Archive for the Intermix Category

Seeds of harmony

Posted in Intermix with tags , , on Luty 2, 2012 by kubeusz

 INTERMIX – FUTURE PRIMITIVES [1995]

1. Mantra
2. Lost Tribe
3. Telekinetic Warriors
4. Solar Temple
5. Sonic Ritual
6. Seeds of Harmony
7. Blackhole Amizon
8. Ceremonial Chant

Budzę się. Nie mam pojęcia gdzie jestem, czuję świeże powietrze, a razem z nim docierają do mnie śpiewy ptaków i jakieś dziwne odgłosy, oddalone, tłumione. Brzmi to jak rytualny taniec; idę, a po chwili docieram do wioski. W międzyczasie moją głowę zaczęły wypełniać futurystyczne dźwięki, a w tle gdzieś daleko pobrzmiewają miłe dla ucha, ciepłe plamy tonów. Staram się wsłuchać w śpiew – to jakieś powtarzane ciągle zwroty, mantra.
Pod koniec tych tańców nieznana bezimienna siła przetacza się przez mój umysł. Okazuje się, że to jakieś zaginiony, oddalony od głównego nurtu życia rozwijającego się świata szczep pełen pozytywnych emocji, z radością prezentujący mi, przybyszowi, swoje zwyczaje i rytuały. Mało tego – zachowują się tak, jakbym był wyczekiwaną postacią, bohaterem z gwiazd, którego znają z opowiadań przekazywanych z ojca na syna. Dziwne…

Niedługo potem prowadzą mnie w pewne miejsce – to chyba arena, a przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Nie mylę się zbytnio; krótko po moim przybyciu naprzeciw siebie staje dwóch skąpo odzianych wojowników. Moją głowę nadal zaprzątają niecodzienne, nierealne dźwięki. Są takie obce, a zarazem tak bliskie temu miejscu; chwilami odnoszę wrażenie jakby były tutaj od zawsze, od początku po kres świata związane z tym oderwanym od rzeczywistości miejscem. Tamtych dwóch zaczyna walczyć, ale nie jest to prawdziwa potyczka, ani nawet pokaz sił. Widzicie, choć ich zachowanie przypomina przygotowywanie się do starcia, to tak naprawdę jest to taniec – taniec wojny, taniec walki.

Po tym wszystkim mam okazję po raz pierwszy wznieść się na wyżyny umysłowe. Udajemy się do Świątyni: prochy, zioła, kontakt z szamanem – moje wspomnienia powracają jako strzępki myśli, co chwilę przenoszę się gdzieś indziej, uspokajam się. Za chwilę znów doznaję tego uczucia; kolejne punkty na moim ciele dają o sobie znać, a ja raz za razem przenoszę się do innego świata. Przez cały ten czas mój umysł wypełniają dźwięki nie z tego świata, może prosto z kosmosu.

Z każdą wizją w mojej głowie powstaje pewna melodia. Nie sposób jej opisać, ale jest piękna. Sytuacja powtarza się jeszcze kilka razy – to wspaniałe chwile i chciałbym, aby trwały wiecznie, ale… tak nie może być. Po wszystkim zostaję twardo sprowadzony na ziemię; czekają mnie kolejne rytualne tańce, ale w głębi duszy czuję, że to moje ostatnie chwile w tym miejscu. Po ostatnich wydarzeniach to, co się teraz dzieje wydaje się nijakie i mdłe, choć ma swój urok. Niebo pęka na dwie części, a w środku dżungli ląduje wielka maszyna, wokół wszystko zaczyna płonąć i pojawiają się kosmiczni stwórcy życia na ziemi. Teraz słyszę to coraz głośniej i wyraźniej – tamte dźwięki, które nieustannie mi towarzyszyły były przesłaniem z innej planety, wymiaru, domeny. Ta muzyka jest wszystkim, co dane jest mi odbierać ludzkimi zmysłami – tony nadchodzące z kosmosu, z przyszłości – wymysł wyższego umysłu jest piękny, ale jednocześnie zimny i odhumanizowany. Padam na kolana; widzę stworzenie świata nie swoimi oczyma, piętrzące się góry i morza, zaczątki cywilizacji oraz przekazanie techniki ludzkości przez te obce istoty. Moja głowa nie wytrzymuje, ale chcę więcej i w efekcie… odpływam.

Budzę się. Nie mam pojęcia gdzie jestem, czuję świeże powietrze, a razem z nim docierają do mnie śpiewy ptaków, a wokół mnie nie ma nikogo. Cisza. Szum gwiezdnego morza oraz pojawiające się w moim umyśle ciepłe plamy dźwięków, które każą mi iść przed siebie.

Niebo rozdziera błyskawica. Zbliżam się pomału do kresu mej wędrówki; docieram do czegoś niesamowitego – do czegoś, czego nie zobaczył przede mną żaden człowiek, a jeśli jakimś cudem zobaczył, to już nie powrócił. Idę dalej. Słyszę tylko odgłosy dżungli oraz rytmiczne, coraz głośniejsze i wyraźniejsze dźwięki elektronicznego zawołania, które mówi „chodź, koniec jest bliski”. Z każdą sekundą jest mi coraz przyjemniej i czuję się jakbym się unosił. Jestem u celu – dziwne miejsce, piękne, pełne wszystkiego i niczego. Są tu ludzie i te niezwykłe istoty, słyszę muzykę dochodzącą z oddali i bliska, jakby miała swoje źródło we mnie. Przez chwilę w tle słychać niknące odgłosy tego świata, a po niej pozostaje jedynie muzyka istot z innego wymiaru. Ciepłe i narkotyczne brzmienia, prawdziwy elektroniczny stuff wlewa się w mój umysł. Do tego dochodzą chóralne zaśpiewy ludzi i stworzeń w habitach. Nie widzę wyraźnie ich twarzy, ale to nie ma znaczenia.

Pewien obcy twór będący pół-człowiekiem i pół-istotą z nierzeczywistej domeny przygrywa na flecie opętańczą melodię, a ja coraz bardziej zatracam się w tym oceanie dźwięków. Pozorny ascetyzm to w rzeczywistości bogactwo tonów, które wciąga mnie w swoją czarną dziurę zatracenia. To koniec – odlatuję, oddalam się od wszystkiego i nie ma już dla mnie odwrotu. Ale jestem szczęśliwy, bo to były wspaniałe chwile. Najwspanialsze.

Ostatni album Intermix, duet Bill Leeb – Rhys Fulber pokazali się z jak najlepszej strony. Krążek całkowicie odmienny od dwóch poprzednich płyt, do którego na początku ciężko się przyzwyczaić, jednak potem nie sposób się od niego oderwać. To jeden z tych albumów, do których na pewno będę zawsze wracał.

Reklamy

Phaze two…

Posted in Intermix with tags , on Styczeń 28, 2012 by kubeusz

INTERMIX – PHASE TWO [1992]

1. Get Religion
2. Down and Out
3. The Process
4. Can You Move It
5. Dream On
6. Funky Hell
7. Phaze One
8. Truth
9. Corollary
10. Monument
11. Fall Out

Nawet rok nie minął od wydania Intermix, a Bill Leeb i Rhys Fulber sprezentowali przed świętami swój drugi album zatytułowany Phaze Two.

Jak się prezentuje Faza Druga na tle debiutu? Dobrze. Czego można się spodziewać? Ciągu dalszego, powiedziałbym. PT nie jest krokiem na przód, nie jest też krokiem w tył. Ciąg dalszy, czy lepszy? Trudno powiedzieć; osobiście wolę debiut, gdyż drugi album wydaje mi się troszkę przydługawy (67 minut w stosunku do 45). Jakkolwiek, lubię taką muzykę, a 40-50 minut wydaje mi się czasem optymalnym i wolę drugi raz puścić krążek niż pod koniec czuć lekkie znużenie. Nie żebym twierdził, że Phaze Two jest nudny czy nie udany, wręcz przeciwnie – to nadal kawał dobrej muzy i ostatnie wałki są tak samo dobre jak te z początku płyty (a Corollary to już istna zajebistość – muzyka fabryk). To, co jeszcze odróżnia ten album do swojego poprzednika to… hmm, ta płyta wydaje mi się bardziej skondensowana, nie czuć tak tutaj tej przestrzeni, jest bardziej płasko. Jeśli porównać to do wspomnianego w poprzednim wpisie miasta, to Intermix był niczym lot między wieżowcami – pełen przestrzeni i powietrza, a ten album twardo stąpa po gruncie, czasem nawet schodząc pod ziemię.

Co jeszcze mogę powiedzieć o tym albumie? W sumie niewiele. Mimo tego, iż jest lekko przydługi, to słucha się go całkiem przyjemnie. Osobiście polecam.

Voices…

Posted in Intermix with tags , , , , on Styczeń 24, 2012 by kubeusz

INTERMIX – INTERMIX [1992]

1. Anguish
2. S+M=Y
3. Targeted
4. Requiem Dub
5. Cum & Get It!
6. Dead Ladder
7. Soviet Low
8. Voices

Chyba każdy zna, bądź kojarzy Frontline Assembly – nawet nieświadomie, zagrywając się w Quake III Arena, do którego współtworzyli soundtrack. Jednak to nie będzie wpis o Quake’u, ani o tej kanadyjskiej formacji, a o całkiem bliskich rejonach i muzyce. Intermix poznałem dzięki lastfm (chyba najlepszy serwis świata – darmowa reklama 😉 ), ot, w podobnych wykonawcach widniał, chyba głównie przez osoby Billa Leeba i Rhysa Fulbera, bo muzycznie to już niezbyt pokrewnie (ale o tym za chwilę). Później, przypadkiem znalazłem jeden numer z debiutu i tak się najarałem, że postanowiłem w końcu zmierzyć się z tym (jednym z wielu) projektem duetu Leeb-Fulber.

Wydali pod tym szyldem tylko trzy albumy, ale zawsze jak ich słucham, to włączam wszystkie trzy po kolei. Tak też będzie tutaj – po kolei zmierzymy się ze wszystkimi albumami, a na pierwszy ogień idzie…Intermix.

Wydana w 1992 roku debiutancka płyta tego projektu zawiera 40 minut doskonale wyprodukowanej muzyki na naprawdę wysokim poziomie. Otwierający Angulish idealnie pokazuje, czego możemy się spodziewać – a jest to całkiem melodyjna i miła dla ucha, pełna wspaniałych dźwięków nowoczesnego-odhumanizowanego świata przyszłości, muzyka. Mimo wielu melodii i kojących tonów, cały album ma bardzo industrialny wydźwięk (z wyjątkiem Targeted, który jest nieśmiałą zapowiedzią Future Primitives). Pomijając wspomniany utwór, nad całością unosi się wizja świata rodem z filmów Blade Runner czy Johny Mnemonic. Najlepszym tego przykładem niech będzie lekko orientalny, mocno psychodeliczny Sovlet Low czy chóralny Requiem Dub. Całkowicie odwrotnie rysuje się wieńczący album Voices – nasza dusza wzlatuje ponad wszystko, bez żadnych trosk i zmartwień, pełna pozytywnych emocji. O tak, Voices to naprawdę przyjemny numer.

Uwielbiam tą płytę, jest to jeden z tych albumów, do których w miarę często wracam już od dłuższego czasu i który „siadł” mi od samego początku.

%d blogerów lubi to: