Archiwum dla 1972

I was, I am, I am to come

Posted in Aphrodite's Child with tags , , , , , , on Marzec 4, 2012 by delff

APHRODITE’S CHILD – 666 [1972]

Disc I
1. The System
2. Babylon
3. Loud, Loud, Loud
4. The Four Horsemen
5. The Lamb
6. The Seventh Seal
7. Aegian Sea
8. Seven Bowls
9. The Wakening Beast
10. Lament
11. The Marching Beast
12. The Battle Of The Locusts
13. Do It
14. Tribulation
15. The Beast
16. Ofis

Disc II
1. Seven Trumpets
2. Altamont
3. The Wedding Of The Lamb
4. The Capture Of The Beast
5. ∞
6. Hic Et Nunc
7. All The Seats Were Occupied
8. Break

Z entuzjazmem muzycznego neofity trafiam prosto w środek apokalipsy. Co, gdyby obedrzeć Księgę Objawienia z całego patosu, zdegradować ją do poziomu, któremu bliżej do farsy niż uświęconego kultu? A może od razu umieśćmy ją w latach 60, w samym środku cyrkowego przedstawienia.

Costas Ferris jest autorem ,,concept book” aranżującego Apokalipsę św. Jana w czas rozkwitu flower-power. Zespół Aphrodite’s Child zmuszony przez wytwórnię do wydania na świat kolejnego krążka bierze na warsztat temat dość kontrowersyjny i tak między 1970 a 1972 rokiem rodzi się jedna z ikon progresywnego rocka i jeden z pierwszych koncept albumów – 666.

Jeżeli kojarzycie Demisa Roussosa jedynie jako starszego pana śpiewającego urokliwe Tiki Tiki czy Goodbye My Love, Goodbye to waszej uwadze umknęło zapewne ,,Dziecię Afrodyty”.
Historia zespołu sięga 1968 roku, kiedy wspomniany basista i wokalista Artemios Ventouris Roussos wraz z perkusistą Lucasem Siderasem spotykają multiinstrumentalistę Evengelio Odyssey Papathanassiou (Vangelisa). Pierwsze dwie płyty nie zapewniają grupie popularności. Dopiero trzecia i ostania, powstającą już w bardzo złej atmosferze, pozwala na osiągniecie komercyjnego sukcesu.

Pierwszy kontakt z 666 to około 80 minut fascynacji wielką różnorodnością brzmienia. Dostajemy od Aphrodite’s Child dwie płyty, w których nie ma właściwie słabych punktów jeśli chodzi o brzmienie. Jednak w porównaniu z całą ,,oprawą” zaczyna ono schodzić na drugi plan.

Na wejściu dostajemy The System ze słowami We’ve got the System, to fuck the System!  [sic!]. W jednym z opracowań twórczości AC zetknęłam się ze stwierdzeniem, że to właśnie ironia i sarkazm są kluczem do zrozumienia tej płyty, z czym nie sposób się nie zgodzić. The Four Horsemen i The Lamb są mocnymi uderzeniami pokazującymi klimat nagrania. W Do It mamy nawiązanie do książki  Jerry Rubin pokazującej rewolucję lat 60.
Pod koniec pierwszej płyty pojawia się The Ofis w którym swego głosu użycza jeden z najpopularniejszy grecki malarzy Yiannis Tsarouhis.

Dobrze, wiemy już, że zobaczymy apokalipsę oczami hipisów i wszystko będzie przypominać telewizyjny show, cóż zatem mogło wzbudzić wielkie kontrowersje dookoła tej płyty, by nazwać ją raczej pornografią niż muzyką. Między brzmieniami w stylu fusion (Altamont) i brzmieniami podchodzącymi pod pop (Hic et Nunc) pojawia się utwór ,,”.
Infinity
nie jest niczym innym niż 5 minutowym, improwizowanym przez samą Irene Papas orgazmem. Powtarza ona obsesyjnie frazę I was, I am, I am to come będącą inwersją biblijnego Who was, is, is to come. Warty uwagi jest fakt, że oryginalne nagranie miało nie 5 a 39 minut !

Koncept 666 zrobił wielkie wrażenie na samym Salvadorze Dali. Chciał on nawet wyreżyserować wielki happening towarzyszący wydaniu płyty (zachęcam do rzucenia okiem na całą historię). Zawarł on tam takie punkty jak:
– Soldiers dressed in Nazi uniforms, will walk in military march in the streets of Barcelona, arresting who-ever wants to break the law.
– Hundreds of swans will be left to move in front of the Sagrada Famiglia, with pieces of dynamite in their bellies, which will explode in slow motion by special effects.
(real living swans, that should be operated for putting the dynamite inside their belly).

Płyta jest intelektualną jazdą po bandzie. Zmusiła do większych przemyśleń, niż te które narzuca sztandarowe potraktowanie tematu. Oskarżana nawet o okultystyczne treści jest pozycją o doskonale rozbudowanym merytorycznie,,zapleczu”. Nie często udaje się trafić na płytę, która łączy treść i formę z tak dobrym rezultatem. Pozycja obowiązkowa.

Irrlicht

Posted in Klaus Schulze with tags , , , on Luty 7, 2012 by kubeusz

KLAUS SCHULZE – IRRLICHT [1972]

1. Satz: Ebene
2. Satz: Gewitter (Energy Rise – Energy Collaps)
3. Satz: Exil Sils Maria

Klaus Schulze to legenda muzyki elektronicznej, człowiek który wydał dziesiątki płyt,  oraz człowiek, który był współtwórcą debiutanckich płyt Tangerine Dream oraz Ash Ra Tempel, a także współpracował z całą masą innych muzyków (Pete Namlook czy Rainer Bloss) . W 1972 roku wydał swój pełnoprawny debiut. Ja co prawda z racji wieku, poznałem tego Pana długo, długo później dzięki „Dziękuję Poland” na winylu, ale jakiś czas temu postanowiłem zmierzyć się „na poważnie” z przebogatą dyskografią tego artysty.

Irrlicht, to album wyjątkowy. Nie tylko ze względu na doskonałą muzykę (o tej poniżej), ale również, ze względu na fakt, że reprezentuje ona bardziej „eksperymentalny” okres twórczości muzyka. Wraz z Cyborgiem (o tym też niebawem), stanowi bardzo, hmm, abstrakcyjny duet, który nie każdy rozumie, bądź akceptuje. Ale to nie jest w tej chwili ważne. Skupmy się na doskonałej muzyce, którą można znaleźć na Irrlicht.

Klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Gęsty i lepki, niczym smoła, zimny jak lód, skutecznie wwiercający się w umysł słuchacza. Satz Ebene to iście Lovercraftowa jazda bez trzymanki w stronę szaleństwa. Zaczynająca się niepozornie, by po chwili przygniatać i dołować nastrojem i klimatem. Pustka, noc, ponura przyszłość, kosmos, szaleństwo, samotność, takie epitety cisną się na usta, gdy chce się mówić (pisać) o tej muzyce. Z każdą minutą ten utwór staje się coraz potężniejszy, przygniata słuchacza, podobnie jak u Samotnika z Providence, szaleństwo jest nieuniknione. Potężne organy wraz z potępieńczym wyciem wiatru sprawiają, że nie da się przejść obojętnie obok tej muzyki. Satz Ebene, to bez wątpienia jeden z najbardziej klimatycznych i złowieszczych utworów na ziemi. Pustka, cisza i dźwięki odległego świata w Satz Gewritter tylko potęgują oderwanie od rzeczywistości. Ten wspaniały album kończy Satz Exil Sils Maria, ponad 20 minutowa, ponura kompozycja, której dziś pewnie przylepiono by łatkę dark ambient. Doskonale wpasowuje się w nastrój tego albumu, po totalnym oderwaniu się od rzeczywistości, z każdą sekundą odpływamy coraz dalej. Pozornie nic się nie dzieje, ale wystarczy się wsłuchać w te dźwięki, aby stwierdzić że odsłuchanie Satz Exil Sils Maria w nocy w środku lasu byłoby bardzo przerażającym przeżyciem. Pisząc ten tekst po ciemku, boję się odwrócić za siebie, aż strach pomyśleć coby się działo w lesie, w samotności.

 Irrlicht to kawał bardzo dobrej muzyki, ale też trudnej w odbiorze. Nie wszystkim się ona spodoba, jednak jeśli ktoś lubi eksperymenty, to polecam jak najbardziej. Również, jak ktoś lubuje się w mrocznych dźwiękach i wszelakie dark ambientowe, czy dronowe projekty częstą goszczą u niego w odtwarzaczu, nie powinien czuć się zawiedziony. Dla mnie Irrlicht, to dopiero wstęp do przebogatego, muzycznego świata jaki stworzył i nadal tworzy Klaus Schulze. Poniżej(doskonała), alternatywna okładka.

%d blogerów lubi to: