Archiwum dla psychedelic

It was just a hallucination

Posted in Scorn with tags , , , on Luty 11, 2012 by pandemon777

SCORN – VAE SOLIS (1992)

 

1. Spasm

2. Suck And Eat You

3. Hit

4. Walls Of My Heart

5. Lick Forever Dog

6. Thoughts Of Escape

7. Deep In – Eaten Over And Over Again

8. On Ice

9. Heavy Blood

10. Scum After Death (Dub)

11. Fleshpile (Edit)

12. Orgy Of Holiness

13. Still Life

Birmingham to miasto położone w Wielkiej Brytanii, i które może pochwalić się faktem, że pochodzi stamtąd ikona i protoplaści muzyki metalowej, Black Sabbath. Ale czy tylko? Otóż nie, bowiem również stamtąd pochodzą też jedni z pionierów gitarowej ekstremy, czyli grindowcy z Napalm Death. Przez szeregi tego zespołu przewinęło się wielu muzyków, którzy postanowili spróbować sił w innych projektach i zespołach, i którzy grunty muzyki ekstremalnej potrząsnęli nie raz i nie dwa – począwszy od Billa Steera (założyciela Carcass), przez Justina Broadricka (m.in. Godflesh, God, Ice, Techno Animal, Head Of David, Fall Of Because, etc.) aż po Micka Harrisa (m.in. Extreme Noise Terror, Painkiller, Lull) i kilku innych.

Scorn został powołany do życia we wczesnych latach ’90 i wówczas, na samym początku istnienia tego projektu składał się z trzech członków Napalm Death, którzy nagrali również stronę A debiutu Napalmów, Scum. Tymi ludźmi byli właśnie Justin Broadrick, Mick Harris i Nicholas Bullen. Scorn z czasem stał się jednoosobowym projektem, na czele którego stanął Mick, porzucając wszelkie bariery i ograniczenia poza własną wyobraźnią, eksperymentując na wielu polach muzycznych, głównie związanych z elektroniką (ambient, dub, trip-hop, etc.), przy okazji też odcinając się od metalowych korzeni. No, ale przejdźmy do Vae Solis, albumu, który dla mnie wciąż mimo wielu odsłuchów stanowi tajemnicę.

Okładka (wedle informacji, które znalazłem gdzieś w czeluściach internetu) powstała w wyniku połączenia dwóch nałożonych na siebie fotografii medycznych – jedno z nich to otwarte, skażone chorobą gardło, drugie zaś to komórka rakowa, powiększona pod mikroskopem. Co do tytułu, to interpretacji jest wiele i ciężko tak naprawdę powiedzieć co dokładnie oznacza. Niektórzy tłumaczą go jako „Biada osamotnionym”, inni jako „Czarne słońce”, a jeszcze inni, jeszcze inaczej. No cóż, może kiedyś znajdzie się jakaś jednoznaczna odpowiedź. A jaka jest muzyka? Jestem skłonny stwierdzić, że to jeden z najbardziej oryginalnych albumów na scenie metalowej, eksperymentalny, odważny, bogaty stylistycznie, chociaż jednocześnie niebywale spójny. Zaczyna się szaleńczym, epatującym pierwotną dziczyzną Spasm, który na otwarcie albumu jest jak znalazł. Wpływ wczesnego Discharge jest tu wyraźnie słyszalny, chociaż potraktowany w unikatowy sposób. Zresztą patentów zaczerpniętych z twórczości prekursorów hardcore, znajdzie się po drodze jeszcze kilka we fragmentach świetnych Hit czy Walls Of My Heart. Ogólnie pierwsze cztery utwory w stosunku do reszty brzmią całkiem chwytliwie, również masywny walec w postaci Suck And Eat You brzmi bardzo „groovy”. W dalszej części Vae Solis panowie zwalniają tempo, i album przeradza się w mozoloną, bardziej eksperymentalną i psychodeliczną jazdę. Nie omieszkałbym zwrócić uwagi na mojego faworyta na całej płycie – On Ice. Ten dubowo-plemienny numer niemal w całości oparty jest w zasadzie na powtarzalnym, prostym rytmie, ale jestem w stanie go słuchać bezustannie. Urzeka mnie jego rytualny klimat, ta specyficzna, wwiercająca się w głowę gitarowa gra Broadricka, ten monotonny, umiarkowany rytm. Istna hipnoza, atmosfera czającej się zewsząd grozy, zresztą kto posłucha ten zrozumie o czym mówię.

Sądzę, że nie ma sensu opisywać każdego numeru po kolei, nie wiem jednak też jak krótko i zwięźle podsumować całość. Mogę jedynie dodać, że każdy element tej płyty uwielbiam – od brudnego i surowego brzmienia, przez charakterystyczną grę gitary, operującej na niekoniecznie przyjaznych dla ucha harmoniach, kończąc na tajemniczej i wrogiej atmosferze, w której Vae Solis jest spowity w całości. To fenomenalny album i jeden z najlepszych w dwudziestoletniej karierze Scorn. Amen.

Nails in my brain, nails hurt

Posted in Coroner with tags , , on Styczeń 27, 2012 by pandemon777

CORONER – GRIN (1993)

1. Dream Path

2. The Lethargic Age

3. Internal Conflicts

4. Caveat (To The Coming)

5. Serpent Moves

6. Status: Still Thinking

7. Theme For Silence

8. Paralized, Mesmerized

9. Grin (Nails Hurt)

10. Host

Coroner, zespół, którego członkowie zaczynali jako techniczni kultowego Celtic Frost, a skończyli jako jeden z najbardziej unikatowych, oryginalnych i niepodrabialnych zespołów na scenie metalowej. Początki nie zapowiadały nagrania wyprzedzającego swój czas krążka, Grin, w końcu o dwóch pierwszych płytach sam gitarzysta Tommy Vetterli wypowiada sie niezbyt pochlebnie, twierdząc, że nie może ich brać na poważnie. Były to wydawnictwa jeszcze bez skrystalizowanego stylu, tak jakby panowie chcieli za dużo naraz upchnąć w jednym worku, gdzie techniczny thrash był uozdobiony gotyckimi naleciałościami (pośredni, lub też bezpośredni wpływ Celtic Frost) czy momentami niemal neoklasycznyną melodyką. Ta mikstura może nie była do końca udana, ale faktem jest, że tkwił w nich potencjał.

No More Color był już wielkim krokiem w muzycznej ewolucji zespołu i pierwszą naprawdę spójną płytą. Co prawda elementy z poprzednich płyt były wciąż obecne, ale jednak kompozycje były bardziej zwarte i przemyślane, udało im po prostu solidnie zespoić ze sobą elementy rocka progresywnego, thrashu i stworzyć wokół całości klimatyczną otoczkę. Mimo wszystko to był wciąż, biorąc pod uwagę przyszłe wydawnictwa, stadium pośredni. Mental Vortex przyniósł ze sobą bardziej psychodeliczne i jeszcze mroczniejsze oblicze zespołu, które miało zostać w pełni wyeksponowane na ostatniej, jak dotąd, płycie Grin. Może nie będę odjeżdżał tutaj w swój osobisty stosunek do tego wydawnictwa, pisząc długie peany na temat jak bardzo wpłynął na mój gust, że dzięki niemu pośrednio lub bezpośrednio zainteresowałem się całą gamą różnych gatunków muzycznych i przejdę do rzeczy.

Już samo intro stanowi pewne novum w muzyce Coroner, który postanowił wykorzystać muzykę plemienną, zamiast, jak wielu innych, zagrać quasi-klimatyczny instrumentalny kawałek. I tak oto dyskretne, rytualne bębnienie, tajemniczo zwiastuje dalszą zawartość płyty. A jest co odkrywać. O ile The Lethargic Age i Internal Conflicts mogą przywodzić na myśl poprzednie dokonania zespołu, o tyle w dalszej części thrash metalowe zagrywki zaczynają zanikać pod psychodeliczną osłoną. Podobnie jak Forbidden na Green, tak Coroner na Grin dał sobie na dobre spokój z napychaniem tysiąca riffów i karkołomnych zmian tempa, stawiając na zminimalizowanie dźwiękowej ornamentyki. Oczywiście Tommy T. Baron wciąż wycina świetne, bogate harmonicznie solówki (ta z Serpent Moves nieustannie przyprawia o ciarki na plecach), jednak struktura utworów była ukłonem w stronę Beg To Differ Prong, czyli więcej repetycji, wbijania konkretnego motywu do głowy, aż słuchacz popadnie w stan hipnozy, zamiast bombardowania go zewsząd niepoliczalną ilością popisowych zagrywek. Od momentu wejścia Caveat (To The Coming) zaczyna powoli coraz bardziej dominować psychodeliczna atmosfera, niepokojąca wręcz i mroczna, trzymająca w napięciu, zapowiadająca nadejście wielkiej kulminacji. Przeprawa przez Serpent Moves przyprawia o niemal ekstatyczno-psychodeliczne przeżycia, Status: Still Thinking znowu sprowadza do stanu emocjonalnego skrywanej złości i sieje niepokój, a kolejny plemienny numer, przerywnik w postaci Theme For Silence stanowi jakby ponowne intro do najbardziej oszałamiającej części płyty. 3 ostatnie utwory na tym krążku to absolutne wyżyny jeśli o ciężkie brzmienia chodzi, gitarowa afirmacja wyższych stanów świadomości, które szczególnie fanów Tool powinny zainteresować. Wejście tajemniczego motywu w Paralized, Mesmerized, odbijającego się echem w każdej części ludzkiej kopuły, autentycznie, wedle tytułu paraliżuje i rzuca hipnotyczny czar. I w takim też stanie słucha się płyty do końca, wzdłuż Paralized, Mesmerized niepokój rośnie ciągle, skurcze mięśni się nasilają, a tu jeszcze potężny Grin (Nails Hurt) przed nami i chyba najbardziej nietypowy numer w historii Coroner – Host. Tytułowy składający się z potężnych riffów, na przemian ciętych i płynnych, opartych na motorycznej rytmice, w ostatnich minutach wsysa słuchacza w pogłębiającą się czarną dziurę, której dźwięki pochłaniają bardziej niż jakakolwiek solówka zagrana przez dowolnego gitarowego wirtuoza. To potężnie hipnotyzujący fragment, w którym przestrzeń poszerza się z każdym uderzeniem w struny, perkusja wybija ten sam pędzący rytm bez chwili wytchnienia, a bas naśladuje zachowanie palpitującego serca, którego bicie zostaje w pewnym momencie gwałtownie przerwane. Host z kolei idealnie wieńczy płytę, odżegnując się już całkowicie od thrashowej estetyki, stanowiąc numer o w pełni indywidualnym charakterze. Marky Edelmann recytuje oschle i tajemniczo surrealistyczne liryki, któremu w refrenie „przerywa” właściwy wokalista Ron Royce swoim zdzierającym, wrzaskliwym i głębokim głosem, warstwa instrumentalna kreuje powoli snującą się narkotyczną atmosferę, która przypomina zdecydowanie badtripa, wprawiającego w przerażający stan umysłu i dyskomfort psychiczny. Ten raz pozornie spokojny, raz hałaśliwy i porażający numer ostatecznie zmienia się w swojej drugiej części w spokojną niemal mistyczną podróż, nad którą unoszą się piękne kobiece wokale. Bez słów, prowadząc głosem melodię z odległych krain, odpręża wręcz słuchacza po ciężkich bojach poprzednich utworów, wprowadzając pozorny spokój. W końcu głos cichnie, a na koniec pozostaje wsłuchiwać się w jazgot much. Co dokładnie miały przedstawiać, nie wiem, pozostawiam to już wyobraźni swojej i pozostałych słuchaczy.

PS. Dodam jeszcze, że uwielbiałem słuchać tego albumu czytając biografię seryjnych morderców. Have fun.

Little goddess, why don’t you slither in

Posted in Danzig with tags , , , on Styczeń 17, 2012 by pandemon777

DANZIG – 5: BLACKACIDEVIL (1996)

1. 7th House

2. Blackacidevil

3. See All You Were

4. Sacrifice

5. Hint Of Her Blood

6. Serpentia

7. Come To Silver

8. Hand Of Doom (Black Sabbath cover)

9. Power Of Darkness

10. Ashes

Glenn Danzig to legenda – to wiadomo nie od dziś. Założyciel horror-punkowego Misfits, którego wizerunek i muzyka były kopiowane przez rzesze, i lider swojego solowego zespołu, który lata chwały święcił pod koniec lat ’80 i w pierwszej połowie lat ’90. Owy sukces zaskarbił sobie pisząc niebywale chwytliwe, mocne i wyraziste metalowe numery, które tonęły wręcz w estetyce mistycznego rock’n’rolla The Doors, wpływy Led Zeppelin przenikały przez każdy numer, a sam głos Danziga brzmiał jak Elvis, którego opętał demon. Ta mikstura bluesa, rock’n’rolla i poteżnych, brudnych gitar żywcem wyjętych z wczesnych płyt Black Sabbath, połączona z okultystyczną otoczką sprawiła, że Danzig stał się jedną z najbardziej unikatowych postaci na scenie metalowej. Po nagraniu czwartej płyty, którą wielu uznaje za opus magnum jego twórczości był u szczytu swojej kariery i sławy, ale w roku ’96 postanowił pokazać środkowy palec wszystkim tym, którzy oczekiwali kolejnej płyty utrzymanej w estetyce poprzednich płyt, nagrywając płytę diametralnie inną, taką, której raczej nikt się nie spodziewał, i którą chyba mało kto zrozumiał w czasie jej premiery.

Właściwie nic nie zapowiadało aż tak ogromnej wolty stylistycznej (no, może pomijając kilka utworów z 4p, m.in. Cantspeak, który moim zdaniem z powodzeniem mógłby się znaleźć na „piątce”), ale cóż, co się stało, to się stało, Danzig jest artystą i jak postanowił, tak zrobił – wyrzucił cały oryginalny skład, zwerbował całkowicie świeży (Jerry Cantrell z Alice In Chains przy okazji też się tu udziela) i odcinając się od korzeni nagrał album zdominowany przez hałaśliwą, surową i „undergroundowo” brzmiącą elektronikę. Zapewne popularność gatunku industrial rock, tak jak w przypadku wcześniej opisanego Apollyon Sun, swoje zrobiło, ale jednak w tym przypadku nie ma mowy o powielaniu pomysłów, bo ta płyta to unikat, wciąż niesłusznie niedoceniany. Osobiście nie znam drugiej, podobnie brzmiącej płyty, nad czym boleje, bo to perła, jedna z moich ulubionych płyt, którą cenię sobie najbardziej w dyskografii Glenna.

Jego głos tutaj został w znaczącej większości poddany różnym przesterom i efektom wokalnym, w zasadzie Elvisowych zaśpiewów tu nie uświadczymy, tak samo jako nie uświadczymy charakterystycznych skażonych bluesem kawałków, są za to tony ciężkich rytmów, psychodelicznych modulacji dźwiękowych, przesterów, nakładów, a poziom hałaśliwości i brudu zawstydziłby niejedną black metalową hordę z norweskiego lasu (tak, wiem, banalny odnośnik). Ta płyta to jeden wielki badtrip na kwasie, aczkolwiek szczerze przyznaję, że czerpię niebywałą przyjemność ze stanu w jaki mnie wprawia ta muzyka, która jest odurzająca i emanująca złością zarazem. Nie obyło się też bez stałego elementu jego twórczości jakim jest mroczny erotyzm, który jest obecny zarówno w tekstach jak i charakterze muzyki, a kusicielem jest tutaj sam Lucyfer we własnej osobie.

Przy całym moim uwielbieniu dla pierwszych czterech płyt Danziga, muszę jednak przyznać, że to właśnie Blackacidevil jest jego najodważniejszym dziełem i jak dla mnie jego opus magnum – zachwycił mnie ten album przy pierwszych odsłuchach, i zachwyca mnie po dziś dzień, jest po prostu bliższy moim preferencjom muzycznym, bowiem moja słabość do industrialnej elektroniki, czerpiącej garściami ze Skinny Puppy jest ogromna. Płyta ideał? No ba.

%d blogerów lubi to: