Archiwum dla 1996

Tying up loose ends for the journey

Posted in Bardo Pond with tags , , , on Marzec 9, 2012 by pandemon777

BARDO POND – AMANITA (1996)

1. Limerick

2. Sentence

3. Tantric Porno

4. Wank

5. The High Frequency

6. Sometimes Words

7. Yellow Turban

8. Rumination

9. Be A Fish

10. Tapir Song

11. RM

Wpływ jaki wywarł na muzykę, zwaną „alternatywną” The Velvet Underground jest nie do przecenienia. Dowodzony niegdyś przez Lou Reeda jest protoplastą wszystkiego (dosłownie wszystkiego) co może się łapać pod te pojęcie. W tej recenzji bohaterem jest zespół Bardo Pond, który zawitał w muzycznym świecie kilka dekad po wydaniu legendarnego debiutu Velvetów, a zawarł w sobie elementy, które wiele zespołów z kręgu muzycznej psychodelii, zaczerpnęło z ich stylu i rozwinęło w różnych kierunkach.

Z jednej strony w latach ’80 zaczęły działać takie zespoły jak The Jesus And Mary Chain czy My Bloody Valentine, których można uznać za prekursorów shoegaze, z drugiej zaś Slint i Talk Talk, który z popowych rejonów przeniósł się na bardziej ambitną muzykę m.in. spod znaku King Crimson, obaj przy tym dając podwaliny pod tzw. post-rock. Pomiędzy nimi znalazły się też Sonic Youth (którzy, podobnie jak The Jesus And Mary Chain, uwielbiali nakładać na swoje psychodeliczne numery hałaśliwe okrycie), czy też niemal space-rockowy Spaceman 3. Jeśli dodamy do tego składu legendarny Pink Floyd, z wczesnego okresu, to będziemy mieli w miarę wyrazisty obraz tego co Bardo Pond oferuje w swojej muzyce.

Elementy twórczości wszystkich powyższych zespołów płynąc z różnych stron spotykają się w pewnym momencie w jednym punkcie, mieszają się i płyną jednym strumieniem, spływając w końcu do muzycznego jeziora Bardo Pond. Wszystkie utwory snują się powoli i apatycznie przez te prawie ’80 minut muzyki zabierając w psychodeliczną podróż po pustkowiach północnej ameryki w uciążliwym skwarze słonecznym. Zmęczony głos pani Isobel Sollenberger, gitarowe melodie, przepuszczone przez szereg efektów, począwszy od przestrzennych nakładek, a na hałaśliwych przesterach skończywszy, bas który buczy i dudni gdzieś w dolnych partiach – wszystko to tworzy muzykę, która sprawia wrażenie jakby na absolutnych resztkach determinacji brnęła od niechcenia do przodu, jednocześnie opisując świat przez pryzmat psychodelicznych wizji, umysłu płynącego gdzieś po przestworzach i wśród krajobrazów niebezpiecznie wyginających się we wszystkie strony.

Dla samego słuchacza to odprężająca podróż umysłu, wystarczy się wygodnie rozłożyć się na kanapie i aplikując sobie odpowiednią dawkę „wspomagaczy” (chociaż nie będą tutaj koniecznie potrzebne) odpłynąć wraz z tymi odurzającymi dźwiękami. Uwielbiam stan psychodelicznej apatii i błogiego rozleniwienia, w który wprawia mnie ta muzyka. Przestrzenne brzmienie, refleksyjne i zmysłowe melodie, oschły i aksamitny głos, hipnotyzujące, niemal plemienne partie perkusji i atmosfera psychodelicznych lotów na środku pustyni – czego chcieć więcej? Przy Amanita się płynie i ma resztę świata w głębokim poważaniu. I o to chodzi.

The Soft Sounds Of Erik Satie

Posted in Erik Satie with tags , , , , on Luty 27, 2012 by pandemon777

PASCAL ROGE – AFTER THE RAIN… THE SOFT SOUNDS OF ERIK SATIE (1996)

1. Gymnopédie No. 1

2. Gymnopédie No. 2

3. Gymnopédie No. 3

4. Gnossienne No. 1

5. Gnossienne No. 2

6. Gnossienne No. 3

7. Gnossienne No. 4

8. Gnossienne No. 5

9. Gnossienne No. 6

10. Nocturne I

11. Nocturne II

12. Nocturne III

13. Nocturne IV

14. Nocturne V

15. Avant-Dernieres Pensées

16. Pieces Froides – Trois Airs À Fuir

17. Pieces Froides – Trois Danses De Travers

18. Deux Reveries Nocturnes

19. Prélude De La Porte Héroïque Du Ciel

Paryż może się poszczycić wieloma rzeczami, jak choćby faktem, że jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie, mieszczącym na swoim obszarze legendarną i monumentalną wieżę Eiffla. Uchodzi też przecież za światową stolicę mody, do której z całego świata zjeżdżają się rozchwytywani przez szary tłum celebryci. Jednak na początku XX wieku był również stolicą światowej awangardy, miejscem artystycznego zespojenia, centrum sztuki, której celem było łamanie powszechnie przyjętych konwenansów i zrywanie z tradycją. W tym czasie granice Paryża przekroczyli tacy artyści jak rzeźbiarz Constantin Brâncuşi, Georges Braque (którego profesją obok rzeźbiarstwa było również malarstwo), Fernand Léger (malarz, rzeźbiarz, reżyser filmów), czy też najbardziej znana postać z tego kręgu, Pablo Picasso. Artystów, którzy w Paryżu odnaleźli swój dom, i tam promowali swoją twórczość jest mnogość, a w tej recenzji poświęcę parę słów postaci, która wszelkich przewartościowań dokonała w sferze muzycznej – Panie i Panowie, przed Wami Erik Satie.

Człowiek ten był, jak na każdego, szanującego się przedstawiciela awangardy przystało, dosyć ekscentryczny, nietypowy i kroczący ścieżkami, które sam sobie wyznaczał. W swoim jedno-pokojowym apartamencie mieścił dwa pianina (ustawione jedno na drugim) i… ponad sto parasoli. Można by przywołać jeszcze wiele innych rzeczy, świadczących o jego odbiegającego od norm charakterze, ale miałem zamiar jednak poświęcić parę słów jego twórczości i postaram się też tego trzymać.

Erik Satie zyskał szacunek, uznanie i podziw wśród innych artystów, działających równolegle z nim, jak i po jego śmierci, m.in. dzięki temu, że stanął w opozycji do wszech obecnie panującego zachwytu nad muzyką Richarda Wagnera, który stawiał na bogactwo formy, kompozycje rozbudowane, o rozległych rozmiarach i posiadających ponad przeciętny rozmach. Chciałbym w tym miejscu tylko zaznaczyć, że należę do sympatyków twórczości Wagnera, ale tak jak Wagner był innowatorem wprowadzając nowości do muzyki, tak samo Satie stoi ponad jego kopistami, przełamując powszechnie panujące schematy. Na tym w końcu polega rozwój. Porzucając cechy charakteryzujące Wagnerowską twórczość na rzecz prostoty i oszczędności w formie oraz nietypowych harmonii dźwiękowych, stworzył podwaliny pod wiele gatunków muzycznych, reprezentujących eksperymentalne oblicze współczesnej muzyki. Z jego muzyki czerpali tacy zasłużeni twórcy jak John Cage, przedstawiciele minimalizmu jak Steve Reich, La Monte Young, Philip Glass, Terry Riley, czy też Brian Eno, osoba która pierwsza zastosowała pojęcie „ambient” w muzyce (dodam, że słynna, kilku-sekundowa melodia, która towarzyszyła przy każdorazowym uruchamianiu Windows, to jego dzieło). W muzyce wszystkich powyższych artystów czuć ducha Erika Satie, który dał też początek tzw. furniture music, muzyce tła, czyli takiej jaką w dużym stopniu znajdziemy we wspomnianym gatunku ambient.

After The Rain… The Soft Sounds Of Erik Satie, to zbiór jego kompozycji, pięknie zagranych przez francuskiego pianistę Pascala Rogé i wydanych w ’96 roku, które, jak nazwa już sugeruje, ukazują te łagodne oblicze twórczości Satie. Owa kompilacja zawiera również jego najsłynniejsze utwory, trzy części Gymnopédies. To muzyka, którą najlepiej się czuje podczas jesiennych, deszczowych dni, z ciepłą herbatą w ręku, muzyka delikatna i kojąca, która wprawia w refleksyjny i nieco melancholijny stan emocjonalny i odpręża w każdej sekundzie, rozładowując i niwelując nerwy. Kompozycje dobrze sprawdzają się jako owa muzyka tła, do konwencjonalnego słuchania, ale wsłuchując się w nie głębiej, pod warstwą pozornej prostoty znajdziemy całe pokłady niebywałego piękna. Trzeba przyznać, że w tej muzyce tkwi specyficzna magia, jakaś radość i wyczuwalna przyjemność czerpana z życia. Całość płynie bez żadnych nieprzyjemnych momentów, dzięki czemu można zatopić się w tych dźwiękach, którym również nie brakuje pewnego rodzaju tajemniczości (chciałbym tu zwrócić uwagę na mój ulubiony utwór, Gnossienne No. 4, którego czasami słucham wielokrotnie pod rząd). No i nie znam lepszej muzyki do wzięcia na samotny spacer po parku w jesienny dzień. Przy widoku opadających, złotych liści, w otoczeniu powoli zamierającej natury i świeżego, chłodnego powietrza, ta muzyka smakuje zupełnie inaczej (oh, jak pretensjonalnie i romantycznie to zabrzmiało).

Dzisiaj twórczość Erika Satie nie robi już takiego wrażenia na ludziach jakie musiała robić te kilkadziesiąt czy sto lat wstecz. Nie wiadomo też czy Erik Satie nie zostałby zupełnie zapomniany gdyby jego przyjaciel Claude Debussy nie wykorzystał swojej rosnącej wówczas popularności aby pomóc rozpromować jego muzykę, bo w końcu nie została ona przyjęta aż tak entuzjastycznie za jego życia. Ale to nie umniejsza jej wartości nawet w najmniejszym stopniu. W pierwszym przypadku dzieje się prawdopodobnie dlatego, że słuchając kompozycji z After The Rain… ciągle ma się wrażenie, że gdzieś się już to słyszało, czy to w reklamach, czy to w filmach, czy to gdziekolwiek indziej. Ta muzyka przedarła się już do każdego niemal aspektu współczesnej kultury, a czerpały z niej całe legiony, co świadczy najzwyczajniej o jej uniwersalności. W drugim przypadku, jak sądzę, stało się tak dlatego, że Erik Satie wyprzedzał swój czas po prostu. Ale tak to już bywa, że najwięksi twórcy zostają docenieni należycie dopiero po śmierci.

Let the dead carry the dead

Posted in The Nefilim with tags , , , , on Luty 21, 2012 by pandemon777

THE NEFILIM – ZOON (1996)

 

1. Still Life

2. Xodus

3. Shine

4. Penetration

5. Melt (The Catching Of A Butterfly)

6. Venus Decomposing

7. Pazuzu (Black Rain)

8. Zoon (Part 1 & 2) (Saturation)

9. Zoon (Part 3) (Wake World)

10. Coma

Po rozpadzie macierzystego zespołu, McCoy postanowił kontynuować swoją działalność w zespole nazwanym po prostu The Nefilim, będącym drugą odnogą upadłego Fields Of The Nephilim. Niestety zanim jego nowe oblicze w końcu ujrzało światło dzienne musiało minąć ładnych parę lat – Zoon został wydany w ’96 roku. Panowie z „sąsiadującego” Rubicon zdążyli w tym czasie wydać dwie płyty studyjne i… zakończyć działalność. Co prawda The Nefilim pierwsze koncerty zagrał w okolicach ’93 roku, ale problemy z wytwórnią powodowały (jak zwykle zresztą), że premiera ich pierwszego i zarazem ostatniego albumu była wciąż odkładana na przyszłość. Szczęście całe, że wydanie Zoon w końcu doszło do skutku i sądzę, że zdecydowanie warto było czekać. Słuchając tego wydawnictwa nie mogę przestać gdybać nad tym, jaki szok fani starego Fields Of The Nephilim musieli wówczas przeżyć, kiedy pierwsze dźwięki nowego oblicza Carla McCoya poczęły rozbrzmiewać wokół nich. Ja osobiście poczułem się, najzwyczajniej rzecz ujmując, zdewastowany, bo Zoon był krokiem w kierunku muzyki znacznie innej niż tej, do której przyzwyczaił Fields Of The Nephilim, jak i później Rubicon.

We shall crush you down to the point, where there is no coming back, things will happen to you from which you could not recover if you lived a thousand years, a thousand years.

Nie wiem co wstąpiło wówczas w pana McCoya, ani jaki diabeł czy inny demon go opętał, ale chciałbym temu diabłu uścisnąć włochatą rękę i serdecznie podziękować, za to, że pod jego wpływem ten człowiek nagrał muzykę wręcz szaleńczą, wściekłą, mroczniejszą niż cokolwiek co nagrywał wcześniej, ciężką i agresywną w prawie każdej sekundzie. Oczywiście pewnych punktów wspólnych z Fields Of The Nephilim nie dało się uniknąć. Okultyzm, rytualizm, mistycyzm – te wszystkie elementy są tutaj obecne, z tym, że zostały ukazane w o wiele ekstremalniejszej odsłonie.

The Nefilim kultywuje chęć wzbicia się na wyższe stany świadomości, wtargnięcia do innego wymiaru za pomocą zakazanych obrzędów, z tym, że tutaj wtargnięcie w ów nowy wymiar może się okazać wręcz koszmarem. Zoon to płyta przerażająca, apokaliptyczna wręcz. Zresztą słowo „zoon” z języka greckiego oznacza „żywą kreaturę”, „bestię”, które w tym wypadku jest w pełni adekwatne. Zarówno muzyka, w której roi się od death metalowych riffów, industrialnego ciężaru, jak i głos Carla McCoya brzmią tutaj wręcz bestialsko. No właśnie, McCoy pokazał się tutaj od swojej najbardziej gniewnej i złowieszczej strony, unikając typowych growli, ale operując głosem tak przerażającym, że oblewa mnie zimny pot, głosem przy którym znaczna większość kalekich, death metalowych popłuczyn brzmi po prostu śmiesznie. Co podoba mi się niebywale w kwestii obranej stylistyki na tej płycie, to fakt, że zazwyczaj zespoły starają się wbić w konkretny gatunek, grając charakterystyczne dla niego riffy, rytmy, etc., zaś The Nefilim, obrał takie, a nie inne środki wyrazu, wykorzystując je we własny, unikalny sposób, aby najlepiej i najbardziej dosłownie ukazać swoją wizję świata, który stanął w płomieniach, nawiedzanego nieustającymi trzęsieniami, skąpanego w powodziach i zalanego lawą płynącej z wulkanów, których pył spowił niebo w ciemnościach i okrył ziemię wszechobecną czernią. To naprawdę jedna z najbardziej sugestywnych dźwiękowych wizualizacji biblijnej apokalipsy i doprawdy czuję się wgniatany każdym dźwiękiem, każdym słowem. Nawet te bardziej melancholijne fragmenty nie łagodzą tego wrażenia, bo cały czas ma się wrażenie, że są jedynie ciszą przed kolejnym, nadchodzącym sztormem. Nie ma też sensu raczej wyróżniać poszczególnych utworów, bo Zoon to po prostu monolit, spójny obraz końca millenium i obecnego świata, zapowiadającego również nadejście nowej, lepszej ery.

 Is there an end to the coma?
As we endure transformation.
As we enter the beginning
No more pain, no more feeling
Let it endure forever
Those whose end cannot be

Żałuję strasznie, że McCoy nie kontynuował tego projektu dalej. Podjął moim zdaniem nie do końca dobrą decyzję reaktywując za to Fields Of The Nephilim, będąc jednocześnie jedynym oryginalnym członkiem starego składu. Bez zgody zespołu został wypuszczony album Fallen, niedopieszczony, w zasadzie stanowiący zbiór utworów w wersji demo, później McCoy zwerbował jeszcze anonimowy skład, z którym nagrał Mourning Sun, ostatni jak do tej pory studyjny album Fields Of The Nephilim. Osobiście średnio mnie zachwycił, bo moim zdaniem trochę brzmi jak nieudana próba powrotu do dawnych lat. Dodatkowo z obecnym składem gra sporadycznie koncerty, które fakt faktem dają mi dużo radości, ale nie zachwycają nawet w połowie tak bardzo jak oglądanie DVD Visionary Heads, czy słuchanie cudownego Earth Inferno. Nowy Fields Of The Nephilim po prostu nie potrafi wydobyć tej magii ze starych hymnów i szczerze powiedziawszy o wiele bardziej bym wolał aby odgrywali całe Zoon i kilka dodatkowych niewydanych utworów z tamtego okresu, bo Penetratioin dewastował mnie na żywo za każdym razem. Może napiszę w tej sprawie do nich, może wezmą taką opcję pod rozwagę? Pobożne życzenie.

I despise each and everyone of you

Posted in Christdriver with tags , , on Luty 10, 2012 by pandemon777

CHRISTDRIVER – EVERYTHING BURNS (1996)

1. Mediate

2. Drone

3. You Destroy

4. Virtual Reality

5. Sight

6. Fistful Of Nothing

7. So Much For Passion

8. Clean Eyes

9. The Beauty Of Their Weapons

Christdriver został założony gdzieś w okolicach 1991 roku w Seattle (można powiedzieć, że zespół znalazł się ze swoją muzyką w niewłaściwym miejscu i w najmniej odpowiednim czasie, mając na uwadze ówczesną popularność grunge’u) przez wokalistę/gitarzystę Erica Greenwalta, po rozpadzie jego poprzedniej kapeli Subvert (która na lokalnej scenie w Tacoma cieszyła się podobno całkiem sporym uznaniem), parającej się głównie punkowymi klimatami. Jego nowy zespół jednak przyniósł zmiany stylistyczne – żwawy i szybki punk został zastąpiony mozolnymi i w większości długimi numerami, które jednak posiadały sporą siłę wyrazu.

Rok po wydaniu 7” Sight (Blind ’95) w 1995 roku, przyszedł czas na pełną, studyjną płytę, która obecnie jest znana niestety tylko garstce zwolenników. A szkoda. Christdriver jest kolejnym z zespołów, którego wciągnęła scena gitarowego industrialu, niemniej jednak, mieli własny charakter. Brzmieli bardzo organicznie, nie zaś mechanicznie, w odróżnieniu od wielu zespołów z tego nurtu, nie używali też automatu perkusyjnego, a jako dodatek do swojej muzyki dołożyli wpływy doom metalu spod znaku Sleep – więc tym samym znajdziemy tu więcej niskich, przeciągających się wzdłuż utworów, brzęczących gitarowych i basowych dźwięków, aniżeli ciętego riffowania (choć i tych nie brakuje). Przedsionkiem do tego wypełnionego złością albumu są pierwsze minuty Mediate, rozpoczynającego się złowrogo brzmiącym basem, który wraz z powolnym rytmem pulsuje sobie leniwie, tworząc akompaniament pod cytat z filmu Talk Radio:

I should hang; I’m a hypocrite. I ask for sincerity and I lie. I denounce the system as I embrace it. I want money and power and prestige: I want ratings and success. And I don’t give a damn about you, or the world. That’s the truth: for that I could say I’m sorry, but I won’t. Why should I? I mean who the hell are you anyways you… audience! You’re on me every night like a pack of wolves because you can’t stand facing what you are and what you’ve made! Yes the world is a terrible place, yes cancer and garbage disposals will get you. Yes the war is coming, yes the world is shot to hell and you’re all goners! Everything is screwed up and you like it that way don’t you![…]

Z każdym słowem napięcie narasta, a utwór w końcu przechodzi do zasadniczej części (w końcówce zwieńczony z kolei słynnym cytatem z Pulp Fiction), gdzie gardłowy wokal, przywodzący na myśl Neurosis, wraz z muliście brzmiącą gitarą prowadzą dalszą krucjatę przeciwko zwolennikom słodkich melodii i łatwo wpadających w ucho kawałków. Te elementy również dominują na całej płycie, która w istocie posiada spory groove dzięki wspomnianym wpływom doom czy sludge metalu, a samo słuchanie Everything Burns momentami przypomina ciężką przeprawę przez bagniste tereny.

Zespół gdzieś pod koniec lat ’90 wyruszył w trasę, ale niefortunnie kolejnej płyty nie wydał. Jednak niedawna reaktywacja daje nadzieję na to, że ten stan rzeczy się zmieni, liczę też na wznowienie Everything Burns (pobożne życzenie), bo ciężko go zdobyć na oryginalnym nośniku z tego co zauważyłem. Tak czy inaczej, myślę, że warto polować, bo to naprawdę dobra i zarazem zapomniana pozycja.

%d blogerów lubi to: