na prawdziwym szaleństwie i wkurwieniu na cały świat kończąc. Zawsze jak słucham Alien, to Love? musi przejść kilka(naście) razy, abym zaczął słuchać dalej. O ile Shine raczej z wolna przetacza się po słuchaczu, o tyle We Ride pędzi na złamanie karku, by w ciągu dwóch i pół minut dokonać wszelakich zniszczeń. Ten album naprawdę nie bierze jeńców. Podobnie jak Shine, Possessions przewala się z wolna, kontrastując nie tylko ze swoim poprzednikiem, ale i z Two Weeks, akustyczną miniaturką (w skali całego albumu), która na moment przenosi słuchacza w zupełnie inny świat, spokojny i pozbawiony trosk. Gdyby w tym momencie wieńczyć dzieło, Thalamus wzorem City i SYL, kończyłby krążek w podniosłym, majestatycznym stylu. Jednak Zen w barbarzyński sposób, prosto i konkretnie sprowadza na ziemię i niczym dziesięciotonowy walec rozgniata słuchacza i zrównuje go z podłożem. Ostatni na płycie, Info Dump, to dwunastominutowa, ambientowo-noise’owa kompozycja, która brzmi niczym ostatni sygnał wieńczący żywot zepsutego do cna świata 😉

ALL HAIL!!!

Słowem zakończenia – szukać i słuchać, bo naprawdę warto. Strapping Young Lad tym albumem ponownie pokazali jak powinno się grać metal.

 

Bordeaux

Posted in Robin Guthrie & Harold Budd with tags , , on Luty 28, 2012 by pandemon777

ROBIN GUTHRIE & HAROLD BUDD – BORDEAUX (2011)

1. Gaze

2. Deva C

3. The Names Of Those Never Here

4. So Many Short Years Ago

5. The Belles Of Saint Andrew

6. Radiant City

7. L’Aventure

8. Smiling Apart

9. Southern Shore

Zarówno Robin Guthrie, jak i Harold Budd są postaciami zasłużonymi i stosunkowo znanymi w swoich muzycznych środowiskach, a wspólnych płyt, przed Bordeaux, nagrali już kilka, jednak to właśnie Bordeaux była pierwszą, którą usłyszałem, i która z miejsca mnie zachwyciła, toteż ją postaram się przybliżyć. Ale po kolei:

Robin Guthrie najbardziej znany jest z bycia współzałożycielem Cocteau Twins, którzy w latach ’80 byli podopiecznymi wytwórni 4AD, otaczanej w tamtych czasach religijnym niemal kultem, tym samym sąsiadując z takimi tuzami jak Bauhaus, Dead Can Dance, The Birthday Party czy X-Mal Deutchland. Sam Cocteau Twins również miał niebywały wpływ na różne rejony muzyki (żeby nie wspomnieć o Massive Attack, dla których album Garlands był jednym z głównych inspiracji), a dzięki swojemu eterycznemu brzmieniu i marzycielskiej atmosferze stali się też protoplastami tego co dzisiaj określa się mianem „dream pop” i jednymi z prekursorów gatunku zwanego shoegaze.

Harold Budd z kolei działał na polu muzyki ambient, a jego pierwsza kooperacja z Brianem Eno, której owocem był album Ambient 2: The Plateaux Of Mirror, ukazała w pewnej krasie jego charakterystyczny styl gry na pianinie, który eksploatuje po dziś dzień. Styl, który jest bardzo oszczędny, ale i piękny, bazujący na przyjemnych dla ucha (nie mylić z „cukierkowych”) harmoniach i delikatnie granych melodiach. Jest to też, rzecz jasna, wyraźny ukłon w stronę twórczości prekursora takiego stylu gry, Erika Satie.

Bordeaux jest, najprościej rzecz ujmując, fuzją stylów i estetyk, z którymi obaj wyżej opisani panowie są kojarzeni. Co więcej, zespoili swoje osobiste, muzyczne światy w sposób godny pochwały, z kunsztem i wyczuciem. Podział ról jest prosty – Robin Guthrie inkorporuje charakterystyczną dla siebie grę na gitarze, która polega raczej na wygrywaniu poszczególnych dźwięków, rozbrzmiewających w przestrzeni, miast wypełniać ją całymi melodiami (i przy której też nie sposób uniknąć skojarzeń z sennym i nostalgicznym nastrojem, jak i eterycznym brzmieniem znanym z płyt Cocteau Twins), zaś Harold Budd ozdabia i wzbogaca całość swoją finezyjną grą na klawiszach, dodając tu i ówdzie krótkie melodie, które tylko uwydatniają melancholijny klimat całości.

Jak już wcześniej wspominałem, oba te muzyczne światy zostały ze sobą idealnie zespojone, gdyż nie egzystują obok siebie, a wzajemnie się przenikają, tworząc tym samym eklektyczny kolaż pięknych i pozbawionych choćby grama brzydoty dźwięków. To muzyka, której takie określenia jak „stylowa”, „płynąca”, „z klasą” czy po prostu „kunsztowna” przystoją najbardziej. Podział na utwory moim zdaniem jest tutaj zupełnie niepotrzebny, bowiem ten album to monolit, a cała jego zawartość płynie nieprzerwanie po sielskich i niebiańskich dźwiękowych wodach.

W tym samym roku Robin Guthrie i Harold Budd nagrali jeszcze jeden album w podobnym nastroju, czyli Winter Garden, tym razem przy pomocy innej, wybitnej postaci w świecie muzycznego podziemia – Eraldo Bernocchi. Nie będzie to miało większego sensu abym tutaj opisywał osobno jego poczynania, bo potrzebowałbym na to kilka stron, więc jedynie na koniec dodam, że jeśli kogoś Bordeaux za serce chwycił, to i Winter Garden powinien sprawdzić koniecznie.

The Soft Sounds Of Erik Satie

Posted in Erik Satie with tags , , , , on Luty 27, 2012 by pandemon777

PASCAL ROGE – AFTER THE RAIN… THE SOFT SOUNDS OF ERIK SATIE (1996)

1. Gymnopédie No. 1

2. Gymnopédie No. 2

3. Gymnopédie No. 3

4. Gnossienne No. 1

5. Gnossienne No. 2

6. Gnossienne No. 3

7. Gnossienne No. 4

8. Gnossienne No. 5

9. Gnossienne No. 6

10. Nocturne I

11. Nocturne II

12. Nocturne III

13. Nocturne IV

14. Nocturne V

15. Avant-Dernieres Pensées

16. Pieces Froides – Trois Airs À Fuir

17. Pieces Froides – Trois Danses De Travers

18. Deux Reveries Nocturnes

19. Prélude De La Porte Héroïque Du Ciel

Paryż może się poszczycić wieloma rzeczami, jak choćby faktem, że jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie, mieszczącym na swoim obszarze legendarną i monumentalną wieżę Eiffla. Uchodzi też przecież za światową stolicę mody, do której z całego świata zjeżdżają się rozchwytywani przez szary tłum celebryci. Jednak na początku XX wieku był również stolicą światowej awangardy, miejscem artystycznego zespojenia, centrum sztuki, której celem było łamanie powszechnie przyjętych konwenansów i zrywanie z tradycją. W tym czasie granice Paryża przekroczyli tacy artyści jak rzeźbiarz Constantin Brâncuşi, Georges Braque (którego profesją obok rzeźbiarstwa było również malarstwo), Fernand Léger (malarz, rzeźbiarz, reżyser filmów), czy też najbardziej znana postać z tego kręgu, Pablo Picasso. Artystów, którzy w Paryżu odnaleźli swój dom, i tam promowali swoją twórczość jest mnogość, a w tej recenzji poświęcę parę słów postaci, która wszelkich przewartościowań dokonała w sferze muzycznej – Panie i Panowie, przed Wami Erik Satie.

Człowiek ten był, jak na każdego, szanującego się przedstawiciela awangardy przystało, dosyć ekscentryczny, nietypowy i kroczący ścieżkami, które sam sobie wyznaczał. W swoim jedno-pokojowym apartamencie mieścił dwa pianina (ustawione jedno na drugim) i… ponad sto parasoli. Można by przywołać jeszcze wiele innych rzeczy, świadczących o jego odbiegającego od norm charakterze, ale miałem zamiar jednak poświęcić parę słów jego twórczości i postaram się też tego trzymać.

Erik Satie zyskał szacunek, uznanie i podziw wśród innych artystów, działających równolegle z nim, jak i po jego śmierci, m.in. dzięki temu, że stanął w opozycji do wszech obecnie panującego zachwytu nad muzyką Richarda Wagnera, który stawiał na bogactwo formy, kompozycje rozbudowane, o rozległych rozmiarach i posiadających ponad przeciętny rozmach. Chciałbym w tym miejscu tylko zaznaczyć, że należę do sympatyków twórczości Wagnera, ale tak jak Wagner był innowatorem wprowadzając nowości do muzyki, tak samo Satie stoi ponad jego kopistami, przełamując powszechnie panujące schematy. Na tym w końcu polega rozwój. Porzucając cechy charakteryzujące Wagnerowską twórczość na rzecz prostoty i oszczędności w formie oraz nietypowych harmonii dźwiękowych, stworzył podwaliny pod wiele gatunków muzycznych, reprezentujących eksperymentalne oblicze współczesnej muzyki. Z jego muzyki czerpali tacy zasłużeni twórcy jak John Cage, przedstawiciele minimalizmu jak Steve Reich, La Monte Young, Philip Glass, Terry Riley, czy też Brian Eno, osoba która pierwsza zastosowała pojęcie „ambient” w muzyce (dodam, że słynna, kilku-sekundowa melodia, która towarzyszyła przy każdorazowym uruchamianiu Windows, to jego dzieło). W muzyce wszystkich powyższych artystów czuć ducha Erika Satie, który dał też początek tzw. furniture music, muzyce tła, czyli takiej jaką w dużym stopniu znajdziemy we wspomnianym gatunku ambient.

After The Rain… The Soft Sounds Of Erik Satie, to zbiór jego kompozycji, pięknie zagranych przez francuskiego pianistę Pascala Rogé i wydanych w ’96 roku, które, jak nazwa już sugeruje, ukazują te łagodne oblicze twórczości Satie. Owa kompilacja zawiera również jego najsłynniejsze utwory, trzy części Gymnopédies. To muzyka, którą najlepiej się czuje podczas jesiennych, deszczowych dni, z ciepłą herbatą w ręku, muzyka delikatna i kojąca, która wprawia w refleksyjny i nieco melancholijny stan emocjonalny i odpręża w każdej sekundzie, rozładowując i niwelując nerwy. Kompozycje dobrze sprawdzają się jako owa muzyka tła, do konwencjonalnego słuchania, ale wsłuchując się w nie głębiej, pod warstwą pozornej prostoty znajdziemy całe pokłady niebywałego piękna. Trzeba przyznać, że w tej muzyce tkwi specyficzna magia, jakaś radość i wyczuwalna przyjemność czerpana z życia. Całość płynie bez żadnych nieprzyjemnych momentów, dzięki czemu można zatopić się w tych dźwiękach, którym również nie brakuje pewnego rodzaju tajemniczości (chciałbym tu zwrócić uwagę na mój ulubiony utwór, Gnossienne No. 4, którego czasami słucham wielokrotnie pod rząd). No i nie znam lepszej muzyki do wzięcia na samotny spacer po parku w jesienny dzień. Przy widoku opadających, złotych liści, w otoczeniu powoli zamierającej natury i świeżego, chłodnego powietrza, ta muzyka smakuje zupełnie inaczej (oh, jak pretensjonalnie i romantycznie to zabrzmiało).

Dzisiaj twórczość Erika Satie nie robi już takiego wrażenia na ludziach jakie musiała robić te kilkadziesiąt czy sto lat wstecz. Nie wiadomo też czy Erik Satie nie zostałby zupełnie zapomniany gdyby jego przyjaciel Claude Debussy nie wykorzystał swojej rosnącej wówczas popularności aby pomóc rozpromować jego muzykę, bo w końcu nie została ona przyjęta aż tak entuzjastycznie za jego życia. Ale to nie umniejsza jej wartości nawet w najmniejszym stopniu. W pierwszym przypadku dzieje się prawdopodobnie dlatego, że słuchając kompozycji z After The Rain… ciągle ma się wrażenie, że gdzieś się już to słyszało, czy to w reklamach, czy to w filmach, czy to gdziekolwiek indziej. Ta muzyka przedarła się już do każdego niemal aspektu współczesnej kultury, a czerpały z niej całe legiony, co świadczy najzwyczajniej o jej uniwersalności. W drugim przypadku, jak sądzę, stało się tak dlatego, że Erik Satie wyprzedzał swój czas po prostu. Ale tak to już bywa, że najwięksi twórcy zostają docenieni należycie dopiero po śmierci.

I’m Alive

Posted in Cirith Ungol with tags , , , , , on Luty 27, 2012 by delff

CIRITH UNGOL – FROST AND FIRE [1980]

1. Frost and Fire
2. I’m Alive
3. A Little Fire
4. What Does It Take
5. Edge of a Knife
6. Better Off Dead
7. Maybe That’s Why

>>Wolę masakrę, chcę usłyszeć ten huk!<< słowa Ciechowskiego, które dziś mi towarzyszą dobrze wpisują mi się w to, co otaczało płytowy debiut Cirith Ungol. Mamy początek lat 80, wśród fanów cięższych brzmień dominuje fascynacja nową fala brytyjskiego metalu. Tymczasem ,,Frost and Fire” osadzone jest bardziej w latach 70, przypomina pierwsze działania Black Sabbath. Jak na czas pojawienia się na rynku brzmi ,,przestarzale”. Shot between the eyes? W żadnym wypadku. Z całą swoją ,,fantastyczną” oprawą wydawnictwo robi duże wrażenie, a dla mnie osobiście jest pozycją do której zawsze z wielką przyjemnością wracam.

Powiew muzyki poważnej w metalu możemy usłyszeć chociażby w takim klasyku jak ,,Metal Heart” Accept’u. Motywy z Tchaikovskiego i Beethoven’a świetnie wpasowują się w całość. Jednak kiedy zaaranżowana w ciężkim brzmieniu ,,Toccata in Dm” Bacha znajduje się w środku płyty przepełnionej głównie ,,doomowymi” dźwiękami (płyta ,,King of the Dead”) przy moim bezkresnym zamiłowaniu do rzeczy dziwnych musi wzbudzić zainteresowanie. Tak właśnie trafiłam na Cirith Ungol.

Amerykańska grupa z Ventury, działała w latach 1972–1992. Inspiracją dla nazwy ,,Przełęcz Pająka” jest, jak pewnie część z was zauważyła, trylogia Tolkiena. Władca Pierścieni zresztą posłużył wielu innym kapelom, takim jak chociażby Gorgoroth. Podobnie okładka ,,Frost and Fire”, która została zapożyczona z książki  Michaela Moorcocksa (ilustracja autorstwa M. Whela) ,,Stormbringer” będącej natchnieniem dla Deep Purple, Blue Öyster Cult czy Hawkwind. Cały mistycyzm i patos sprawia że Cirith Ungol jest dość groteskowe. Jest też jednym z tych zespołów które można na prawdę lubić , albo zupełnie nie trawić. Głównym powodem jest oczywiście charakterystyczny wokal Tima Bakera.

Na stronie Metal Archives znalazłam komentarz Roberta Garvena – perkusisty i współzałożyciela CU,  odnośnie kulisów powstawania ,,Frost and Fire” :
..A previous reviewer mentioned that „Frost & Fire” sounded thrown together. The real truth is that we had been in the band for 9 years already and „Frost & Fire” was our attempt to get „commercial” airplay and find success with what we considered some of our more accessable music and yes radio friendly music! When the local LA station KLOS played it once and considered it too heavy, we decided to go for broke with our second album and pulled out all the stops. I disagree with some of the reviewers and think Tim’s singing is not only excellent here and that „Frost & Fire” has some of his best vocals…

Zastanawiałam się, czy lepszą wizytówką nie byłoby opisanie ,,King of the Death”, która wśród wielu opinii, które miałam okazję przeczytać uchodzi za najlepszą pozycje w czteropłytowej dyskografii zespołu, ale uważam, że to właśnie debiut ,,najłatwiej” i z największym zaangażowaniem można przesłuchać od początku do końca. Mimo określonego charakteru nie jest to monotonna płyta. Nie można zaprzeczyć , że I’m Alive obfitujący w wokalne popisy czy otwierające płytę Frost and Fire są  mocnymi pozycjami wśród całej twórczości i dobrze oddają to co, oczywiście w lekko modyfikowanej formie, będziemy mogli znaleźć w dalszych działaniach Cirith Ungol.

Moon Shines At Night

Posted in Djivan Gasparyan with tags , on Luty 27, 2012 by pandemon777

DJIVAN GASPARYAN – MOON SHINES AT NIGHT (1993)

1. Anush Garun – Lovely Spring

2. Sayat Nova

3. Khandvat Tuner – 7th December 1988

4. Me Lotzazrue Intz – Don’t Make Me Cry

5. Do Noritz Ekeles – You Have To Come Back To Me

6. Es Gisher – Tonight

7. Ciretzie Yaris Taran – They Took My Love Away

8. Lusniak Gisher – Moon Shines At Night

9. Tzirane Tzar – Apricot Tree

10. Mayrik Em – Mother Of Mine

Pochodzący z Armenii, Djivan Gasparyan uchodzi za mistrza instrumentu dętego, zwanego duduk, będącego narodowym instrumentem tego kraju. Na przestrzeni lat osiągnął za sprawą tak zaawansowanego opanowania owego instrumentu, sporo sukcesów, zresztą zdobycie tytułu People’s Artist of Armenia to już nie lada wyróżnienie. Co ciekawe, pierwszą płytę, sygnowaną swoim nazwiskiem wydał w wieku… sześćdziesięciu jeden lat, w ’89 roku, która tak jak pozostałe jego dokonania jest wypełniona armeńskim folkiem, ale zagranym z niebywałym zaangażowaniem emocjonalnym. I chociaż estetyka, której Djivan hołdował całe życie nie przyniosła oszałamiającego sukcesu komercyjnego, to jednak dzięki niej zaskarbił sobie szacunek nie tylko wśród swojego ludu, ale i wśród artystów z różnych muzycznych biegunów, począwszy od Petera Gabriela (Genesis) czy Davida Sylviana (Japan/Rain Tree Crow), a skończywszy na Brianie May (Queen) i Hansie Zimmerze. Z wszystkimi zresztą, w którymś punkcie swojej kariery współpracował.

Moon Shines At Night to druga płyta w jego karierze, a pierwsza, z którą się zetknąłem i wobec której czuję swoistą estymę. To bardzo smutna muzyka i przy tym również bardzo oszczędna w formie, stroniąca od fajerwerków, dla niektórych może się wydawać też monotonna i nudna, bo tak na dobrą sprawę niewiele się dzieje wzdłuż albumu – żadnych zmian stylistycznych, zmian dynamiki czy nastroju. „Po co w takim razie słuchać takiego monotonnego i smętnego nudziarstwa?” ktoś by zapytał, ale odpowiedzieć na te pytanie, wbrew pozorom, nie jest specjalnie trudno. Tak już bywa, że często dobra muzyka wymaga wsłuchania się w nią, jak i odpowiedniego nastroju, a to co wcześniej odrzucało i nudziło, po czasie okazywało się być piękne i wręcz kojące. I tak też jest w przypadku Moon Shines At Night. Sam nie byłem specjalnie entuzjastycznie nastawiony wobec tego albumu, ale jakoś tak się złożyło, że któregoś niezbyt udanego dnia potrzebowałem czegoś na uspokojenie, najlepiej jakiegoś dźwiękowego leku, i padło ostatecznie na Moon Shines At Night właśnie. Szczerze powiedziawszy, tego w tamtym momencie trzeba mi było, czegoś nienachalnego, spokojnego, jednocześnie posiadającego pewnego rodzaju mistyczną aurę, czegoś co wywołałoby ten błogi stan emocjonalnego ukojenia – a ten album spełniał wszystkie te warunki. Pomimo swojego smutnego, momentami wręcz żałobnego i poruszającego bardziej wrażliwe rejony ludzkiej psychiki charakteru, jest niczym balsam dla duszy. Człowiekowi w takich momentach przestaje przeszkadzać wspomniana monotonia, a wręcz cieszy fakt, że te piękne dźwięki trwają wciąż w tym samym nastroju, bez zgrzytów i niespodzianek po drodze. Czystość estetyczna jest tutaj naprawdę niebywałym plusem.

Jakoś tak już mam, że podczas słuchania tego albumu wyobraźnia nasuwa mi obrazy i sceny, które widywałem w filmach o średniowiecznych wojnach, sceny, w których bitwa już dobiegła końca, kurz i pył opadł, a na zielonych polanach pozostały już tylko martwe ciała poległych rycerzy. W takich momentach czuć ukojenie, że to już cisza po burzy, a nie przed burzą, że horror już się skończył i nastał moment kontemplacji w ciszy i spokoju. To takie moje osobiste wrażenie dodane na koniec recenzji, ale zakładam, że każda osoba odbierze i zinterpretuje w wyobraźni te dźwięki w jakiś inny sposób. Mam nadzieję, że ktoś zechce zbadać muzykę tego pana i doceni, jeśli nie od razu, to po czasie, te pozornie „nudne” dźwięki.

And we’ll find a way… force fed to the world

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , on Luty 26, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – SYL [2003]

1. Dire
2. Consequence
3. Relentless
4. Rape Song
5. Aftermath
6. Devour
7. Last Minute
8. Force Fed
9. Dirt Pride
10. Bring on the Young

Od czasu, kiedy Devin Townsend ze swoją ekipą wydał City, minęło 6 długich lat. Jednak Szalony Kanadyjczyk wcale nie próżnował; przez ten czas wyszły takie wspaniałe albumy, jak: Infinity, Physicist (któremu bardzo blisko do SYL) czy genialna Terria. Co prawda pod szyldem Strapping Young Lad ukazał się album koncertowy oraz epka, ale to nie to, co tygryski lubią najbardziej. Na szczęście, 11 lutego ukazał się nowy album zatytułowany po prostu SYL.

Rape is just cause for murdering 

Powiedzmy sobie szczerze, taki krążek jak City nagrywa się raz w życiu, ale(!) – chwała wszelkim bogom – Devin wiedział o tym i nagrał album inny, ale nadal mieszczący się w ramach stylistyki, jaka charakteryzowała zespół. SYL to płyta zdecydowanie prostsza i powiedziałbym, że przyziemniejsza niż wspomniane City. Nie znaczy to, że jest zła. O ile City to była potężna machina siejąca zniszczenie na swojej drodze, o tyle SYL jest niczym bójka w ciemnym zaułku (na dużą skalę) – na swój masochistyczny sposób piękna. Ten album aż kipi prymitywną energią i agresją. Począwszy od wzniosłego wstępu w postaci Dire, który zgrabnie przechodzi w Consequence, zespół „gwałci” słuchacza za pomocą dźwięków przez najbliższe kilka minut. Wraz z Relentless i Rape Song poziom natężenia dźwięków i agresji rośnie sprawiając, że czujemy się jak student europeistyki pobity przez miastowych tubylców w czteropaskowych strojach ludowych. Nie pomaga tu nawet spokojniejszy Aftermath, bowiem bujający Devour znów sprowadza boleśnie na ziemię i kopie po ryju. Podobnie pędzący Last Minute, przepotężny Force Fed (chyba mój faworyt) czy krótki acz konkretny Dirt Pride. Na osobne zdanie zasługuje wieńczący Bring On The Young – spokojny, mroczny, który nagle i w najmniej oczekiwanym momencie wyjawia swoje prawdziwe, drapieżne oblicze. Do tego dochodzą wspaniałe klawisze na końcu, portal do innego świata – miazga.

I see devastation and I’m ready to BURN! 

Jednak na tej płycie najbardziej urzekają mnie wokale – to co Devin robi ze swoim głosem to mistrzostwo świata. Z niebywałą łatwością „przerabia” całą skalę wokaliz, jakie może wydać z siebie człowiek. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Devin przechodzi ze spokojnych, melancholijnych wręcz wokaliz do krzyków, growlów, skrzeków. Do dziś mnie to zadziwia i uważam go za jednego z lepszych wokalistów.

The machine, machine that burns for war 

Mimo tego, że SYL nie jest uważany za najlepszy album Devina & co, to jest to najbardziej mroczny i stąpający po ziemi krążek – jest to krótki (39 minut), ale konkretny pocisk, który nie każdemu przypadnie do gustu (brak solówek robi swoje), ale jak najbardziej wart słuchania. Na dziś to tyle, niedługo Alien a następnie The New Black i możliwe że debiut 😉

 

%d blogerów lubi to: