Archiwum dla ethereal

Bordeaux

Posted in Robin Guthrie & Harold Budd with tags , , on Luty 28, 2012 by pandemon777

ROBIN GUTHRIE & HAROLD BUDD – BORDEAUX (2011)

1. Gaze

2. Deva C

3. The Names Of Those Never Here

4. So Many Short Years Ago

5. The Belles Of Saint Andrew

6. Radiant City

7. L’Aventure

8. Smiling Apart

9. Southern Shore

Zarówno Robin Guthrie, jak i Harold Budd są postaciami zasłużonymi i stosunkowo znanymi w swoich muzycznych środowiskach, a wspólnych płyt, przed Bordeaux, nagrali już kilka, jednak to właśnie Bordeaux była pierwszą, którą usłyszałem, i która z miejsca mnie zachwyciła, toteż ją postaram się przybliżyć. Ale po kolei:

Robin Guthrie najbardziej znany jest z bycia współzałożycielem Cocteau Twins, którzy w latach ’80 byli podopiecznymi wytwórni 4AD, otaczanej w tamtych czasach religijnym niemal kultem, tym samym sąsiadując z takimi tuzami jak Bauhaus, Dead Can Dance, The Birthday Party czy X-Mal Deutchland. Sam Cocteau Twins również miał niebywały wpływ na różne rejony muzyki (żeby nie wspomnieć o Massive Attack, dla których album Garlands był jednym z głównych inspiracji), a dzięki swojemu eterycznemu brzmieniu i marzycielskiej atmosferze stali się też protoplastami tego co dzisiaj określa się mianem „dream pop” i jednymi z prekursorów gatunku zwanego shoegaze.

Harold Budd z kolei działał na polu muzyki ambient, a jego pierwsza kooperacja z Brianem Eno, której owocem był album Ambient 2: The Plateaux Of Mirror, ukazała w pewnej krasie jego charakterystyczny styl gry na pianinie, który eksploatuje po dziś dzień. Styl, który jest bardzo oszczędny, ale i piękny, bazujący na przyjemnych dla ucha (nie mylić z „cukierkowych”) harmoniach i delikatnie granych melodiach. Jest to też, rzecz jasna, wyraźny ukłon w stronę twórczości prekursora takiego stylu gry, Erika Satie.

Bordeaux jest, najprościej rzecz ujmując, fuzją stylów i estetyk, z którymi obaj wyżej opisani panowie są kojarzeni. Co więcej, zespoili swoje osobiste, muzyczne światy w sposób godny pochwały, z kunsztem i wyczuciem. Podział ról jest prosty – Robin Guthrie inkorporuje charakterystyczną dla siebie grę na gitarze, która polega raczej na wygrywaniu poszczególnych dźwięków, rozbrzmiewających w przestrzeni, miast wypełniać ją całymi melodiami (i przy której też nie sposób uniknąć skojarzeń z sennym i nostalgicznym nastrojem, jak i eterycznym brzmieniem znanym z płyt Cocteau Twins), zaś Harold Budd ozdabia i wzbogaca całość swoją finezyjną grą na klawiszach, dodając tu i ówdzie krótkie melodie, które tylko uwydatniają melancholijny klimat całości.

Jak już wcześniej wspominałem, oba te muzyczne światy zostały ze sobą idealnie zespojone, gdyż nie egzystują obok siebie, a wzajemnie się przenikają, tworząc tym samym eklektyczny kolaż pięknych i pozbawionych choćby grama brzydoty dźwięków. To muzyka, której takie określenia jak „stylowa”, „płynąca”, „z klasą” czy po prostu „kunsztowna” przystoją najbardziej. Podział na utwory moim zdaniem jest tutaj zupełnie niepotrzebny, bowiem ten album to monolit, a cała jego zawartość płynie nieprzerwanie po sielskich i niebiańskich dźwiękowych wodach.

W tym samym roku Robin Guthrie i Harold Budd nagrali jeszcze jeden album w podobnym nastroju, czyli Winter Garden, tym razem przy pomocy innej, wybitnej postaci w świecie muzycznego podziemia – Eraldo Bernocchi. Nie będzie to miało większego sensu abym tutaj opisywał osobno jego poczynania, bo potrzebowałbym na to kilka stron, więc jedynie na koniec dodam, że jeśli kogoś Bordeaux za serce chwycił, to i Winter Garden powinien sprawdzić koniecznie.

Reklamy

I’m waiting lonely like a shadow in the night sky

Posted in Gazelle Twin with tags , , , on Styczeń 15, 2012 by pandemon777

GAZELLE TWIN – THE ENTIRE CITY (2011)

 

1. The Entire City

2. Concrete Mother

3. Men Like Gods

4.  I Am Shell I Am Bone

5. Far From Home

6. Changelings

7. Bell Tower

8. When I Was Otherwise

9. Obelisk

10. Nest

11. Fight-Or-Flight

12. View Of A Mountain

13. Untiteled

Elizabeth Walling – kobieta pochodząca z Brighton, UK, która jako dziecko była „wrażliwa, niespokojna i może nieco zbyt refleksyjna”, jest osobą skrywającą się pod pseudonimem Gazelle Twin (chociaż, w miejsce słowa „pseudonim”, mógłbym wstawić określenie „kreacja” – niebywale tajemniczą kreacją dodajmy). Właściwie nie będzie to zbytnią przesadą jeśli powiem, że wszystkie trzy wyżej wspomniane cechy charakteru mają odzwierciedlenie w jej muzyce, która – co tu dużo mówić – jest bardzo dojrzała i niebywale piękna jak na debiut.

Pierwsze skojarzenia, jakie przyszły mi na myśl po przesłuchaniu tegoż albumu to Björk i The Knife, zarówno pod względem wizualnym, wokalnym (tu nawet echa Beth Gibbons z Portishead są słyszalne) jak i muzycznym – całość bazuje głównie na wyrafinowanym, elektronicznym art-popie (co ciekawe, choć album posiada sporą dawkę popowej wrażliwości, to sama Elizabeth nigdy muzyki pop zbytnio nie słuchała), z dodatkiem sporej dozy elementów muzyki plemiennej, od których sama Björk też wcale nie uciekała (najbardziej oczywisty przykład – Human Behaviour). Na The Entire City złożyły się kompozycje bardzo dostojne, momentami wręcz majestatyczne, którym nie można też odmówić uduchowionego charakteru, niemniej jednak nie określiłbym ich mianem „sielankowych”, bowiem pomimo powyższych cech, czuć w niej też odrobinę niepokoju, który wcale nie jest wadą, a wręcz podnosi poziom tajemniczości całego albumu, a nie od dziś wiadomo, że tajemniczość to jedna z najbardziej pociągających rzeczy dla ludzkiego umysłu.

Innym aspektem albumu, który podnosi jego ocenę w moich oczach (czy tam uszach) jest jego bardzo filmowy (tak, to chyba właściwe określenie) charakter, co nie dziwi, gdyż wedle tego co wyczytałem z biografii na oficjalnej stronie Gazelle Twin, Elizabeth Walling pomiędzy 17-tym a 25-tym rokiem życia, chłonęła muzykę chóralną i filmową właśnie.

Ogółem fani wspomnianej już wcześniej Björk, Fever Ray, Beth Gibbons czy Goldfrapp (szczególnie z okresu Felt Mountain) powinni bez zastanowienia sięgnąć po debiutancki krążek Bliźniaczki, ponieważ słychać na nim elementy twórczości, wszystkich wyżej wymienionych artystek, które tworzą eklektyczny kalejdoskop pięknych syntetycznych melodii, delikatnych, czasami poddawanych różnym efektom wokali, nad którym unosi się atmosfera mistycyzmu, czegoś nieuchwytnego i magicznego, kreujący ściężkę dźwiekową do pierwotnego świata Majów, przeniesionego gdzieś o kilka tysięcy lat w przyszłość. Warto będzie wyczekiwać nowości ze strony tej niebanalnej postaci, gdyż, jak sama twierdzi, chce cały czas odkrywać nowe terytoria artystyczne, a to się ceni w zastęchłej rzeczywistości, gdzie powielanie utartych schematów niestety stoi na porządku dziennym.

 PS. Podobno Pani Walling ma też ambitne plany co do koncertów, a biorąc pod uwagę fakt, że sztuką wizualną również się interesuje, to muszę przyznać, że z chęcią bym zobaczył ją na żywo, jeśli tylko zjawi się gdzieś w pobliżu.

Set my heart alight

Posted in HTRK with tags , , on Styczeń 13, 2012 by pandemon777

HTRK – WORK (WORK, WORK) (2011)

1. Ice Eyes Eis

2. Slo Glo

3. Eat Yr Heart

4. Bendin’

5. Skinny

6. Synthetik

7. Poison

8. Work That Body

9. Love Triangle

10. Body Double

Do tej pory nie zdarzyło mi się w ciągu mojej przygody z muzyką, żeby jakiś młody zespół, który dopiero raczkuje i powolnym krokiem wychodzi z podziemia w stronę światła dziennego wstrząsnął mną w stopniu większym niż wiele uznanych klasyków (może za słabo szukam?). Udało się to HTRK, którego drugi longplay, trafił bardzo szybko do czołówki moich ulubionych płyt, zawierając w sobie elementy, które w muzyce, czy też sztuce ogólnie pojętej, mocno mnie przyciągają.

Na Work (Work, Work), już teraz duet, HTRK pociągnął swoją muzykę w bardziej elektroniczne i syntetyczne klimaty, chociaż nie odciął się w pełni od swoich fascynacji, gdyż echa Suicide czy Joy Division wciąż są słyszalne. Powiedziałbym nawet, że Work… to w pewnym sensie Closer XXI wieku, w współczesnej, futurystycznej odsłonie. Na przestrzeni lat całe bataliony zespołów podkradały patenty czwórce z Liverpoolu, ale o ile White Lies przearanżowali te patenty na elegancki popik do podrywu alternatywnych nastolatek, Interpol, choć dobrym zespołem jest, też nie brzmiał tak sugestywnie jak JD, o tyle HTRK w pełni uchwycili ich nastrój wszechobecnej dekadencji i odurzającej apatii. Zawsze słuchając Work…, czuję się jakbym znalazł się w centrum świata przedstawionego w kultowym już filmie Blade Runner, obserwując świat szary i bez wyrazu, powoli chylący się ku upadkowi. Zresztą muzyka HTRK słusznie została określona jako najlepsza na imprezę z okazji końca świata.

Album rozpoczyna się dosyć nietypowym intrem, gdzie pomiędzy przyjemnymi plamami dźwiękowymi, kreującymi nostalgiczno-narkotyczny nastrój wplatane są sample z… niemieckich kanałów erotycznych, zachęcających do telefonicznych igraszek. Owe intro dobrze nakreśla nastrój całej płyty, której dźwięki spowite są w klimacie erotycznego i maksymalnie psychodelicznego spektaklu. Tematyka tekstów wciąż oscyluje wokół seksu, perwersji, pewnego rodzaju dekadenckiego romantyzmu, i bynajmniej nie jest to dla mnie wada, bowiem dla tak uwodzicielskich, seksownych i romantycznych partii wokalnych jakie słychać przy ostatnich sześciu wersach Slo Glo, warto słuchać muzyki. Ten zespół udowadnia, że nie trzeba fajerwerków, egzaltowanego wycia i innych elementów cechujących sporą część muzyki popularnej, która oferuje tanie emocje i sielankowy bełkot o niczym, aby wbić się w świadomość słuchacza.

Tak więc HTRK nie zawiódł i daje nadzieję na piękną przyszłość czego im i sobie też życzę, bowiem potencjał jest ogromny, jak i talent do pisania wielowarstwowych, wypełnionych niuansami i smaczkami utworów, które chwytają za serce, ściskają gardło i odurzają swoim sennym, nostalgicznym klimatem. Trochę jak zjazd po narkotycznym tripowaniu, powiedziałbym.

%d blogerów lubi to: