Archiwum dla thrash metal

Reborn in need of energy

Posted in Voivod with tags , , , on Marzec 22, 2012 by pandemon777

VOIVOD – PHOBOS (1997)

 

1. Catalepsy I

2. Rise

3. Mercury

4. Phobos

5. Bacteria

6. Temps Mort

7. The Tower

8. Quantum

9. Neutrino

10. Forlorn

11. Catalepsy II

12. M-Body

13. 21st Century Schizoid Man

Początek lat ’80, koniec okresu chwały punka, który począł się przekształcać w hardcore, wzrost popularności muzyki heavy metalowej, rodzący się powoli thrash metal, prężnie rozwijający się we wszelkich kierunkach industrial, jak i klimaty post-punka – dlaczego o tym wszystkim wspominam? Bowiem wszystkie wspomniane powyżej sceny muzyczne miały niebagatelny wpływ na styl i charakter Voivod, który po dziś dzień pozostaje zespołem na wskroś unikatowym, niepodrabialnym, a ich wpływu na muzykę również nie da się zanegować. No, ale zacznijmy od początku.

Założony w kanadyjskim mieście Quebec w 1982 roku, zespół w początkowej fazie swojej kariery hołdował głównie prymitywnemu (nie znaczy, że złemu) obliczu muzyki metalowej – zarówno War & Pain, jak i Rrroooaaarrr były skażone niemal w całości twórczością protoplastów gitarowej ekstremy w postaci Venom czy Discharge. Mimo, że były naszpikowane surowymi i dzikimi numerami, tak charakterystycznymi dla wczesnego thrashu, wyróżniały się tym, że panowie z Voivod jednak bardzo lubowali się w klimatach sci-fi, a same teksty też oscylowały wokół wizji przyszłości zagubionej w nuklearnych konfliktach i zgubnego rozwoju technologii, dzięki czemu ich muzyka zyskała bardziej kosmiczną atmosferę. Owe klimaty odrealnionych, kosmicznych wizji poczęły się uwydatniać z każdym kolejnym wydawnictwem, tak samo, jak i fascynacje rockiem progresywnym spod znaku King Crimson czy Pink Floyd, a sam zespół stał się „ojcem-założycielem” metalu progresywnego (zasługa niesłusznie przypisywana Dream Theater), stylu, który doprowadzili do perfekcji na swoim Nothingface, dla wielu fanów będącego ich opus magnum.

W ’93 roku, po odejściu wokalisty Snake’a, zespół zwerbował do składu Erica Forresta, który objął stanowisko „gardłowego” i basisty, a wraz z jego przybyciem nadeszły kolejne zmiany stylistyki w muzyce zespołu. Pierwszy album wydany w trzy-osobowym składzie („Piggy” – gitara; „Away” – perkusja; „E-Force” – wokal/bas), Negatron, musiał być nie lada szokiem – w końcu poprzedzające płyty Angel Rat i The Outer Limits ukazały dosyć przystępne i przebojowe oblicze zespołu, tutaj zaś panowie nie dość, że porzucił w sporej mierze progresywne wpływy, to dodatkowo nadali całości bardzo industrialny charakter, w wyniku czego powstał album strukturalnie prostszy, acz niebywale ciężki, duszny i wrzaskliwy (Eric Forrest spisał się naprawdę świetnie). Trzeba przyznać, że nowo obrany styl na Negatron dopiero raczkował, dwa lata później jednak skrystalizował się w pełni na Phobos. Album ten stanowi najbardziej ekstremalną pozycję w ich dyskografii i w sposób najbardziej dosłowny ukazuje treści, które Voivod przekazywał wzdłuż swojej kariery. Post-nuklearny świat zbombardowany głowicami na każdym zakątku planety, wszędobylne zarazy, nieuleczalne choroby, dopadające ludzkość deformacje organizmu i schorzenia umysłu, gruzy, zniszczenia i wszelkiego rodzaju napawające odrazą widoki – oto Phobos, ścieżka dźwiękowa do ludzkiej zagłady (pewnie właśnie dlatego tak bardzo lubię tę płytę). Panowie tutaj doprowadzili każdy aspekt swojego stylu do granic ekstremum – zrobotyzowane wokale Snake’a zostały zastąpione okrutnymi wrzaskami zdzierającego swoje struny głosowe Forresta, „Piggy” swoją charakterystyczną grą na gitarze serwuje hipnotyzujące dysharmoniczne riffy i odrealnione, atonalne melodie, a dynamikę albumu napędza „Away”swoimi potężnymi partiami bębnów. Wyraźnie słychać, że Voivod za jedną z głównych inspiracji obrał sobie Godflesh, bowiem Phobos, podobnie jak Streetcleaner, jest bardzo skupiony, zwarty, kładzie nacisk na „transowość” i stroni raczej od progresywnych kombinacji na rzecz powtarzalnych, wkręcających się motywów i w żadnym momencie nie jest nawet odrobinę chwytliwy. Posiada brudne, surowe i spowite w hałasie brzmienie, które i tak przy tym pozostaje bardzo selektywne i przestrzenne – kosmiczna otchłań jest tutaj niemalże namacalna. To monolit, który przez cały czas trwania konsekwentnie dostarcza dewastujących i pochłaniających zarazem dźwięków, wyniszczając resztki umysłowej trzeźwości słuchacza.

Może zostanę za to zbiczowany przez die-hard fanów Voivod, ale przyznaję szczerze, że era z Forrestem to jedyna era w ich karierze, która mnie obecnie kręci. Oczywiście w ramach wycieczki sentymentalnej sięgam na półkę po Dimension Hatross (mój ulubiony album z klasycznego Voivod), ale – nie umniejszając wartości innym wydawnictwom – to właśnie Phobos uważam za ich najwspanialsze dzieło, najbliższe mojemu gustowi, najbardziej gniewne i złowieszcze, pełne podskórnego napięcia i grozy wyczuwalnej w każdym dźwięku. Na pewno jest to album, który postawiłbym wysoko wśród ulubionych metalowych albumów. Szkoda, że zespół nie kontynuował już nigdy później tej ścieżki, jeszcze większa szkoda, że osiem lat po wydaniu Phobos zmarł na raka gitarzysta Denis „Piggy” D’Amour, który zasłużył na znacznie więcej uznania w metalowym świecie niż wielu osławionych, nie tylko metalowych, gitarzystów (z Johnem Petruccim na czele). Jego niepowtarzalna gra wciąż robi wrażenie, a tak umiejętne połączenie hałaśliwych i dzikich riffów Discharge z psychodelicznym i awangardowym stylem Roberta Frippa z King Crimson to naprawdę nie lada wyczyn, którego mało który gitarzysta dokonał w swojej karierze. Tym bardziej chylę czoła przed tym co stworzył.

Reklamy

Lord over creation

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Marzec 5, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – THE NEW BLACK [2006]

1. Decimator
2. You Suck
3. Anti Product
4. Monument
5. Wrong Side
6. Hope
7. Far Beyond Metal
8. Fucker
9. Almost Again
10. Polyphony
11. The New Black

Wydanym w 2006 roku albumem The New Black, Devin Townsend zamknął pewien rozdział swojej muzycznej wędrówki. Rozdział zatytułowany trzema prostymi słowami – Strapping Young Lad.

Każde dokonanie SYL było inne i nie inaczej jest z TNB. Oczywistym było, że Devin zmieni nieznacznie kierunek, w którym podąży muzyka zespołu, tym razem jednak zwrot nastąpił aż o 180 stopni. Nowej Czerni znacznie bliżej solowym dokonaniom Kanadyjczyka. Nie oznacza to, że jest to album pokroju Infninity, ale wydanym pod szyldem Strapping Young Lad. Nie, The New Black to raczej efekt starcia się dwóch przeciwstawnych, muzycznych światów. Z jednej strony szaleńcza agresja, wkurwienie na cały świat, ciężar oraz szczypta psychodelii, z drugiej zaś – progresywny charakter muzyki, melodie i pewnego rodzaju lekkość. Efekt takiego kolażu mógłby być albo gówniany, albo fenomenalny. Ja należę do tej grupy ludzi, którzy chwalą sobie i doceniają ten krążek.

Zderzenie się tych dwóch skrajności sprawiło, że narodziło się dziecko wyjątkowe. Po „progresywnym Devinie” na pewno odziedziczyło brzmienie, które jest bardzo czyste i klarowne oraz melodie i fakt, że muzyka stała się przystępniejsza. Z muzyki SYL pozostała agresja, opętańcze wokale (acz nie do końca) oraz metalowy charakter. W efekcie wyszedł album bardzo różnorodny. Już opener w postaci Decimator zaskakuje, a od strony muzycznej prezentuje się jako nie do końca „Strapingowy” utwór raczej skomponowany wg. przepisu „Devina solo”. Zdziwienie potęguje śpiewający (tak, to nie pomyłka) Mr. Townsend. Jednak niczym Dr. Jekyll i Mr. Hyde, Devin bez najmniejszych problemów zrywa maskę „operowego śpiewaka”, ukazując całkiem przeciwną osobowość. Tego typu momentów na płycie jest całkiem sporo, wystarczy posłuchać Anti Product, Monument, Hope czy Fucker. W tym ostatnim można nawet usłyszeć kobiece wokale. Po drugiej stronie muzycznej barykady stoją numery takie jak You Suck – czysty, stuprocentowy pierwiastek Strapping Young Lad, zamknięty w eksperymentalnej klatce o nazwie „The New Black”. Miota się i kipi złością, niczym dzieciak z ADHD zamknięty w celi. Do tej grupy na pewno wpisują się Wrong Side (jeden z lepszych numerów SYL; w ogóle zastanawia mnie jak Devin nie wypluł tutaj trzewi), czy znany od lat Far Beyond Metal. Ciekawy jest Almost Again, który brzmi, jakby został wyrwany z albumu Infinity – jedynie pędzące z prędkością światła refreny zdradzają, że aktualnie słuchamy Strapping Young Lad. The New Black kończy potężny, mocno thrashowy i utrzymany w średnim tempie utwór tytułowy, poprzedzony akustyczną miniaturką w postaci Polyphony.

The New Black to album, który nie każdemu przypadnie do gustu, jednak moim skromnym zdaniem jest jak najbardziej wart poznania. Wszak to kolejne dokonanie Szalonego Kanadyjczyka, obok którego nie przechodzi się obojętnie.

 

I’ll wait for the night to come

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Luty 29, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – ALIEN [2005]

1. Imperial
2. Skeksis
3. Shitstorm
4. Love?
5. Shine
6. We Ride
7. Possessions
8. Two Weeks
9. Thalamus
10. Zen
11. Info Dump

WE HAVE RETURNED

Rok 2005 przyniósł jedną z moich ulubionych płyt z tzw. „ciężką muzyką”. Jest to również album, od którego zacząłem swoją przygodę z muzyką Devina Townsenda. Mowa o Alien.

For tonight…WE RIDE!!!!

Kolejna płyta Strapping Young Lad przynosi kolejne zmiany; kierunek -> kosmos. Tym razem Devin zabiera nas na wycieczkę do zupełnie innego świata. Świata, w którym jego muzyka jest jeszcze cięższa i jeszcze intensywniejsza. Natężenie dźwięków na centymetr kwadratowy płyty przekracza wszelkie normy. Tak intensywnie jeszcze nie było. Mimo kilku spokojniejszych fragmentów, ten album jest jednolitym, ociężałym blokiem, którego gęstość i ciężar przygniata wszystko inne. Miażdżące kości riffy, wijący się gdzieś pod stopami bass i przepotężne bębny Gene’a Hoglana sprawiają, że Alien to nacierająca ściana dźwięku. Do tego dochodzą fenomenalne wokale Devina Townsenda, który na tym albumie przeszedł chyba samego siebie, a jego opętańcze wrzaski oraz nagromadzenie różnorodnych wokaliz (w tym dziecięce chórki) w pewnych fragmentach, dodają tej płycie szczyptę psychodelik, może nawet schizofrenii. Niezależnie od swojej spójności i jednorodności, za tym zwartym murem muzyki kryje się całkiem zróżnicowany materiał, który wraz z kolejnymi przesłuchaniami staje się coraz bardziej klarowny i przejrzysty.

PUT IT IN GEAR MOTHERFUCKER!!!!!

Zdecydowaną większość płyty stanowi potężny, niszcząca obiekty i miażdżąca kości zawartość. Już rozpoczynający Imperial doskonale wprowadza w klimat albumu, posyła w kosmos i dodaje niewyobrażalną dawkę energii, który kipi z tej muzyki. Imperial brzmi, jakby wkurwienie miało go rozerwać od środka, miota się niczym niepoczytalny człowiek w szaleńczym amoku. Skeksis czy Shitstorm nie dają ani chwili wytchnienia – obydwa skutecznie sprawiają, że słuchając ich, czuję się, jakbym siedział przy silniku odrzutowym od strony wylotowej. Za to Love?, to zupełnie inna para kaloszy, bez wątpienia jeden z najlepszych numerów autorstwa Devina Townsenda. Prawdziwy kolaż nastrojów: od spokojnych poczynając (momentami wręcz melancholijnych, głównie za sprawą śpiewu), a na prawdziwym szaleństwie i wkurwieniu na cały świat kończąc. Zawsze jak słucham Alien, to Love? musi przejść kilka(naście) razy, abym zaczął słuchać dalej. O ile Shine raczej z wolna przetacza się po słuchaczu, o tyle We Ride pędzi na złamanie karku, by w ciągu dwóch i pół minut dokonać wszelakich zniszczeń. Ten album naprawdę nie bierze jeńców. Podobnie jak Shine, Possessions przewala się z wolna, kontrastując nie tylko ze swoim poprzednikiem, ale i z Two Weeks, akustyczną miniaturką (w skali całego albumu), która na moment przenosi słuchacza w zupełnie inny świat, spokojny i pozbawiony trosk. Gdyby w tym momencie wieńczyć dzieło, Thalamus wzorem City i SYL, kończyłby krążek w podniosłym, majestatycznym stylu. Jednak Zen w barbarzyński sposób, prosto i konkretnie sprowadza na ziemię i niczym dziesięciotonowy walec rozgniata słuchacza i zrównuje go z podłożem. Ostatni na płycie, Info Dump, to dwunastominutowa, ambientowo-noise’owa kompozycja, która brzmi niczym ostatni sygnał wieńczący żywot zepsutego do cna świata 😉

ALL HAIL!!!

Słowem zakończenia – szukać i słuchać, bo naprawdę warto. Strapping Young Lad tym albumem ponownie pokazali jak powinno się grać metal.

 

And we’ll find a way… force fed to the world

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , on Luty 26, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – SYL [2003]

1. Dire
2. Consequence
3. Relentless
4. Rape Song
5. Aftermath
6. Devour
7. Last Minute
8. Force Fed
9. Dirt Pride
10. Bring on the Young

Od czasu, kiedy Devin Townsend ze swoją ekipą wydał City, minęło 6 długich lat. Jednak Szalony Kanadyjczyk wcale nie próżnował; przez ten czas wyszły takie wspaniałe albumy, jak: Infinity, Physicist (któremu bardzo blisko do SYL) czy genialna Terria. Co prawda pod szyldem Strapping Young Lad ukazał się album koncertowy oraz epka, ale to nie to, co tygryski lubią najbardziej. Na szczęście, 11 lutego ukazał się nowy album zatytułowany po prostu SYL.

Rape is just cause for murdering 

Powiedzmy sobie szczerze, taki krążek jak City nagrywa się raz w życiu, ale(!) – chwała wszelkim bogom – Devin wiedział o tym i nagrał album inny, ale nadal mieszczący się w ramach stylistyki, jaka charakteryzowała zespół. SYL to płyta zdecydowanie prostsza i powiedziałbym, że przyziemniejsza niż wspomniane City. Nie znaczy to, że jest zła. O ile City to była potężna machina siejąca zniszczenie na swojej drodze, o tyle SYL jest niczym bójka w ciemnym zaułku (na dużą skalę) – na swój masochistyczny sposób piękna. Ten album aż kipi prymitywną energią i agresją. Począwszy od wzniosłego wstępu w postaci Dire, który zgrabnie przechodzi w Consequence, zespół „gwałci” słuchacza za pomocą dźwięków przez najbliższe kilka minut. Wraz z Relentless i Rape Song poziom natężenia dźwięków i agresji rośnie sprawiając, że czujemy się jak student europeistyki pobity przez miastowych tubylców w czteropaskowych strojach ludowych. Nie pomaga tu nawet spokojniejszy Aftermath, bowiem bujający Devour znów sprowadza boleśnie na ziemię i kopie po ryju. Podobnie pędzący Last Minute, przepotężny Force Fed (chyba mój faworyt) czy krótki acz konkretny Dirt Pride. Na osobne zdanie zasługuje wieńczący Bring On The Young – spokojny, mroczny, który nagle i w najmniej oczekiwanym momencie wyjawia swoje prawdziwe, drapieżne oblicze. Do tego dochodzą wspaniałe klawisze na końcu, portal do innego świata – miazga.

I see devastation and I’m ready to BURN! 

Jednak na tej płycie najbardziej urzekają mnie wokale – to co Devin robi ze swoim głosem to mistrzostwo świata. Z niebywałą łatwością „przerabia” całą skalę wokaliz, jakie może wydać z siebie człowiek. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Devin przechodzi ze spokojnych, melancholijnych wręcz wokaliz do krzyków, growlów, skrzeków. Do dziś mnie to zadziwia i uważam go za jednego z lepszych wokalistów.

The machine, machine that burns for war 

Mimo tego, że SYL nie jest uważany za najlepszy album Devina & co, to jest to najbardziej mroczny i stąpający po ziemi krążek – jest to krótki (39 minut), ale konkretny pocisk, który nie każdemu przypadnie do gustu (brak solówek robi swoje), ale jak najbardziej wart słuchania. Na dziś to tyle, niedługo Alien a następnie The New Black i możliwe że debiut 😉

 

Metal for life

Posted in Painmuseum with tags , , , on Luty 25, 2012 by kubeusz

PAINMUSEUM – METAL FOR LIFE [2005]

1.The Divine Birth of Tragedy
2.Speak The Name
3.Hosanna Hosanna
4.Words Kill Everything
5.American Metalhead
6.Dogs In A Cage
7.Live And Die
8.Burn Flesh Burn
9.PainmuseuM (Metal For Life)
10.Bloody Wings
11.I Am Your Keeper
12.Scars In Black

To już 7 lat, od momentu wydania Metal For Life, projektu o nazwie Painmuseum. 7 lat, a o nowym albumie ani widu ani słychu 😦

A czym jest ten cały Painmuseum? Jest to projekt muzyków takich jak: Metal Mike Chlaściak (gitary), Bobby Jarzombek (bębny), Steve DiGiorgio (bass), oraz Tim Clayborne (wokale). Kilka (mianowicie dwa) nazwisk brzmiących bardzo swojsko (udzielali się między innymi u Halforda solo), DiGiorgio, który grał na basie w tylu zespołach, że łatwiej wymienić w czym nie grał, oraz chyba nieznany szerzej wokalista. Trzeba przyznać, że skład całkiem, całkiem. Czy taki zespół, mógłby nagrać słabą płytę? Owszem, ale nie tym razem 😉

Czym jest Painmuseum od strony muzycznej? Jest to 100% metal, metalowe tu jest wszystko, począwszy od okładki, przez tytuł (Metal For Life), muzyków (METAL Mike Chlaściak) a co najważniejsze, na muzycznej zawartości kończąc. Ale skupmy się na muzyce, czy Metal For Life jest warte słuchania? Jak najbardziej. To rewelacyjna mieszanka heavy, thrashu i deathu na naprawdę wysokim poziomie. Co za tym idzie, jest bardzo zróżnicowanie. Obok ociężałych walców jak American Metalhead czy Live And Die (jeden z najlepszych na płycie), mamy takie pędzące petardy Speak The Name, Dogs In A Cage czy I Am Your Keeper. Niekiedy jest nieco przebojowo wręcz (Burn Flesh Burn oraz Bloody Wings). Ciekawy jest również bonusowy (niby japan bonus, ale kupiłem płytę w kraju i też był) Scars In Black, jeden z najlepszych na płycie.

Metal For Life, mimo nowoczesnej produkcji, zakorzeniony jest w duchu klasycznego metalowego grzańska, Mike Chlaściak wycina bardzo fajne riffy i jeszcze fajniejsze solówki. Sekcja rytmiczna nie zostaje w tyle i ani myśli dawać dupy. Na osobne słowa pochwały zasługuje Tim Clayborne, nie rozumiem jak ten człowiek nie jest do teraz rozpoznawalny. Jego wokale są bardzo zróżnicowane, czasem śpiewa czysto, czasem growluje, wydziera się, a na dodatek wydaje z siebie black metalowe skrzeki rodem z najgęstszych lasów położonych najbardziej na północ.

To wszystko razem daje wybuchową mieszankę, której niczego nie brakuje. Metal For Life słucha się naprawdę przyjemnie, jest tu wszystko to co powinno się znaleźć na rasowym, metalowym albumie: zajebiste riffy, miodne solówki, sekcja rytmiczna daje czadu, a wokalista nie okazuje się być miękką pizdą tylko krzykaczem z krwi i kości. Więc jeśli znajdziecie gdzieś w sklepie Painmuseum, bierzcie w ciemno.

 

The Sadist

Posted in Korzus with tags , on Luty 18, 2012 by fiodur

KORZUS – TIES OF BLOOD (2004)

 01. Guilty Silence
02. Respect
03. What Are You Looking For
04. Screaming for Death
05. Never Get Me Down
06. Punisher
07. Evil Sight
08. Correria
09. Cruelty
10. Ties of Blood
11. It Wasn’t Me
12. Sadist
13. Who’s Going to Be the Next
14. Peça Perdão

Korzus to brazylijska thrash metalowa grupa założona w Sao Paulo w 1983r. Jest jednym z najważniejszych zespołów sceny brazylijskiej obok Sepultury i Sarcófago. Na pierwszym albumie słychać wpływy Dark Angela, na następnych albumach styl nieco uległ zmianie w stronę brzmień z Bay Area. Korzus gra bardzo prostą lecz zapadającą w ucho muzykę, w większości utworów nie ma solówek.

Ties of Blood to ich piąty studyjny album. Riffy na tym albumie często przypominają riffy Garego Holta zarówno w brzmieniu jak i technice gry. Album jest przesycony ogromną ilością riffów, które sprawiają, że mimo aż 14 kawałków przy przesłuchiwaniu całego albumu nie czułem się znużony. Co do wokalu to momentami przypomina on Maxa Cavalerę. Nie ma tu żadnych przyśpiewek. Po prostu przysłowiowe darcie ryja. Surowy, głęboki głos Marcello Pompeu idealnie pasuje do gry całego zespołu. Na albumie znajdują się także dwie piosenki zaśpiewane w rodowitym języku zespołu, czyli Correria i Peça Perdão.  Chciałbym jeszcze wspomnieć o basiście, którego nie słychać chyba w ani jednym momencie na albumie, nawet nie jestem pewien czy potrafi grać na basie, jednak jego epicka morda poprawia kiepski jak dla mnie image całego zespołu. Chciałbym kiedyś znaleźć się na koncercie tego bandu, energia zawarta w nim nie pozwala stać w miejscu. Podwójna stopa chodzi prawie ciągle nadając piekielne tempo każdemu kawałkowi. Koncertowo ten album miażdży, chciałbym kiedyś usłyszeć na żywo chociażby takie kawałki jak Respect czy Who’s going to be next.  

Korzus to bardzo solidne thrash metalowe łojenie. Moge zagwarantować, że spodoba się fanom Sepultury (oczywiście tej do 1996, bo później Sepultura już nie istnieje). Z repertuaru tego zespołu polecam jeszcze Mass Ilussion oraz KZS.

Twisted Cross

Posted in Anacrusis with tags , on Luty 13, 2012 by fiodur

ANACRUSIS – SUFFERING HOUR (1988)

01. Present Tense

02. Imprisoned

03. R.O.T.

04. Butchers Block

05. A World To Gain

06. Frigid Bitch

07. Fighting Evil

08. Twisted Cross

09. Annihilation Complete

10. N.I.B.

Sam zespół został założony w St. Louis w 1986r. i działał nieprzerwanie do 1993r. Po wydaniu ostatniego krążka zespół nawet nie wyruszył już na trasę promującą. Jednak w 2009r. panowie z Anacrusis postanowili powrócić na scenę i grać koncerty. W 2010r. wyszedł digipack z Suffering Hour i Reason i w tym samym roku zespół postanowił nagrać nowy materiał, niestety na razie opublikowany został jedynie jeden singiel This Killer In My House .

Suffering Hour to genialny debiut thrasherow z Missouri. Jest to jedna z moich ulubionych płyt już od dłuższego czasu. Zespół wykonuje połączenie technical i progressive thrash metalu na bardzo wysokim poziomie. Styl ciężko porównać do jakichkolwiek zespołów, instrumentalnie może przypominać momentami Forbidden jednak gitary mają więcej ‚piasku niż mięsa’ i są nieco szybsze. Wokal Kenna Nardiego to zupełnie coś awangardowego. Śpiewa czysto lub mówi, by za chwilę wykrzyczeć w stylu Chucka Schuldinera kolejne wersy utworu. Bas jest kiepsko widoczny, czasami można usłyszeć przebicia lecz nie na tym opiera się muzyka tego zespołu, chociaż technicznie basista na pewno nie odbiega od reszty zespołu. Główną rolę pełni gitara. Mimo, że piosenki są bardzo długie, często z trochę jak dla mnie przedłużającymi się intrami, to zupełnie nie są nudne. Riffy Heidbredera co chwilę się zmieniają i tworzy to bardzo przyjemny materiał do słuchania. Utwory raczej w swoim charakterze nie są do skakania w pogo. Momentami nawet bywają mroczne co nawet wydaje się oczywiste patrząc na okładkę. Nastrój tworzą chorusy często używane przy wokalu i gitarach. Na krążku znalazł się także cover Black Sabbath. Zagrany sporo szybciej i inaczej od oryginału. Riff i tekst jest oczywiście taki sam, ale ani troche nie przypomina nagrania BS. Swoją drogą jest to chyba ‘najweselszy’ kawałek z całej płyty. Jako reprezentanta wybrałbym Imprisoned. Nie będę opisywał kawałków po kolei, bo sam uważam takie recenzje za nudne, zresztą każdy który przesłucha tej płyty we własnym sumieniu oceni jej zawartość.

Jak już wcześniej wspomniałem styl tego zespołu jest zdecydowanie niepodrabialny, ciężko wychwycić czym inspirowali się muzycy nagrywając ten album. Może to dlatego wydaje się taki świeży? Jak dla mnie w thrashu właśnie liczy się świeżość, a nie odgrzewane kotlety zespołów, których nazw nie będę przytaczać. Opisywana płyta w mojej opinii jest najlepszą w całym dorobku kapeli, następne płyty coraz bardziej zmierzają w kierunku progresywy, więc jeżeli ktoś siedzi w tym podgatunku to polecam zwłaszcza Screams and Whispers, ostatni studyjny album Anacrusis. Bardzo żałuję, że ta grupa jest tak mało znana. Gorąco polecam.

%d blogerów lubi to: