Archiwum dla 2009

We All Fall Down

Posted in The Brigade with tags , , , , , on Marzec 6, 2012 by Robb

 THE BRIGADE – DEAD MAN’S GOLD [2009]

01 Italian Curse

02 Diamonds And Gold

03 We All Fall Down

04 Don’t Be Afraid To Touch The Ground

05 Right In Front Of You

06 Funeral Moon

07 Change Your Mind

08 Louise

09 She Wouldn’t Let Me Drown

10 For Someone To Love

11 Row

Brygada tych Norwegów z kompleksem głupich amerykanów powstała w 2009 na prochach Stonefish i Helldorado, w 2010 wydając na świat ten oto debiut, wyprodukowany przez jakiegoś gościa z Kaizers Orchestra (swoją drogą kapela chujowa jak mało która, polecam głuchym dylentantom i nie trybiącym alkoholikom, zabawa murowana!) oraz zdobywcę norweskiego GRAMMY (już jestem spokojniejszy!:) ). Sami piszą o sobie :
„Riding their musical train across the American continent their lyrics reflect a misanthropic environment where religion and alcohol are the pillars of life. The Brigade lures you in to the darkness and kicks you back into the light.” I nawet mogę sie z nim zgodzić, no i to byłoby w sumie na tyle jeśli chodzi o jakiś suchy obraz tego kolektywu, idziemy dalej…

Sama nazwa zespołu jest jednak tak równie oryginalna i przejmująca jak interesująca jest gra Lecha Poznań w ostatnim czasie pod wodzą Bakero, chociaż w przypadku The Brigade o żadnych torturach zmysłów nie może być mowy. Nie zmienia to jednak pewnego stanu rzeczy. Mimo pierdolonych odniesień i zapożyczeń, zaczerpnięć z dosyć przygnębiającej muzyki z różnych skrawków ziemi ten skarb Norwegów potrafi zalśnić. Morten Fiska jako wokalista i lider zespołu nie bawi sie i nie czaruje, nie jest oryginalny, jest tutaj rzemielśnikiem chwytającym jednak za serce swoim głosem, przynajmniej jeśli o mnie chodzi – no i mającym lekki kompleks Siverta Hoyema, którego uwielbiam. Kopie mają jednak to do siebie, że patrzy się na nie przez pryzmat oryginału i tym razem nikt się chyba nie pomyli, że podobieństwo w niektórych momentach do byłego frontmana zespołu Madrugada jest wprost uderzające, chociaż czasami w momentach większego wkurwienia Morten wznosi się w rejony Cave’a i to jest najlepsze co ten facet potrafi sprzedać i ja to kupuję jak niegdyś ojebki na wildeckim rynku. Więc jest to dobre. Jeśli o inne muzyczne inspiracje chodzi przede wszystkim jest to swoisty kompozyt zadymionej knajpy w której egzystuje wspomniany Nick Cave i jego Bad Seeds, David Eugene Edwards ze swoją americaną z czasów 16 Horsepower oraz pewien romantyzm wsparty kręgosłupem Madrugady i tego całego rock noir z dodatkiem wskazaniem na My Midnight Creeps czy Ricochets. Mógłbym nawiązań takich wymieniać w nieskonczoność ALE MI SIE KURWA NIE CHCE i mam pyry na gazie.

Jeśli jednak o treści i przekaz chodzi to jest tutaj mnóstwo nawiązań do dark, gothic country czy nawet starych spaghetti westernów w takich kawałkach jak eklektyczny i pełen niespodzianek Italian Curse (czuję kurewsko mroczny klimat Corbucciego – na deser Klaus ujebujący komuś ucho) Louise, We All Fall Down będący zawieszeniem stanu myśli nad… no właśnie posłuchajcie sami, jeden z bardziej energicznych numerów na tym albumie obok takiego Right In Front Of You. Czasami jest ckliwie jak w Funeral Moon, IMHO najnudniejszym kawałku na płycie, jeśli dalej o balladowe granie chodzi to w For Someone To Love nie ma już za to tego problemu i bywa przejmująco, co ukazuje tak naprawdę skrawek geniuszu i tego jak temperatura wpływa na nasze emocje (słyszałem że szwedki podczas robienia loda np. płaczą hehehehe WODY). W Row za to wkrada się chęć flirtu z dark cabaretem znanym mi z zespołu Adama Szklane Oko, więc jest spoko. Sami panowie w swoich inspiracjach jeśli o sztukę inną niż muzyka chodzi wymieniają Midnight In The Garden of Good And Evil (REALLY? A Clint Eastwood nakręcił na podstawie Berendta wcale nie taki słaby film, zajebiści Jude Law i Kevin Spacey, ten drugi jak zwykle grający kogoś nie do końca normalnego) czy Cormaca McCarthy’ego (brakuje mi tutaj neurozy, melancholii i skurwysyństwa). A czego tam jeszcze nie ma? Krzysztofa Rutkowskiego, bo jest nawet Edgar Allan Poe i jakiś Wowenhand (tak tak, jak głosi informacja na stronie zespołu). Trochę im z tym wszystkim nie wierzę bo mimo wszystko, jest zbyt ładnie, bez zaskoczki oraz dosyć przewidywalnie. Panowie nie walą kupy, ale nie można powiedzieć, że nie walą również ściemy 🙂

Reasuming będzie konkretny. Podobało mi się, ale wszystko gdzieś już to słyszałem. Być może muzyka ponadczasowa jak łysina Grzesia Laty być może to tylko odgrzewany kotlet, jednak brak neurozy i zbytniej melancholii nie popsuł mi ciekawych wrażeń z odsłuchu i myślę, że płyta ta jest łatwo przyswajalna i chwyci każdego, nawet bez posiłkowania się dodatkowymi katalizatorami w postaci bourbonu czy whiskey.

Reklamy

On the run

Posted in The Qemists with tags , , , , on Luty 19, 2012 by kubeusz

THE QEMISTS – JOIN THE Q [2009]

1. Stompbox
2. Lost Weekend
3. On the Run
4. Dem Na Like Me
5. S.W.A.G. (Intro)
6. S.W.A.G.
7. Drop Audio
8. When Ur Lonely
9. Soundface
10. Got One Life
11. The Perfect High

The Qemists to już nie młode, Brytyjskie trio. Powstali w okolicach 1990 roku i uprawiali jakieś tam rockowe granie. Dopiero w drugiej połowie lat ’90 zainteresowali się muzyką drum ‚n’ bass i bardziej połamanymi rytmami. Tak sobie istnieli, grali, aż w końcu, przyszedł rok 2009 kiedy to światło dzienne ujrzał pełnoprawny debiut – Join The Q.

Fuzja rocka i elektroniki spod znaku d’n’b? Hmm, szczerze powiedziawszy po tym co sprezentowało na swoich albumach Pendulum (o takich rzygach jak Hadouken! nawet nie wspominam) byłem raczej sceptycznie nastawiony do tego typu kolaboracji. Na szczęście, niepotrzebnie, okazuje się się Brytyjczycy pokazali światu jak się to powinno robić.

Join The Q to naprawdę solidny album. Ma wszystko to, co powinien mieć krążek, na którym spotyka się rock oraz d’n’b (a nie kiedy i hip-hopowe rytmy się tu wkradną). Czego można chcieć od takiej muzyki? Na nudę narzekać na pewno nie można, są przeboje, refreny zapadają w pamięć, kopniak w zadek też jest, żyć nie umierać. Do tego dochodzą zajebiste sample i masa gości (między innymi Mike Patton, Jenna G. MC Navigator). Zbierając to wszystko razem, otrzymujemy istną petardę, idealnie nadająca się np do samochodu. Uwierzcie mi, słuchając Join The Q, człowiek od razu ma ochotę szybciej jechać, a noga samoczynnie dociska pedał gazu do oporu. Jednak nie polecam słuchać w domu, ładunek energii zawarty na płycie, może mieć zły wpływ na stan waszych sprzętów domowych. Począwszy od Stompbox (rewelacyjny cover w wykonaniu Spor’a), przez taki hiciory jak: bardzo rockowy Lost Weekend, drum ‚n’ bassowy On The Run, cz hip-hopowy Dem Na Like Me a na mocarnym The Perfect High kończąc, mamy do czynienia z muzyką rozrywkową najwyższych lotów.

Nie widziałem ich (jeszcze) na żywo, ale słuchając Join The Q (oraz równie zajebistego Spirit Of The System), jestem pewien, że chłopaki dupy nie dają. Ta muzyka jest wręcz stworzona do koncertowego szaleństwa. Jak ktoś poszukuje muzyki prostej, ale zarazem pełnej energii, zróżnicowanej i nie ma klapek na oczach, niech sięga po debiut The Qemists (po drugi w sumie też, kontynuuje to co zapoczątkował Join The Q) bo to kawał dobrej, kopiącej zad muzyki.

Last days, of my life…

Posted in Der Blaue Reiter with tags , , , , on Luty 18, 2012 by kubeusz

DER BLAUE REITER – NUCLEAR SUN: CHRONICLE OF A NUCLEAR DISASTER [2009] 

Prologue
1. Part I – Main Titles „The Children Of Chernobyl”
First Episode [The Disaster]
2. Part II – Fourth Reactor
3. Part III – Radioactive
Second Episode [The Ghost City]
4. Part IV – Last Days Of Pripiath
5. Part V – 1st Of May
6. Part VI – The Fall Of Light
Third Episode [The Heroes Of Humanity]
7. Part VII – Walking To The Abyss
8. Part VIII – Nuclear Sun
9. Part IX – The Liquidators
10. Part X – End Credits „In Memoriam”

Co może wyjść z połączenia mrocznych elektronicznych pejzaży, zimnych maszynowych dźwięków oraz tematyki katastrofy w Czarnobylu? Odpowiedź jest prosta i znajduje się poniżej 😉

Der Blaue Reiter to projekt dwójki muzyków: Sathorysa Elenortha oraz Lady Nott. Niestety nie znam innej muzyki, której ten duet stworzył. Na szczęście, nie przeszkadza mi to, w czerpaniu radości (w tym wypadku to nie do końca odpowiednie słowo) z ich najnowszego dziecka: Nuclear Sun – Chronicle Of A Nuclear Disaster.

Patrząc na playlistę, nietrudno skojarzyć, że muzyczna historia związana będzie z Czarnobylem. I tak jest w istocie, duet za pomocą dźwięków przenosi nas w tamte czasy i ukazuje ostatnie dni Prypeci i okolic z różnych perspektych. A to wszystko dzięki zastosowanym środkom wyrazu. Wspomniany duet, z iście zegarmistrzowską precyzją operuje dźwiękami oraz detalami, które potęgują wrażenia i sprawiają, że wyobraźnia działa na najwyższych obrotach.

Weźmy na przykład fragment rozpoczynający płytę. Zaczyna się pełną pompy Katiuszą, na miejsce, której pomału pojawiają się dźwięki alarmu a kilka chwil później płacz dziecka i smutna melodia na fortepianie i smyczki. Całość kończą dziecięce okrzyki pełne radości, po chwili zaś, pojawia się iście anielska muzyka, pieśń nad duszami zmarłych.

Tak jest właśnie skonstruowana cała płyta, niekiedy muzyka chwytająca za serce (fragmenty Main Titles: The Children Of Chernobyl, The Last Days Of Pripiath), czasem wyjęta prosto z fabryk (w tym wypadku z elektrowni) jak w Fourth Reactor czy 1st Of May. Często zdarza się zahaczyć o zimne, darkambientowe dźwięki od których skóra cierpnie na plecach (Nuclear Sun). Do tej i tak, zróżnicowanej mieszanki dochodzą odhumanizowane, recytowane teksty, które obdzierają muzykę z jakichkolwiek pozytywnych emocji, pozostawiając tylko znieczulice. Jedynie w The Liquidators możemy usłyszeć „śpiewane” wokalizy, pełne smutku.

Nuclear Sun, to tak naprawdę ścieżka dźwiękowa do filmu. Filmu, który rozgrywa się w naszym umyśle podczas słuchania tej muzyki. Tytuły, oraz (co najważniejsze) sama muzyka sprawiają, że bez najmniejszych problemów przenosimy się z Moskwy do Czarnobylskiel elektrowni, stamtąd do Prypeci. Słuchając, bez problemu widzimy oczami wyobraźni wszystkie wydarzenia.

Mógłbym tak jeszcze długo, pytanie tylko po co? Lepiej sięgnąć po ten krążek, bo to kawał bardzo dobrej, klimatycznej muzyki przez duże M. Jedno z moich najciekawszych odkryć. Poniżej jeden fragment, nijak reprezentatywny, ale słuchanie tego w kawałkach mija się z celem.

 

Low pressure zone

Posted in Clubroot with tags , , , , on Styczeń 31, 2012 by kubeusz

CLUBROOT – CLUBROOT [2009]

1. Low Pressure Zone
2. Embryo
3. High Strung
4. Dulcet
5. Lucid Dream
6. Birth Interlude
7. Talisman
8. Nexus
9. Sempiternal
10. Serendipity Dub

Nie myślałem, że jeszcze zagości tu jakaś dubstepowa produkcja, a tu proszę – taka niespodzianka. Bawiąc się w marynarza pływającego po morzu gówna trafiałem na różne produkcje, jedne lepsze inne gorsze, ale wszystkie po jakimś czasie okazywały się słabe. Wyjątkiem, którego do dziś słucham z niemałą przyjemnością jest Clubroot – istna dubstepowa perełka w worku pełnym szamba, z którego aż się wylewa.

Tym czymś, co odróżnia muzykę Dana Richmond’a od wszelakiej dubstepowej gawiedzi jest klimat. Słuchając debiutanckiego krążka dochodzę do wniosku, że jest nic i jest Clubroot. Człowiek ten w nudne dubstepowe dźwięki potrafił bardzo sprawnie i zgrabnie wpleść dużą dozę ambientu, czy też jego mroczniejszej odmiany, a to wszystko podlane futurystycznym sosem. Jak dla mnie bomba. Słucha się tego całkiem przyjemnie, a przez nieco ponad trzy kwadranse w pomieszczeniu robi się kilka stopni chłodniej, a powietrze przesyca smog miasta z XXII wieku. Bujające, hipnotyczne wręcz dźwięki tylko pogłębiają wrażenia estetyczne. O tak, gdy człowiek się wkręci w ten album, to mija on niesamowicie szybko i nawet nie sposób zauważyć, gdzie przeminęły te wszystkie emocje i uczucia zawarte na tej płycie. „Lecący”, futurystyczny Low Pressure Zone, dołujący High Strung i Nexus, przepiękny Lucid Dream (ta prosta melodyjka potrafi dniami siedzieć w głowie), czy pełne świeżego powietrza i „lekkie” Birth Interlude albo Sempiternal to doskonałe przykłady, godnie reprezentujące ten krążek.

Aż sam się sobie dziwię, że tak łatwo dałem radę zaakceptować ten album. Clubroot ma „rękę” do pisania całkiem zgrabnych i klimatycznych wałków. Oby tak dalej – tylko więcej ambientu a mniej dubstepu i będzie rewelacyjnie. 🙂

Boring things

Posted in Nosaj Thing with tags , , on Styczeń 17, 2012 by kubeusz

NOSAJ THING – DRIFT [2009]

1. Quest
2. Fog
3. Coat of Arms
4. IOIO
5. 1685/Bach
6. Caves
7. Light #1
8. Light #2
9. 2222
10. Us
11. Voices
12. Lords

Próbowałem, naprawdę próbowałem i nic. Tyle czasu minęło odkąd pierwszy raz zetknąłem się z Drift i słuchałem go na przestrzeni dość sporej ilości czasu. Niestety, moje starania poszły na marne i nie udało mi się przekonać do pana Jasona Chunga. No po prostu nie dostrzegam tych zachwytów i peanów, które można było usłyszeć bądź przeczytać na temat debiutanckiego albumu Nosaj Thing.

W czym tkwi problem? Zasadniczo w niczym. Po prostu ten album jest dla mnie nijaki i nie pojmuję ochów i achów, które go określały. Nie przekonuje mnie pseudo-klimatyczny Fog, średni Us (momentami nawet przyjemny), czy nudny Voices. Podobnie jak nie do końca przekonują mnie dwie części Light oraz 2222 – ot, po prostu sobie przelatują bez żadnych emocji, ani ziębią ani grzeją. Jedyne pozytywne momenty to, jak dla mnie, Coat of Arms, IOIO 1685/Bach, Caves i Lords. Numery, gdzie coś się dzieje wychodzą Nosajowi znacznie lepiej, niż klimatyczne gówienka, w których na próżno tego klimatu szukać (albo zwyczajnie ja go nie dostrzegam. Nie wiem, może co innego rozumiem pod pojęciem „klimatyczna muzyka”). Żeby nie było, uwielbiam muzę z odpowiednią aurą. Moim zdaniem lepiej wypada mieszanka hh, dubstepu (błeee) i glitchu upstrzona kilkoma fajnymi dźwiękami. Jednak żeby nie było, wcale nie uważam tych numerów za dobre – co najwyżej średnie i jeśli miałbym słuchać tego albumu, to zdecydowanie tych wyżej wspomnianych. Po co jednak słuchać średniactwa, skoro jest tyle świetnej muzyki? Jak dla mnie te parę znośnych kawałków to za mało, abym wracał do tej płyty.

Nazwijcie mnie ignorantem, ale jak dla mnie Nosaj Thing nie prezentuje niczego ciekawego. Czy sięgnę po jego następne dokonanie? Pewnie tak, ciekawość zwycięży. Mam nadzieje, że będzie lepiej niż do tej pory i że album wyjdzie zanim ja się zestarzeję. Ale na ten moment nie wierzę, że wyda coś dobrego. A może Drift Remixed?

Big swing sound

Posted in Jazzsteppa with tags , , on Styczeń 16, 2012 by kubeusz

 JAZZSTEPPA – JAZZSTEPPA [2009]

1. One
2. It Was a Train
3. AmeriCa B
4. Five
5. Alpha
6. Taylor Rain
7. 3 Gun Crime
8. Big Swing SounD
9. Big Swing DuB
10. Outro

Moja przygoda z dubstepem skończyła się równie szybko, jak się zaczęła – a może i szybciej. Teraz na samą myśl o tej muzyce mam odruchy wymiotne, jednak podczas prób przetrawienia tej muzyki (raczej pobieżnej, bo na dogłębne poznanie brak mi sił i chęci) natknąłem się na kilku artystów, którzy przykuli moją uwagę na dłużej.

Jednym z takich projektów jest (albo była) Jazzsteppa, która po wydaniu kilku epek wypuściła w 2009 roku pełnoprawny album zatytułowany po prostu Jazzsteppa. Ale czym ten krążek wyróżnia się na tle innych dubstepowych produkcji? Czy jest coś, co różni go od innych 40 minutowych płyt wypełnionych bezustannym woobwoobwooooobwoobwowowowwoooob, balansującym niczym pijany menel po chodniku, mruczącym basem? Oczywiście że tak – gdyby było inaczej, nie męczyłbym klawiatury. Otóż, po pierwsze – grają przy użyciu prawdziwych instrumentów akustycznych, a to już jest jakaś nowość, zwłaszcza, że to pierwsza grupa dubstepowa, która się na to porwała. Druga rzecz, to jazzowe wpływy, które są całkiem miłym umilaczem. Szkoda tylko, że są trochę schowane i raz na jakiś czas wypływają na powierzchnię, a nie tak, jak w Investment Decision, są równoprawnym środkiem muzycznym. Swoją drogą żałuję, że zabrakło go na tym albumie, bo to zdecydowanie jeden z lepszych numerów skomponowanych przez duet. Gdyby cała płyta była właśnie taka, to byłbym naprawdę bardzo zadowolony. Ale… może następny krążek taki będzie. Debiut bowiem, mimo odważnych decyzji, jest nieco samozachowawczy – z jednej strony właśnie to przełamywanie lodów i innowacje (instrumenty akustyczne, jazzowe wpływy), a z drugiej – obawa (może przed brakiem akceptacji?). Suma sumarum, Jazzsteppa brzmi jak nie do końca śmiałe stawianie kroków na dubstepowym poletku. Jednak całej płyty słucha się całkiem przyjemnie – co prawda wyrzuciłbym stąd ze 3 wałki (Alpha, 3 Gun Crime oraz Big Swing Dub), ale nie szkodzą znów tak bardzo (takie America B, It Was A Train czy Taylor Rain są doskonałą przeciwwagą dla tych wypełniaczy).

Czy Jazzsteppa jest warta poznania? Hmm, i tak i nie. Tak – bo to całkiem przyjemny dla ucha i całkiem oryginalny w dubstepowym świecie twór, a nie – bo w elektronice jest cała masa innych i ciekawszych rzeczy. Amen.

Bastard killer

Posted in Original Sin with tags , , on Styczeń 13, 2012 by kubeusz

ORIGINAL SIN – GROW YOUR WINGS [2009]

1. Therapy
2. Kiss
3. R Bass
4. Dayz
5. Pimp Don’t Limp
6. Your Love feat Fexie Muiso
7. Ark
8. Dangerous
9. Without You
10. Step On feat MC Roly
11. Bastard Killer
12. Promise Me
13. 3000 Miles

Original Sin poznałem chyba zupełnym przypadkiem, ot poszukując zapewne jakiegoś d’n’b. Pod tym szyldem ukrywa się niejaki Adam Tindall który jako OS uraczył nas do tej pory jednym albumem – Grow Your Wings

Nie jestem ekspertem w dziedzinie d’n’b ani jego zagorzałym słuchaczem, jednak już od rozpoczynającego album Therapy wiedziałem że „to jest to”. Uczucie to pogłębił jeszcze fakt, że album brzmi jak…kontynuacja Hold Your Colour. Słuchając kolejnych numerów coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu że tak powinien grać Pendulum po swojej pierwszej płycie, Australijczycy mi tego nie dali, dał mi to za to Original Sin. 67 minut konkretnego, zawierającego sporą dawkę melodii drum ‚n’ bassu. Wśród tych 13 walków ciężko wybrać coś co naprawdę błyszczy na tle pozostałych bo tu są same dobre wałki, słuchając Ark stwierdziłbym że to on jest najlepszy, gdybym słuchał Without You – powiedziałbym to samo, nie wspominając już o takich killerach jak Step On czy Bastard Killer. Przyznać się muszę, że na początku krążek był dla mnie nieco męczący, druga połowa krążka wchodziła znacznie trudniej, album powodował pewne znużenie. Jednak po jakimś czasie uczucie to przeszło i ostatnio coraz częściej zasłuchuję się Grow Your Wings ciesząc się nim w całej okazałości.

Kiedyś bolało mnie to że Pendulum odszedł od drum ‚n’ bassu, jednak odkąd natrafiłem na Original Sin nie muszę się przejmować marnymi albumami Australijczykow, oby tylko Adam Tindall nie popełnił tego samego błędu. Liczę na to że nie zawiedzie bo czekam na nowy album, który będzie co najmniej tak samo dobry jak Grow Your Wings.

%d blogerów lubi to: