Archiwum dla Kwiecień, 2012

Iron Maiden na zwolnionych obrotach

Posted in Uncategorized with tags , , , , , on Kwiecień 2, 2012 by delff

IRON MAIDEN – MAIDEN VOYAGE [1969]

1. Falling
2. Ned Kelly
3. Liar
4. Ritual
5. CC Ryder
6. Plague
7. Ballad of Martha Kent
8. God of Darkness

Dziś pragnę wam przedstawić pierwszą żelazną dziewicę. Nie usłyszycie tu jednak ani Bruce’a Dickinsona ani Paula Di’Anno. Samo brzmienie z heavy metalem też nie ma wiele wspólnego.
Angielska grupa nazywana nieformalnie Bolton Iron Maiden nagrała swoją jedyną płytę w 1969 roku. Za wokal odpowiadał Steve Drewett, zaś za gitary i perkusję Barry Skeels, Paul Reynolds i Trevor Thoms (po rozpadzie IM muzycy grali w takich zespołach jak: Zior, Moon czy The Pinkees).

Dźwięki, które możemy usłyszeć na Maiden Voyage określone zostały jako hard-rock/proto doom-metal. Brzmienie jest zatem stosunkowo ciężkie jak na lata 60. Płyta ma szeroko rozbudowane partie gitarowe, jest tu sporo miejsca na improwizację, a wszystko zamyka się w dobrym rockowym klimacie. Na wstępie dostajemy hipnotyzujący  Fallen, moim zdaniem będący najlepszą pozycją na płycie. Godny uwagi jest na pewno Liar i Ballad of Martha Kent.

Płyta nie oszałamia jakością i są na niej pewne niedoróbki, nie zmienia to jednak faktu, że jest stosunkowo ciekawą i wartą uwagi pozycją.

… z Lecha, z Piasta

Posted in Lao Che with tags , , , , on Kwiecień 1, 2012 by saimonix

 LAO CHE – GUSŁA (2002)

01. Astrolog
02. Kniaź 
03. Klucznik/rozdziobią nas kruki i wrony 
04. Wiedźma
05. Junak 
06. Lelum Polelum
07. Mars-Anioł Choroby
08. Nałożnica
09. Did Lirnik
10. Topielce
11. Komtur
12. Jestem Słowianinem
13. Wisielec
14. Kat

Witam po dłuższej przerwie. Chciałbym zaproponować Wam dziś płytę, która jest jedną z trudniejszych w odbiorze, z jakimi spotkałem się za młodu. Lao Che jest z pewnością zespołem, który wiele z Was kojarzy przynajmniej z nazwy. Od czasu, kiedy przebojem wkroczyli na „szerszą” scenę muzyczną w Polsce z płytą „Powstanie Warszawskie” w 2005, zdążyli wyrobić sobie już solidną pozycję i całkiem pokaźną rzeszę fanów, której jestem szczęśliwym członkiem. Jak łatwo zgadnąć, poznałem ich właśnie dzięki drugiemu krążkowi, a z racji mojego młodzieńczego i dziś wieku, było to jeszcze w czasach gimnazjalnych. „Powstanie Warszawskie” sporo namieszało w mojej świadomości (m.in. obudziło fascynację historią) i jest jedną z płyt, które cenię sobie najbardziej, ale o nim innym razem. W każdym razie, naturalnym jest, by sięgnąć w podobnym przypadku po pozostałą część dorobku zespołu, który zrobił takie wrażenie. Sięgnąłem i… nic nie zrozumiałem. Nie podobała mi się ani dziwaczna, niewyraźna muzyka, ani teksty, z których nabijałem się z dobrym kumplem (Lelum polelum). Dlatego płyta nie przypadła mi wtedy do gustu i odstawiona na bok leżała sobie na dysku czekając na lepsze czasy. Czasy nadeszły dopiero 5 lat później, bo postanowiłem do niej wrócić przy okazji słuchania najnowszej (do dzisiaj) płyty ekipy z Płocka, czyli Prąd stały/Prąd zmienny. I tym razem… znów mocne wrażenie. Ale już graniczące z zachwytem. Po przerobieniu programu szkolnego z literatury polskiej i naszej historii, przeczytaniu kilku kilo książek na ten temat i ogólnie rzecz biorąc, po pięciu latach samorozwoju ukierunkowanego na „humanistykę” zrozumienie płyty nie było już trudne. Muzycznie też udało mi się pójść trochę dalej i wyjrzeć poza thrash metal 😉

                Do rzeczy więc. „Gusła” zawiera bardzo mroczną, ponurą, minimalistyczną (choć z odstępstwami) muzykę, którą, gdybym musiał otagować, opisałbym m.in. jako folk, ambient, słuchowisko, alternatywa (he-he), momentami nawet disco i wiele innych. W użyciu jest wiele instrumentów, poczynając od klasycznych spotykanych w szeroko pojętej muzyce rockowej, przez klawisze, po różnego typu „przeszkadzajki” w rodzaju deszczowej rury, trójkąt, a wszystko spięte samplerem. Nie jest to muzyka, w której można znaleźć, poza nielicznymi wyjątkami (Klucznik), rytm czy melodię. Chwilami przechodzi nawet w słuchowisko, słychać tylko odgłosy lasu, szum wody i okazyjne delikatne dźwięki, jakie w filmach wydaje magia (Topielce). Skupiono się tutaj raczej na stworzeniu odpowiedniego klimatu i tła dla tekstów.

Teksty! To jest najważniejsza treść i siła tej płyty. Całe „Gusła” to koncept album – świder prosto w polskosłowiańskość, mroki średniowiecza i omszałe ruiny zamków gdzieś na Białorusi w których brodaci kniaziowie pili do upadłego i prali się po mordach, wyłowionych z rzeki obelisków o czterech twarzach, zarośniętych leśnych jezior z czającymi się pod wodą topielcami, wędrownych dziadów w łapciach opowiadających straszne historie przy śmierdzących łojem świecach, zawierający niezliczoną ilość nawiązań i motywów z polskiej literatury i historii. Przez to wszystko przewalają się na przemian zbrojno i konno Krzyżacy, Tatarzy i Litwini, paląc, grabiąc, mordując i biorąc w jasyr. Co się ostanie, to dobija mór albo porywa w swoje objęcia leszy czy inna paskuda prosto z chłopskiej wyobraźni. Gdzieś w tle słychać jeszcze wrzaski palonej na stosie ostatniej żywej wieśniaczki, którą wzięto za wiedźmę, a wszystko zawarte w 70 minutach. Wystarczy spojrzeć na tytuły utworów, nie trzeba nawet, wystarczy posłuchać pierwszych dźwięków i słów pojawiających się po odpaleniu płyty – „Kto zacz? Wystąp! Odpowiedz!//Kto zacz? Zaklinam! Odpowiadaj!//Pomnij! – „…niż mędrca szkiełko i oko…””. Spięty (frontman i gitarzysta, wokalista i autor tekstów) to prawdziwy czarodziej słowa pisanego, w mojej opinii talentem dorównujący największym poetom znanym naszemu językowi. Każdy wers na tej płycie to prawdziwy słowny majstersztyk, który można rozumieć na wszelkie możliwe sposoby, a jeśli odłożyć na jakiś czas poszukiwania przesłania i mądrości płynące z poezji, to po prostu mała pigułka która w naszej głowie eksploduje skojarzeniami, obrazami, myślami, razem tworzącymi KLIMAT. Gdybyśmy żyli w kreskówce, z „Guseł” wydobywałaby się nasza polsko – słowiańska narodowa tożsamość w postaci srebrzystej mgły, która przenika nas całych i unosi znad podłogi za każdym odtworzeniem.

                Utwory, które najbardziej przypadły mi do gustu to nr. 11 i 12, tj. Komtur i Jestem Słowianinem. Nie mogę powiedzieć, że są lepszej jakości niż pozostałe, bo cała płyta trzyma niesamowicie wysoki, wybitny wręcz poziom. Te dwa po prostu najlepiej skojarzeniowo i uczuciowo trafiają w moje gusta. „Gusła” to doskonały przykład, jak można czerpać garściami z naszej tradycji historycznej, literackiej i szerzej kulturowej, tworząc muzykę nowoczesną, po części tzw. popularną, nie spłaszczając składników ani o cal, a nawet uwypuklając ich przekaz i znaczenie. Dodam jeszcze, że od kiedy Lao Che poznałem (2006) byłem na ich koncercie 7 razy, a ostatni raz… w 2009. Czas więc nadrobić zaległości, bo szykuje się nowa płyta, a każdy z koncertów był wspaniały i na jak najwyższym poziomie. Wiele utworów można było usłyszeć też na nich w nowej aranżacji. Polecam Wam z czystym sercem „Gusła”, jak i wszystkie pozostałe płyty Lao Che, ale o nich innym razem 🙂

%d blogerów lubi to: