Archiwum dla gothic rock

I don’t want your fucking god, I don’t need your fucking god

Posted in Christian Death with tags , , on Marzec 24, 2012 by pandemon777

CHRISTIAN DEATH – PORNOGRAPHIC MESSIAH (1998)

 

1. The Great Deception – Part A: The Dissention Of Faith

2. The Great Deception – Part B: The Corruption Of Innocence

3. The Great Deception – Part C: The Origin Of Man

4. The Great Deception – Part D: The Lie Behind The Truth

5. The Millenium Unwinds

6. Weave My Spell

7. Washing Machine

8. Sex Dwarf

9. Does It Hurt

10. The Obscene Kiss

11. Out Of Control

12. Cave Of The Unborn

13. Die With You

14. She Never Woke Up

15. Pillars Of Osiris

16. Spontaneous Human Detonation

17. The 9 Is A 6 (Bonus)

Główną „siedzibą” rocka gotyckiego jest bez wątpienia Wielka Brytania – tam narodził się ten niegdyś wspaniały gatunek i stamtąd też pochodzą najbardziej znaczące dla jego rozwoju formacje jak Bauhaus, The Sisters Of Mercy, Siouxsie And The Banshees, Fields Of The Nephilim i wielu innych. Jednak za oceanem, na kontynencie Ameryki Północnej też pojawiło się kilku wspaniałych piewców mroku, a najlepszym tego przykładem jest właśnie Christian Death – zespół, którego historia jest nieco zagmatwana i spowita w tajemniczości, m.in. ze względu na samą postać jego ex-lidera Rozza Williamsa, który popełnił samobójstwo pierwszego dnia kwietnia w 1998 roku, czyli w roku wydania Pornographic Messiah właśnie.

Christian Death powstał w Kalifornijskim mieście Los Angeles, miejscem, które kojarzy się głównie ze słoneczną atmosferą, hedonizmem, celebracją życiowej radości, jednak członkowie formacji postanowili zaprowadzić tam nieco mroku, tworząc muzykę, która mogłaby posłużyć za ścieżkę dźwiękową końca świata, aniżeli do imprez młodych ludzi. Zagmatwanie w zespole pojawiło się wraz z opuszczeniem jego szeregów przez lidera Rozza Williamsa po wydaniu Ashes, kiedy to stery przejął Valor Kand, na poprzedniczce pełniący funkcję jedynie gitarzysty, kontynuując działalność Christian Death i poszukując coraz to nowszych środków przekazu. Kiedy Kand nagrywał kolejne udane albumy, Rozz Williams w międzyczasie założył „sąsiadujący” Christian Death wraz z żoną Eva O, jednak to Kand wygrał proces o oryginalną nazwę, toteż były lider musiał swoją wersję przemianować na Christian Death featuring Rozz Williams.

Obie wersje kroczyły swoją ścieżką, jednak wydaje mi się, że Kand w ciekawszy sposób rozwinął karierę zespołu, wciąż szperając w nowych gatunkach, dzięki czemu bogactwo stylistyczne w dyskografii jego wersji Christian Death jest bardzo pokaźne. Pornographic Messiah jest wydawnictwem, które najbardziej mnie pochłonęło, będąc ukłonem w stronę industrial rocka, aczkolwiek ukazanego w jedynej w swoim rodzaju formie. Na pewno słychać echa Antichrist Superstar Marilyn Manson (który swoją drogą zawdzięcza im w dużej mierze swój wizerunek, a i muzyczne inspiracje też da się wychwycić) czy też nawet debiutu Rob Zombie, z tym, że w znacznie bardziej obskurnej, prymitywnej i surowej wersji. Brzmienie po same brzegi wypełnione jest brudem, numery są bardzo ascetyczne, sprowadzone do najprostszej struktury, obdarte z wszelkich „upiększeń”, a za każdym rogiem czają się kolejne herezje, grzechy ukryte pod sutanną księży, perwersje seksualne, nieposkromione rządzę, ikonoklazm, dzicz, kuszenie i namawianie do łamania boskich praw. Pornographic Messiah, jak sugeruje już sam tytuł, ocieka erotyzmem, to diabeł, który wdarł się pod przykrywką świętości do seminariów i kościołów niczym wilk w przebraniu owcy, który począł szerzyć zarazę, dokonując zepsucia, wzbudzając w grzecznych, dążących do świętości osobnikach zwierzęce żądze, głęboko uśpione w ich podświadomości, instynkty, nad którymi nie potrafią zapanować, tym samym rzucając się w otchłań grzechu. To jeden z tych albumów, który wyzwala poczucie spełnienia, zerwania kajdan i błogosławienia swojej prawdziwej ukrytej natury. Wstrzemięźliwość przekształca się w pociąg seksualny, życiowa asceza zostaje zastąpiona chęcią celebracji, a bóg, któremu poświęciło się żywot staje się nagle zwykłym wytworem ludzkiej imaginacji, zaś prawdziwe wyższe siły wydają się znajdować po całkowicie przeciwległym biegunie. Środki wyrazu zostały tutaj odpowiednio dobrane, toteż znajdziemy tu na przemian dynamiczne, niemal rock’n’rollowe kawałki, kontrastujące z powolnymi i dyskretnymi utworami, których siła przekazu i działania na wyobraźnię wcale nie ustępuje reszcie. Jeśli miałbym wymienić faworytów to pewnie wskazałbym The Lie Behind The Truth czy Weave My Spell, które najmocniej przywodzą mi na myśl dokonania wspomnianego Rob Zombie i są też, moim zdaniem, największymi przebojami na Pornographic Messiah. Znajdziemy tu też cover znanego w latach ’80 Soft Cell – Sex Dwarf i chyba nie muszę tłumaczyć, że różnica w stosunku do oryginału jest co najmniej… duża?

Ogólnie ten album to, jak już wspominałem, moja ulubiona pozycja w dyskografii zespołu. Fani Williamsa często jednak sceptycznie patrzą na Christian Death dowodzony przez Kanda, ja jednak jestem skłonny stwierdzić, że z rolą lidera poradził sobie niemal bezbłędnie i szczerze powiedziawszy to płyty, na których on właśnie dowodzi odpowiadają mi bardziej niż te z Williamsem (przy czym zaznaczam, że Ashes, jaki pozostałe wydawnictwa cenię sobie bardzo wysoko). Zahaczę też o kwestię kontrowersyjności zespołu – faktem jest, że zarówno Williams, jak i Kand od zawsze lubowali się we wbijaniu przysłowiowego kija w mrowisko, jednak nie ma mowy o tanim prowokowaniu, dla samej prowokacji, bowiem sam Kand twierdzi, że głównym celem Christian Death jest zachęcenie ludzi do postrzegania rzeczywistości z różnych perspektyw, uwolnienie od schematycznych toków myślenia i ukazanie innego obrazu poruszanych kwestii, w tym wypadku ludzkiej natury, religii, etc. Robi to w sposób, który w konserwatywnym chrześcijaninie wywoła chęć wyruszenia na krucjatę, ale bądźmy szczerzy, takie dobitne środki są znacznie lepsze. W końcu aby człowiek zaczął słuchać nie wystarczy już poklepać go po ramieniu, trzeba go uderzyć młotem kowalskim w głowę, nawiązując do Johna Doe z filmu Se7en. No, to by było na tyle, miłego słuchania.

It’s never gonna’ be the same again

Posted in Rubicon with tags , , on Luty 21, 2012 by pandemon777

RUBICON – WHAT STARTS, ENDS (1992)

1. Before My Eyes

2. Crazed

3. Watch Without Pain

4. Brave Hearts

5. Killing Time

6. Inside Your Head

7. Unspoken

8. Hard For You

9. Rivers

10. What Starts, Ends

What starts, ends – stwierdzenie oczywiste, banalne, które rozumie się samo przez się. Jednak w tym wypadku, w kontekście przeszłości członków zespołu nabiera nowego znaczenia. Fields Of The Nephilim po wydaniu kilku pięknych płyt i pozostawiając po sobie wiele pięknych wspomnień, zakończył działalność. Ich rozdział dobiegł końca i nadszedł czas na rozpoczęcie nowego. Ów nowy rozdział rozdzielił się, że tak to ujmę, na dwa fronty – z jednej strony The Nefilim, dowodzony przez Carla McCoya, z drugiej strony Rubicon, założony przez pozostałych członków Fields Of The Nephilim. Recenzję poświęcam debiutanckiej płycie tych drugich właśnie. Czy dorównali dokonaniom macierzystego zespołu nie mając na pokładzie charyzmatycznego lidera i jedynego w swoim rodzaju wokalistę, jak i konceptualistę? Na taką opinię bym się nie zdobył, tzn. przynajmniej nie w przypadku zestawienia What Starts, Ends z ostatnim dokonaniem nagranym pod Nephilimowym szyldem, ale przyznać muszę, że panowie Pettitt, Yates i bracia Wright wraz z wokalistą Andym Delanym nagrali płytę świetną, która na „otarcie łez” jest w sam raz.

Na pewno czuć w jakimś stopniu ducha Elizium, czuć, że przyłożyli do tego ręce Ci sami ludzie, jednocześnie jednak też czuć, że Rubicon pretendował do miana czegoś bardziej znaczącego i nie chciał być zwykłą pozostałością po Fieldsach i odciętym kuponem od minionej chwały. Spekulacje na temat tego jakby brzmiał ten album, gdyby za mikrofonem stanął McCoy pewnie wielu fanom spędził sen z powiek, ja jednak posunę się do stwierdzenia, że jego głos mógłby się tutaj nie do końca wpasować. Chociaż może zmieniłbym zdanie, gdybym faktycznie go usłyszał w tych nagraniach, ale niestety już nie usłyszę, więc jednak odstawię na bok dywagacje. Chociaż Andy’emu Delany’emu trochę do McCoy’a brakuje, to mimo wszystko zasługuje na spore wyróżnienie, bo dysponuje wspaniałym głosem, równie zachrypniętym co… uroczym. W momentach największego napięcia emocjonalnego utworów, potrafi wydobyć z siebie tak piękne, pełne pasji i dramatycznej ekspresji zaśpiewy, że nie sposób się o nim krytycznie wyrazić, naprawdę. Po prostu przy takim głosie ciężko poczuć zobojętnienie, za dużo tu autentyzmu i silnie wyrażonego smutku. Także jeśli ktoś znając Fields Of The Nephilim, jakimś cudem nie miał styczności z Rubicon i czuje pewne obiekcje z powodu innego wokalisty, to mówię od razu – jego wokale są fantastyczne, bez dwóch zdań. A co z samą muzyką? Jest nieco inna, tzn. dalej można ją określić mianem klimatycznej, nostalgicznej, refleksyjnej, chociaż niekoniecznie gotyckiej w pierwotnym tego słowa znaczeniu. Nie powiedziałbym, że jest tak do końca pogodniejsza niż muzyka, którą panowie tworzyli jeszcze jako Fields Of The Nephilim, bo mamy tu całe pokłady smutku i wzruszających momentów, ale faktem jest, że What Starts, Ends operuje jakby cieplejszymi barwami. Zaniknął zarówno okultyzm, jak i rytualny charakter, nie ma się wrażenia, że uczestniczy się w świętej ceremonii pod osłoną nocy i w blasku pełni księżyca. Tutaj – bardziej obrazowo przedstawiając sprawę – niebo się rozjaśniło, demony z opowieści Lovercrafta schowały się w swoich norach, robiąc miejsce dla historii zupełnie innej niż tę, którą by najprawdopodobniej McCoy opowiedział. Ale mimo to została wciąż zachowana pewna głębia, podobne środki wyrazu i klimatyczny charakter, z tym, że te wszystkie rzeczy tworzą inne tło, bardziej adekwatne do „życiowej” opowieści. Numery są bardziej przebojowe i skomponowane na bardziej rockową modłę, wciąż przywołując na myśl A Momentary Lapse Of Reason Pink Floyd, z tym, że w znacznie bardziej dosłowny sposób niż czyni to Elizium. Aczkolwiek o kopii nie ma mowy, bo chociaż tę płytę Floydów bardzo lubię, to jednak debiut Rubicon posiada to „coś” co powoduje, że sięgam po niego nieporównywalnie częściej. Niektóre utwory wręcz ścinają mnie z nóg, Crazed choć z początku niewinnie i delikatnie brzmiący, potrafi na koniec wbić w podłogę siłą emocji, podobnie jak następujący po nim równie smutny Watch Without Pain. Acz wśród moich największych faworytów znajdują się dwa numery – Unspoken i Rivers. Ten ostatni chyba najmocniej przywołuje klimat z Elizium, może dlatego, że jest po prostu najbardziej dostojnym i wzniosłym kawałkiem spośród wszystkich. Jego zakończenie, kiedy Andy Delany wspina się na wyżyny swoich wokalnych umiejętności, wprawia mnie w stan autentycznego poruszenia i swoistego natchnienia zarazem. Jestem skłonny stwierdzić, że to najbardziej dramatyczny i wzruszający moment na całym What Starts, Ends, który takimi momentami, bądź co bądź jest w dużej mierze wypełniony (pomijając co bardziej dynamiczne numery i instrumentalne galopady, które pojawiają się tu i ówdzie wzdłuż płyty). Na sam koniec dostajemy utwór tytułowy, który jest z kolei najbardziej ascetycznym i oszczędnym w formie utworem, niemniej jednak pod względem siły wyrażonych emocji nie ustępuje reszcie. Jest najzwyczajniej w świecie piękny w swej prostocie.

No i tak dobiegliśmy do końca recenzji. Rubicon parę lat później nagrał jeszcze jedną płytę, Room 101, z którą nie miałem okazji się zapoznać w całości, jednak pamiętam, że czułem ogromne rozczarowanie kiedy zobaczyłem teledysk do utworu Insatiable. Zarówno wizualnie, jak i muzycznie nie miało to nic wspólnego z tym, czym Rubicon mnie zachwycił na pierwszej płycie. Faktem jest, że What Starts, Ends musiałem dać trochę czasu aby oswoić się z jego odmiennością, ale czułem w tej muzyce potencjał, w przypadku singla z Room 101 już niezbyt. No cóż… Tak czy inaczej What Starts, Ends moim zdaniem jest świetną pozycją, skandalicznie wręcz pomijaną wśród najlepszych dokonań około-nephilimowych, która bije na głowę oblicze Fields Of The Nephilim od czasów jego reaktywacji, nie wspominając już o projektach jak Last Rites czy N.F.D. Dlatego tym bardziej czuję się zobowiązany do wydobycia jej spod warstwy kurzu i rozreklamowania.

Last Exit For The Lost

Posted in Fields Of The Nephilim with tags , , , , on Luty 20, 2012 by pandemon777

FIELDS OF THE NEPHILIM – EARTH INFERNO (1991)

 

1. (Dead But Dreaming) / For Her Light / At The Gates Of Silent Memory / (Paradise Regained)

2. Moonchild

3. Submission

4. Preacher Man

5. Love Under Will

6. Sumerland

7. Last Exit For The Lost

8. Psychonaut

9. Dawnrazor

Przy okazji pracy nad Elizium, zaczęła w zespole narastać coraz bardziej nieprzyjazna atmosfera. Carl McCoy nie mógł się dogadać z pozostałymi członkami, w wyniku czego konflikty, kłótnie i coraz większa wrogość wewnątrz Fields Of The Nephilim stała się standardem, toteż trasa Sumerland, promująca Elizium stała się trasą pożegnalną, zapowiadającą nieunikniony w zasadzie rozpad zespołu, który nastąpił niedługo później.

Earth Inferno jest albumem koncertowym stanowiącym zapis występów z trzech różnych miejsc, w których Nephilimowie zagościli ze swoją muzyczną celebracją – Wolverhampton Civic Centre, Hamburg Sportshalle i kultowym wręcz Brixton Academy (swoją drogą DVD Visionary Heads zostało również nagrane i nakręcone w tym miejscu, podobnie jak DVD The Prodigy Their Law oraz koncertowy album Faith No More i inne), aczkolwiek słuchając albumu w ogóle się tego nie odczuwa, całość brzmi jak jeden, spójny koncert. Genialny koncert, dodajmy.

Jednym z największych plusów Earth Inferno jest fakt, że została na nim zawarta znacząca większość utworów z boskiego Elizium (pomijając dwie ostatnie ballady, niestety), i żeby tego mało było, to numery zostały nieco przearanżowane i zagrane z imponującym rozmachem. For Her Light czy Paradise Regained zyskały jeszcze bardziej na dynamice, a na Sumerland (który bardziej przypomina tu Dreamed Version z singla) już nawet brak mi słów – intensywność emocji, które zostają wyzwolone w tej „podkręconej” wersji, dosłownie paraliżuje, i bynajmniej nie jest to pustosłowie z mojej strony. Również Submission w swoich rozszalałych fragmentach podnosi ciśnienie i adrenalinę i jak to bywa w przypadku Nephilimów, słuchacz znajduje się w głębokiej hipnozie, z rozwartymi oczyma i szczęką rozbitą na podłodze (zaznaczam, że zazwyczaj nie stosuję tego typu określeń, ale w tym wypadku nie potrafię inaczej). At The Gates Of Silent Memory z kolei zachowuje w pełni swój dramatyzm, i tak samo jak w przypadku studyjnego wykonania potrafi doprowadzić do wylewu łez wzruszenia i ukojenia duszy. Piękno tego utworu nie zostało naruszone, a wręcz jeszcze bardziej wyeksponowane. Pomiędzy kompozycjami z Elizium również znalazło się miejsce dla westernowo-okultystycznych hitów, bez których nie obyłoby się na koncercie Fields Of The Nephilim, toteż po zakończeniu Paradise Regained, dostajemy Moonchild (jeden z evergreenów zespołu), zaś po zakończeniu Submission, do rytualnego tańca porywa Preacher Man, a później mistyczny urok rzuca Love Under Will.

 Sweet dreams my angel

At last goodbye
Sweet dreams…

Kiedy ostatnie słowa tego pięknego utworu wybrzmią, czeka nas jeden z najbardziej rozkładających na łopatki momentów w historii muzyki. Potocznie mówi się na to combo-breaker, i tutaj te określenie pasuje jak ulał. Love Under Will na The Nephilim co prawda stanowił wstęp do Last Exit For The Lost, ale tutaj zespół postanowił rozbudować głównie danie koncertu. Po sobie następują trzy najbardziej majestatyczne, najbardziej monumentalne i dostojne kompozycje Fields Of The Nephilim – Sumerland, Last Exit For The Lost i Psychonaut. O samym Sumerland już wspomniałem wcześniej, mówiąc, że brak mi słów na to się dzieje w trakcie jego trwania i nie przesadziłem ani trochę, ale jednak… muszę przyznać, że tutaj palma pierwszeństwa należy się Last Exit For The Lost. Ten utwór, w tym wykonaniu, to zdecydowanie naj-pię-knie-jsza kompozycja jaką dane mi było słyszeć. To po prostu klamra, która spina wszystkie moje preferencje muzyczne w nieco ponad dziesięciu minutach. W wersji studyjnej z The Nephilim oczywiście brzmiała również pięknie, tego się nie da ukryć, ale była bardziej sielankowa, że tak to ujmę, mniej intensywna, nie tak tajemnicza. Po prostu kreowała nieco inny nastrój. Za to sposób w jaki tutaj ten utwór został przearanżowany i wykonany doprowadza mnie do licznych, niekontrolowanych ejakulacji. Pamiętam jego pierwsze przesłuchania – i z ręką na sercu mogę przyznać, że żaden inny zespół ze swoją muzyką nie wywołał u mnie tak potężnej ekstazy. Ten utwór posiada jakby własną fabułę, przez pierwsze sześć minut powoli i zmysłowo, uwodzicielsko niemal, snując się, opowiada tajemniczą historię, stopniowo, nienachalnie dokładając kolejną cegłę do napięcia. Nie potrafię się uwolnić od jego hipnotycznej aury, nie potrafię nie odpłynąć wraz z jego psychodeliczno-erotycznym kolażem dźwięków. Nie potrafię się też nie stać niewolnikiem głosu mistrza ceremonii. I tak utwór koi, pociąga, chwyta za serce, chwyta za duszę i prowadzi po najpiękniejszych i najbardziej tajemniczych zakątkach zaświata, ale jednak ciągle ma się przeczucie, że jeszcze coś musi nadejść, cały czas trzymając w napięciu i dając do zrozumienia, że najważniejsza część dopiero nas czeka.

 This could be my last regress
Last exit for the lost…

I zaczyna się… McCoy cichnie na chwilę, a reszta zespołu zaczyna podkręcać tempo, całość z każdą sekundą nabiera coraz większego rozmachu, coraz większej dynamiki, ekstaza wybucha w każdym zakątku umysłu, a ciarki przeszywają każdą komórkę organizmu. Te zakończenie to absolutna kulminacja i najwyższe wyżyny muzyki Fields Of The Nephilim, do granic mistycznej, majestatycznej, dostojnej, zagranej z nieludzkim rozmachem i intensywnością. To wręcz definicja ekstatycznej afirmacji życia, to celebracja chwili, i jak diabła kocham, przy żadnym innym fragmencie nie czuję się tak bardzo niesiony ponad Elizejskimi Polami (pomijając oczywiście cały album Elizium), zapominając w ogóle o egzystencji tego padołu łez, skąpanego w przyziemnej szarości i pospolitej miernocie. Kiedy ta dźwiękowa orgia dobiega końca, dostajemy jeszcze cudowny Psychonaut, który wyrywa z mrocznego klimatu poprzedniej kompozycji, wprowadzając słuchacza w te jaśniejsze zakątki muzyki Fieldsów, wciąż nie dając słuchaczowi osłabić jego stanu zachwytu, utrzymując wciąż atmosferę mistycznej hipnozy. Na koniec jeszcze czeka nas wycieczka sentymentalna w stronę przeszłości, i tak otóż ten rytuał (bo na pewno nie koncert w dosłownym znaczeniu) zostaje zwieńczony westernowym Dawnrazor, który płynie powoli, dając do zrozumienia, że nadchodzi czas pożegnania. I to jest smutna część Earth Inferno, koniec tej rytualnej orgii w blasku księżyca pod wpływem substancji otwierających trzecie oko.

Zapewne wielokrotnie wzdłuż recenzji moje określenia brzmiały niebywale naiwnie, egzaltowanie, pretensjonalnie, etc. Jak już wspomniałem przy okazji recenzji Elizium, nie byłem pewien czy takiego natchnionego bełkotu będę w stanie uniknąć – no cóż, nie udało się zbytnio, ale z drugiej strony w przypadku tej muzyki nie mógłbym inaczej. Za dużo emocji mnie z nią wiąże, abym wypowiadał się o niej w sposób stonowany i przyziemny. Tak czy siak wracając do samych Fieldsów, to zespół niestety rozpadł się niedługo po wydaniu owej koncertówki, pozostawiając lata największej chwały za sobą. Carl McCoy utworzył projekt The Nefilim, nagrywając po kilku latach bojów z wytwórnią równie wspaniały, co odmienny album Zoon, pozostali panowie zaś zwerbowali wokalistę Andy’ego Delany’ego i pod nazwą Rubicon nagrali dwie pełne płyty. Zarówno Zoon, jak i debiut Rubicon to wspaniałe płyty, stojące na poziomie nieosiągalnym dla wielu, ale jednak ani McCoyowi z nowym zespołem, ani pozostałym członkom Fields nie udało się stworzyć czegoś na miarę Elizium czy Earth Inferno. Niestety.

A właśnie, w kwestii Earth Inferno, taka mała rada: SŁUCHAĆ GŁOŚNO. I w ciemnościach oczywiście, w końcu to muzyka nocy.

Stay here in paradise…

Posted in Fields Of The Nephilim with tags , , , , on Luty 19, 2012 by pandemon777

FIELDS OF THE NEPHILIM – ELIZIUM (1990)

 

1. (Dead But Dreaming)

2. For Her Light

3. At The Gates Of Silent Memory

4. (Paradise Regained)

5. Submission

6. Sumerland (What Dreams May Come)

7. Wail Of Sumer

8. And There Will Your Heart Be Also

Garść osobistego bełkotu:

Niniejsza recenzja jest poświęcona mojej ulubionej płycie ze wszystkich tych, które dane mi było słyszeć. Nie słyszałem niczego lepszego w życiu i nie sądzę też żeby ten pogląd się miał zmienić w najbliższym czasie, o ile w ogóle się kiedykolwiek zmieni. To album, którego słuchanie traktowałem jak nabożeństwo, którego słuchałem jak słowa bożego, i na którym kocham każdy (dosłownie „kocham” i dosłownie „każdy”) fragment. I jak nie lubię pretensjonalności, egzaltacji, przesadnego romantyzmu i kwiecistych metafor, tak muszę przyznać, że nie wiem czy będę w stanie uniknąć takowych elementów (acz postaram się) opisując Elizium – album, na myśl o którym drżą mi ręce, i który wielokrotnie zafundował mi emocje jakich nie odnalazłem nigdzie indziej, z całym szacunkiem dla pozostałych ulubionych wykonawców. Swego czasu słuchałem tego albumu tylko i wyłącznie kiedy późnym wieczorem byłem sam w domu, rozstawiając głośniki kina domowego wokół siebie, puszczając go jak najgłośniej mogłem i odpalając na środku pokoju świeczkę. Jakkolwiek by to nie brzmiało, ja naprawdę tak robiłem.

Garść informacji o zespole:

Fields Of The Nephilim był kolejnym dzieckiem brytyjskiej sceny rocka gotyckiego, który wówczas w latach ’80 przeżywał okres swojej największej popularności, aczkolwiek od samego początku stronili od typowego kopiowania, jak czyniło to wiele innych, równolegle działających zespołów i podążał za własnymi wizjami. Nietypowa nazwa została zaczerpnięta z pierwszej księgi Biblii, Genesis i odnosi się do rasy Nephilimów, tzw. synów Boga, którzy uwiedli córki mieszkańców Ziemi, tym samym dając początek nowej rasie. Wedle legend otwarli przed człowiekiem arkany sztuki wojny, astrologii i magii. Owa idea była jedną z fascynacji Carla McCoya, który również nie stronił od tematyki okultyzmu, magii, mistycyzmu, chłonąc twórczość takich pisarzy jak Aleister Crowley czy H.P. Lovecraft. Innym światem (obok tego bardziej uduchowionego), który przedarł się do twórczości Fields Of The Nephilim był również ten przedstawiony w spaghetti westernach Sergia Leone – podobno zespół kiedyś bezustannie oglądał jeden z jego najsłynniejszych filmów Dawno Temu Na Dzikim Zachodzie. Ową fascynację „kowbojskimi” klimatami widać w tajemniczym wizerunku zespołu jak i słychać w muzyce – szczególnie na dwóch pierwszych płytach, które kreują niepowtarzalną atmosferę gotyckiego westernu w mistycznym świecie okultyzmu (pokrętnie zabrzmiało). Fascynacje stricte muzyczne z jednej strony sięgały do protoplastów gotyckiego rocka, czyli Joy Division, The Sisters Of Mercy, z drugiej strony do muzyki ze wspomnianych filmów Sergia Leone, za którą odpowiadał słynny Ennio Morricone, a gdzieś pomiędzy nich można by jeszcze włożyć The Doors czy Pink Floyd z okresu A Momentary Lapse Of Reason (zresztą Andy Jackson, odpowiedzialny był zarówno za produkcję rzeczonej płyty Pink Floyd, jak i Elizium). Fields Of The Nephilim stał się już przy okazji wydania drugiej płyty, zespołem kultowym na gotyckiej scenie – kto by pomyślał, że największy i najbardziej powalający strzał miał dopiero nadejść. Ostatni utwór na The Nephilim, przepiękny Last Exit For The Lost, był w pewnym sensie zapowiedzią tego co Elizium miało zaoferować – odejście od westernowych klimatów na rzecz monumentalnych i natchnionych kompozycji, które mogą przypominać nieco wspomniany album Floydów (zresztą, czasami się spotyka opinię, że gdyby Pink Floyd zaczął grać rocka gotyckiego brzmiały jak Fields Of The Nephilim na swym trzecim albumie). Ale teraz już do rzeczy…

Większa garść słów o muzyce i koncepcie:

Nie wiem od czego zacząć kiedy przychodzi do pisania o tym monumencie, co najpierw ubrać w słowa, jak ubrać w słowa, więc wedle powszechnie stosowanej rady w takich wypadkach, postaram się zacząć po prostu od początku. Już od samego intra, Dead But Dreaming słuchacz powinien zdać sobie sprawę, że ma do czynienia z muzyką ulepioną z dźwięków ściągniętych z innego, nadludzkiego wymiaru. Muzyką, która jest jak do tej pory najwspanialszą, soniczną wizualizacją podróży ludzkiego ducha po zaświatach i dźwiękowy odpowiednik tego, co osobiście rozumiem pod pojęciem „Raj”. A to przecież dopiero początek, zaledwie nakreślenie klimatu całości i tego co ma dopiero nadejść z każdą kolejną minutą. Te przestrzenne i niebywale głębokie dźwięki, które wybrzmiewają niczym z piekielnej otchłani i zestawione dla kontrastu z cichymi, pobrzmiewającymi w tle chóralnymi zaśpiewami to tylko krótki zarys, ale już przy nim nie mogę pozbyć się galopady przeszywających wzdłuż ciała ciarek. For Her Light, jeden z bardziej przebojowych kompozycji w karierze Fields Of The Nephilim, choć niezbyt długi i skromny w porównaniu z większością numerów z albumu, i tak momentalnie chwyta za serce, wprawiając w nostalgiczny i refleksyjny nastrój. Nieco senna i niebiańska zarazem atmosfera staje się coraz bardziej wyraźna, a od kolejnego utworu ujawnia się w swej całej okazałości. At The Gates Of Silent Memory (w którym nota bene wykorzystano nagranie Aleistera Crowleya), to jeden z moich ukochanych utworów wszechczasów (zresztą jak wiele innych utworów Fields Of The Nephilim). To też jedna z tych kompozycji, która zaczyna się tajemniczo i niepozornie, hipnotyzując słuchacza piękną i delikatną melodią, gdzie każdy kolejny dźwięk podnosi napięcie, zaś pozornie cichy i spokojny nastrój z czasem przeistacza się w dramatyczną, wyciskającą powódź łez, muzyczną opowieść. To również jeden z najbardziej erotycznych i zmysłowych kompozycji jakie dane mi było słyszeć. Zresztą tekst, wyśpiewany głębokim i zachrypniętym głosem Carla McCoy’a, który od dyskretnych, słownych deklamacji przechodzi w natchnione, wyrywające serce zaśpiewy, mówi sam za siebie:

 But I feel alive with you
And I feel some kind of heaven
When I feel deep inside her
And I feel some kind of heaven

Hear me
Give me
Give me some kind of heaven

Kiedy jego głos cichnie, ponownie pojawia się Crowleyowskie przemówienie, będące w tym przypadku przedsionkiem do końcowej części tego monumentu – współgrające ze sobą płynące gitarowe melodie i nieco plemienno-rytualne bębnienie w przepiękny sposób wieńczą tę smutną i romantyczną zarazem kompozycję, po której wchodzi Paradise Regained. Kontrastujący z At The Gates Of Silent Memory, bardzo dynamiczny kawałek, najbardziej z całości przywołujący reminiscencję atmosfery z The Nephilim bynajmniej nie psując tej, która panuje na Elizium, a wręcz nadaje jeszcze bardziej intensywny charakter. Submission kultywuje to co album już zdążył zaoferować, czyli bezgraniczną tajemniczość, głęboko hipnotyzujące melodie, pięknie pulsujący, głęboki bas, a sam w sobie stanowi nieco „zwodniczą” kompozycję, której oniryczny i spokojny nastrój z czasem przekształca się w opętaną i szaleńczą, dźwiękową wizualizację rytuału, który w swym punkcie kulminacyjnym prowadzi do oświecenia i poczucia spełnienia, dotknięcia absolutu wręcz.

Zakończenie Submission w pewnym stopniu stanowi odżegnanie się od mrocznej i momentami bolesnej dla ducha podróży po nowych i obcych wymiarach, zaś od pierwszych dźwięków Sumerland (What Dreams May Come) ma się wrażenie, że owa dusza odnalazła wreszcie drogę do desperacko poszukiwanego raju i przekroczywszy jego progi poczuła falę ulgi i niepohamowanej radości, ekstazy wręcz, która od tego momentu miałaby trwać wiecznie. Sumerland jest po prostu przejściem w ciepłą część tej pięknej podróży, a którego zakończenie jest jednym z najpiękniejszych nie tylko w historii Fields Of The Nephilim, ale w historii muzyki w ogóle – ten zespół miał talent po prostu do kreowania monumentalnych, zwalających z nóg zakończeń, przy których kolana się uginały samoistnie, wywołujących eksplozję endorfin w umyśle człowieka i doprowadzających do licznych duchowych orgazmów. I tak po przepięknym zakończeniu Sumerland, nadchodzą dwie połączone ze sobą kompozycje – Wail Of Sumer i And There Will Your Heart Be Also. Jak diabła kocham, nie znam piękniejszej ballady niż ta, która wieńczy Elizium. Nie Imagine Lennona, nie Stairway To Heaven Led Zeppelin, ani żadna inna. I mówię to z pełną świadomością, bez krzty przesady, pomimo mojego uwielbienia dla wielu balladowych numerów – żadna nie jest tak piękna jak And There Will Your Heart Be Also, ballada, która jest najbardziej sugestywnym dźwiękowym obrazem tego co nazywamy rajem, niebem, krainą mlekiem i miodem płynącą, to ballada, przy której moje zapchane nienawiścią serce topi się i rozpływa, muzyka, przy której, jak przy żadnej innej czuję się po prostu spełniony, w pełni tego słowa znaczeniu. Odprężony, oderwany od szarej egzystencji, przeniesiony na Elizejskie Pola, spowity w beztroskim świecie, który otacza pięknem w swej nieskażonej brzydotą i najczystszej postaci. Ten utwór naprawdę mógłby się nigdy nie kończyć, tak samo jak radość czerpana z obcowania z nim.

Jak już mówiłem na samym początku, kocham absolutnie każdy element na tym albumie. Zawiera wszystko to co w muzyce i sztuce ogólnie pojętej kocham i jest pozbawiony wszelkich wad i rzeczy, których w sztuce z kolei nienawidzę. Jest monumentalny, uduchowiony, natchniony, mistyczny, tajemniczy, zmysłowy, erotyczny, pociągający, mroczny, hipnotyzujący, jednocześnie jest pozbawiony tanich emocji, egzaltacji i pretensjonalności. Posiada piękne, przestrzenne i eteryczne, pełne głębi brzmienie, kompozycje są wypełnione niezliczoną ilością pięknych dźwięków i smaczków aranżacyjnych, nie ma tu ani grama wiochy czy chociażby śladu tandety. Jest to album, który nie nudzi pomimo swojego spokojnego i płynącego (w znaczącej części przynajmniej) charakteru. Kocham też sposób w jaki budowane jest tutaj napięcie, sposób w jaki wprowadzane kontrasty są pomiędzy utworami i wewnątrz samych kompozycji. Kocham też głęboki, niski i operujący całą gamą emocji, głos McCoya, jak i każdy poszczególny instrument – ten pulsujący bas Tony’ego Pettitta, te gitary Paula Wrighta i Petera Yatesa, którzy tutaj grają melodie jakich nie byłby w stanie sam David Gilmour odtworzyć, a na dokładkę mamy doskonałą grę na perkusji Noda Wrighta, który dzięki swojemu bębnieniu daje tej odrealnionej muzyce jeszcze bardziej rytualny charakter. Kocham te płytę po prostu za fakt, że jest perfekcyjna w każdym calu i jak żadna inna płyta daje mi najintensywniejsze i najsilniejsze poczucie oderwania się od otaczającej rzeczywistości. To nie jest tak, że ja słucham tych dźwięków na zasadzie aby leciały sobie w tle i kreowały jakiś konkretny nastrój, ja staje się jednością z tymi dźwiękami. One nie egzystują gdzieś obok i rozbrzmiewają w powietrzu, ja jestem wewnątrz nich, otaczam się nimi i nie chcę, nie mam ochoty i zamiaru wyjść, kiedy już na dobre się z nimi zespoję. Elizium naprawdę nie słucha się jako wypełniacza tła. Słuchanie tego albumu naprawdę powinno traktować się jak największe nabożeństwo i słuchać go jak słowa bożego, czy jakiejkolwiek innej istoty wyższej. Tutaj jest wymagana pewna wrażliwość słuchacza, szacunek dla muzyki i odpowiednie warunki. Trzeba też ciszy i trzeba skupienia.

Na zakończenie dodam, że niebywale drażni mnie fakt, kiedy widzę to co obecnie dzieje się ze sceną gotycką, że drażni mnie fakt, że gotyk z jednej strony kojarzony jest ze skończoną tandetą jak Lacrimosa, który jest moim zdaniem quasi-gotyckim odpowiednikiem Boya George’a, czy z drugiej strony nieznośnymi, babskimi i pretensjonalnymi wyjcami pokroju Evanescence. Ten gatunek niestety począł tonąć w szambie tandety, kiczowatości i tanich emocji, i naprawdę mnie boli to, że wiele mrocznych dziewczynek i chłopców myśli, że jeśli napiszą kilka szmelcowatych i grafomańskich wierszy słuchając przy tym HIM, Nightwish czy też naszego rodzimego Artrosis, to ich życie staję się o wiele bogatsze, głębsze niż te od zwykłych śmiertelników (tak, taka megalomania to standard wśród dzisiejszych fanów gotyku) co jest najzwyczajniej w świecie przykre. Tym też osobom bardzo bym polecał odkryć Fields Of The Nephilim.

Dodam jeszcze tylko, że spośród tych tysięcy płyt, których w życiu słuchałem, tylko tej bez żadnych wątpliwości i zawahań dałbym ocenę 10/10. To chyba już wszystko, dziękuję za uwagę.

Co prawda uważam słuchanie tej muzyki z mp3, youtube za skrajną profanację i bezczeszczenie, ale w tej sytuacji nie mam wyboru chyba. Mimo wszystko polecałbym odłożyć kasę, odpuścić jedną imprezę i kupić na ślepo oryginał. Ja tak zrobiłem i  nie żałuję.

%d blogerów lubi to: