Archive for the Djivan Gasparyan Category

Moon Shines At Night

Posted in Djivan Gasparyan with tags , on Luty 27, 2012 by pandemon777

DJIVAN GASPARYAN – MOON SHINES AT NIGHT (1993)

1. Anush Garun – Lovely Spring

2. Sayat Nova

3. Khandvat Tuner – 7th December 1988

4. Me Lotzazrue Intz – Don’t Make Me Cry

5. Do Noritz Ekeles – You Have To Come Back To Me

6. Es Gisher – Tonight

7. Ciretzie Yaris Taran – They Took My Love Away

8. Lusniak Gisher – Moon Shines At Night

9. Tzirane Tzar – Apricot Tree

10. Mayrik Em – Mother Of Mine

Pochodzący z Armenii, Djivan Gasparyan uchodzi za mistrza instrumentu dętego, zwanego duduk, będącego narodowym instrumentem tego kraju. Na przestrzeni lat osiągnął za sprawą tak zaawansowanego opanowania owego instrumentu, sporo sukcesów, zresztą zdobycie tytułu People’s Artist of Armenia to już nie lada wyróżnienie. Co ciekawe, pierwszą płytę, sygnowaną swoim nazwiskiem wydał w wieku… sześćdziesięciu jeden lat, w ’89 roku, która tak jak pozostałe jego dokonania jest wypełniona armeńskim folkiem, ale zagranym z niebywałym zaangażowaniem emocjonalnym. I chociaż estetyka, której Djivan hołdował całe życie nie przyniosła oszałamiającego sukcesu komercyjnego, to jednak dzięki niej zaskarbił sobie szacunek nie tylko wśród swojego ludu, ale i wśród artystów z różnych muzycznych biegunów, począwszy od Petera Gabriela (Genesis) czy Davida Sylviana (Japan/Rain Tree Crow), a skończywszy na Brianie May (Queen) i Hansie Zimmerze. Z wszystkimi zresztą, w którymś punkcie swojej kariery współpracował.

Moon Shines At Night to druga płyta w jego karierze, a pierwsza, z którą się zetknąłem i wobec której czuję swoistą estymę. To bardzo smutna muzyka i przy tym również bardzo oszczędna w formie, stroniąca od fajerwerków, dla niektórych może się wydawać też monotonna i nudna, bo tak na dobrą sprawę niewiele się dzieje wzdłuż albumu – żadnych zmian stylistycznych, zmian dynamiki czy nastroju. „Po co w takim razie słuchać takiego monotonnego i smętnego nudziarstwa?” ktoś by zapytał, ale odpowiedzieć na te pytanie, wbrew pozorom, nie jest specjalnie trudno. Tak już bywa, że często dobra muzyka wymaga wsłuchania się w nią, jak i odpowiedniego nastroju, a to co wcześniej odrzucało i nudziło, po czasie okazywało się być piękne i wręcz kojące. I tak też jest w przypadku Moon Shines At Night. Sam nie byłem specjalnie entuzjastycznie nastawiony wobec tego albumu, ale jakoś tak się złożyło, że któregoś niezbyt udanego dnia potrzebowałem czegoś na uspokojenie, najlepiej jakiegoś dźwiękowego leku, i padło ostatecznie na Moon Shines At Night właśnie. Szczerze powiedziawszy, tego w tamtym momencie trzeba mi było, czegoś nienachalnego, spokojnego, jednocześnie posiadającego pewnego rodzaju mistyczną aurę, czegoś co wywołałoby ten błogi stan emocjonalnego ukojenia – a ten album spełniał wszystkie te warunki. Pomimo swojego smutnego, momentami wręcz żałobnego i poruszającego bardziej wrażliwe rejony ludzkiej psychiki charakteru, jest niczym balsam dla duszy. Człowiekowi w takich momentach przestaje przeszkadzać wspomniana monotonia, a wręcz cieszy fakt, że te piękne dźwięki trwają wciąż w tym samym nastroju, bez zgrzytów i niespodzianek po drodze. Czystość estetyczna jest tutaj naprawdę niebywałym plusem.

Jakoś tak już mam, że podczas słuchania tego albumu wyobraźnia nasuwa mi obrazy i sceny, które widywałem w filmach o średniowiecznych wojnach, sceny, w których bitwa już dobiegła końca, kurz i pył opadł, a na zielonych polanach pozostały już tylko martwe ciała poległych rycerzy. W takich momentach czuć ukojenie, że to już cisza po burzy, a nie przed burzą, że horror już się skończył i nastał moment kontemplacji w ciszy i spokoju. To takie moje osobiste wrażenie dodane na koniec recenzji, ale zakładam, że każda osoba odbierze i zinterpretuje w wyobraźni te dźwięki w jakiś inny sposób. Mam nadzieję, że ktoś zechce zbadać muzykę tego pana i doceni, jeśli nie od razu, to po czasie, te pozornie „nudne” dźwięki.

Reklamy
%d blogerów lubi to: