Archiwum dla hardcore

My girlfriend just left…

Posted in Fudge Tunnel with tags , , on Luty 23, 2012 by pandemon777

FUDGE TUNNEL – HATE SONGS IN E MINOR (1991)

1. Hate Song

2. Bed Crumbs

3. Spanish Fly

4. Kitchen Belt

5. Hate Song (Version)

6. Boston Baby

7. Gut Rot

8. Soap And Water

9. Tweezers

10. Sunshine Of Your Love (Cream cover)

11. Cat Scratch Fever (Ted Nugent cover)

Wielka Brytania to jednak wysypisko świetnych zespołów, i nie wiem ile jeszcze takich perełek jak Fudge Tunnel uda mi się na przestrzeni przyszłych lat odkopać, ale mam nadzieję, że jak najwięcej. Zespół zaistniał na dosłownie pięć-sześć lat i zniknął ze sceny, ale przynajmniej pozostawił po sobie kilka płyt, przy których nie sposób nie poczuć jak „młody i gniewny” i czerpać radochę z obcowania z muzyką, która – najprościej rzecz ujmując – jest zajebista.

Fudge Tunnel powstał pod koniec lat ’80 w Notthingham, składając się z trójki kumpli, którym w sporym stopniu się poszczęściło, bo po wydaniu zaledwie dwóch singli udało im się podpisać kontrakt z kultowym Earache Records, których podopiecznymi były legendy metalowej ekstremy. Tym samym młody, początkujący zespół stanął pomiędzy takimi ikonami jak Napalm Death, Godflesh, Extreme Noise Terror, Entombed, Carcass i rzeszy innych zasłużonych zespołów.

A czy wpasowali się do grona? Idealnie wręcz, z tym, że penetrowali tereny bliższe sludge, podobnych do EyeHateGod.

Hate Songs In E Minor to przedstawiciel tego typu gitarowego rzężenia, który sobie cenię najbardziej. Zamiast pieszczenia i łagodzenia brzmienia w celu zdobycia poklasku wśród niedzielnych fanów quasi-ciężkich brzmień, stawia na uproszczoną strukturę utworów, brzmienie surowe i szorstkie, i jak ognia unika wszelkich, tanich popisów instrumentalnych. Alex Newport ze swoimi gitarowymi riffami, na które nakłada wszelkiego rodzaju efekty, potrafi stworzyć istną ścianę dźwięku, której czasami zespoły grające w dwa razy większym składzie nie są w stanie osiągnąć. Jego psychodeliczne i mozolne rzężenia, jak i ciągnące się sludge’owe riffy pięknie też współgrają z odjazdami w kierunku hardcore-punka spod znaku Black Flag. Nie ma się co spodziewać, że gdzieś się wkradnie jakaś miła melodia, gdyż całość jest zdominowana przez raczej dysharmonię i agresywną grę. Aczkolwiek całość jest na swój sposób… przebojowa. Nawet na sam koniec dostajemy dwa covery – blues-rockowy klasyk Sunshine Of Your Love  Cream oraz jeden z najsłynniejszych hitów Teda Nugenta – Cat Scratch Fever. Oba brzmią dosyć groteskowo i dziwacznie mając w głowie oryginalne wersje, ale to akurat plus, że panowie z Fudge Tunnel potraktowali sprawę po swojemu, stroniąc od zwykłego odgrywania.

W ogólnym rozrachunku dostajemy do rąk album agresywny, ciężki, wypełniony chropowatym i wrzaskliwym wokalem, pozbawiony zbędnego efekciarstwa i słodzenia, prosty i bezpośredni w wymowie. Jest nabuzowany i naładowany młodzieńczą złością, jednak wyrażoną poprzez ironiczny, brytyjski humor, bez spiny i na totalnym luzie.

Jeszcze w ramach ciekawostki dodam, że Alex Newport również brał udział w nagrywaniu debiutanckiej płyty Nailbomb, industrial metalowego projektu  lidera Sepultury, Maxa Cavalery, a później stał się całkiem uznanym producentem, współpracując z takimi zespołami jak The Mars Volta czy Death Cab For Cutie.

No, i to by było na tyle, miłego słuchania życzę w każdym razie.

Reklamy

Bye, bye asshole

Posted in Fall Of Because with tags , , , on Luty 12, 2012 by pandemon777

FALL OF BECAUSE – LIFE IS EASY (1999)

 

1. Devastator

2. Life Is Easy

3. Middle Amerika

4. Grind

5. Ecstasy Of Hate

6. Malewhoreslag

7. Lifesucker-Shitfucker

8. Merciless

9. Survive

10. Fight Show

11. X-Mas Special

Osoby, którym Killing Joke nie jest obcy, od razu skojarzą tytuł Fall Of Because, utwór pochodzący z ich drugiej płyty What’s THIS For…!. Z tego też utworu zaczerpnięto nazwę dla zespołu, który parę lat później przemianował się na Godflesh. Fall Of Because to twór, który został założony około 1983 roku, w składzie Ben G.C. Green na basie oraz Paul Neville operujący gitarą i wokalem. Z czasem też dołączył do nich Justin Broadrick, który tutaj zasiada za perkusją (podobnie jak w Head Of David). Ten sam skład jest również odpowiedzialny za dokonanie sporej rewolucji w świecie ciężkich brzmień, jednak działając pod tą nazwą dopiero krystalizowali swój styl. Panowie próbowali wydać nagrane numery w ’86 roku, niefortunnie brak wydawcy pokrzyżował im plany i materiał ujrzał światło dzienne dopiero w ’99 roku (dwa lata wcześniej Cleopatra Records chciała wydać go pod nazwą Fall of Because-Life is Easy 1986 [Godflesh-The Early Years], jednak Earache zabronił użycia nazwy Godflesh w tytule).

Tak czy inaczej, nie da się zaprzeczyć, że w swoim czasie Fall Of Because był czymś nowatorskim, i razem z Head Of David stworzyli grunty pod industrialny metal. Na samym Life Is Easy pojawiły się zresztą pierwotne wersje kilku utworów, które zostały później zamieszczone na Streetcleaner, czyli Devastator i Life Is Easy. Pomimo wielu wspólnych elementów z debiutanckim krążkiem Godflesh, muzyka Fall Of Because miała jednak odmienny charakter. Była po prostu bardziej organiczna, i, co nie jest oczywiście żadną ujmą w tym przypadku, mniej zdyscyplinowana, za to bardziej niechlujna i obskurna. Streetcleaner charakteryzował się m.in. tym, że w całości był zwartym, zmechanizowanym, mozolnym walcem, na Life Is Easy z kolei jednak znajdziemy sporo nieokrzesanej, momentami wręcz zwierzęcej dziczyzny, która przywodzi na myśl oczywiście wczesne dokonania Swans czy Discharge. Po prostu więcej tu muzyki hardcore i punkowego nastawienia, a powolne i psychodeliczne numery (Life Is Easy, Survive) kontrastują z ocierającymi się o grindową estetykę (Lifesucker-Shitfucker czy Middle Amerika). Album jest totalnie obdarty z czegokolwiek co może się kojarzyć ze słowem „piękno”, nie ma tu ani jednego melodyjnego fragmentu, tylko sam bezlitosny gwałt za pomocą dźwięków. Ostatnie dwa utwory to z kolei nagrania z koncertów Fall Of Because, dodatkowo z Nikiem Bullenem i Mickiem Harrisem w składzie, a pierwszy z nich został zatytułowany jako Fight Show z powodu bójki, która wybuchła wśród publiki podczas tego koncertu (swoją drogą czemu mnie to dziwi?).

I chociaż nie postawiłbym tego, bądź co bądź, bardzo dobrego wydawnictwa wśród ulubionych płyt, to jednak mimo wszystko jestem pełen podziwu, że ci ludzie będący wówczas młodziakami potrafili stworzyć coś tak nietuzinkowego, coś emanującego niekontrolowaną furią. Heavy metalowcy w tym czasie woleli ubierać obcisłe lateksowe spodnie, pięknie śpiewać falsetem i wdrażać do swojej muzyki jak najwięcej popisowych akrobacji instrumentalnych. Fall Of Because wolał obedrzeć ten świat z wszelkiego blichtru, sprowadzić go do pierwotnej, zminimalizowanej formy i przywołać jego radykalny charakter. I to mi zdecydowanie bardziej odpowiada.

Painted life, not real

Posted in Blood From The Soul with tags , , on Luty 12, 2012 by pandemon777

BLOOD FROM THE SOUL – TO SPITE THE GLAND THAT BREEDS (1993)

1. Painted Life

2. The Image And The Helpless

3. On Fear And Prayer

4. Guinea Pig

5. Natures Hole

6. Vascular

7. To Spite

8. Suspension Of My Disbelief

9. Yet To Be Savoured

10. Blood From The Soul

Rodziny Napalm Death ciąg dalszy. Blood From The Soul podobnie jak znaczna większość około-Napalmowych projektów koncentruje się wokół industrialu, w tym przypadku, ściślej mówiąc wokół tej gitarowej strony industrialu.

Sam zespół został założony na początku lat ’90 przez basistę Napalm Death, Shane’a Embury’ego, który na trasie swojej macierzystej kapeli poznał Lou Kollera, wokalistę hardcore’owego Sick Of It All. Panowie się zakolegowali i w czasie odpoczynku pomiędzy jedną trasą koncertową a drugą, postanowili wstąpić do studia i nagrać w ramach odskoczni jakiś album. Shane Embury, któremu wyraźnie przypadły do gustu nowe technologie zastosowane w świecie ciężkich brzmień, czyli używanie automatu perkusyjnego i samplowania, postanowił je na owym albumie też zastosować. Był też odpowiedzialny za każdy aspekt albumu poza wokalem – gitary, bas, sample, programowanie rytmów, perkusja to w całości jego działka.

I tak oto w 1993 roku został wydany pierwszy i ostatni album Blood From The Soul, który dzisiaj znany jest garstce zwolenników industrial metalowych brzmień jak i fanatyków Napalm Death, którzy w jednym palcu mają wszystko co z tym zespołem związane. Sama muzyka na To Spite The Gland That Breeds przypomina mi nieco twórczość Optimum Wound Profile, głównie ze względu na wpływy hardcore, które stanowiły wspólny element obu tych zespołów. Nie jest to album zbyt zróżnicowany, w zasadzie utwory zbudowane są na podobnych patentach – mniej lub bardziej połamanej rytmice, w większości tnących gitarowych riffach i często skandowanych wokalach pana Kellera. Aczkolwiek nie sądzę aby w tego typu muzyce zróżnicowanie jakoś specjalnie się liczyło, dopóki muzyka dostarcza odpowiednich emocji przez cały czas trwania albumu. Całość jest stosunkowo dynamiczna i agresywna (no może poza stonowanym Natures Hole, gdzie pojawia się taki niemal bluesowy luz oraz wieńczącym płytę, mozolnym Blood From The Soul), czuć tu energię i wykop, co zresztą nie powinno dziwić mając na uwadze ludzi odpowiedzialnych za ten projekt.

Osobiście po każdorazowym przesłuchaniu To Spite The Gland That Breeds czuję się usatysfakcjonowany, bo to dobry i solidny album, który zawsze lubię odświeżyć przy każdej zajawce na gitarowy industrial. Nie wiem co jeszcze mógłbym dodać poza tym, że polecam serdecznie ten, bądź co bądź, mało znany projekt.

Responsibilities

Posted in Optimum Wound Profile with tags , on Styczeń 28, 2012 by pandemon777

OPTIMUM WOUND PROFILE – LOWEST COMMON DOMINATOR (1992)

 

1. Drain

2. Tranqhead

3. Ego Crotch

4. Downmouth

5. You’re Wark

6. Blindfold

7. Incision

8. Responsibility

9. Skin

10. Melt

11. Damage

12. Crave

13. Core Melt

Kolejny komunikat do ministrantów, tfu, mea culpa, fanów Ministry znaczy się. Chciałbym po raz kolejny zarekomendować pozycję, która zwolennikom Jourgensena i spółki powinna przypaść do gustu, no bo w końcu, tak samo jak ja cenicie sobie tnące i ciężkie gitary z Psalm 69, militarny charakter, który tylko zachęca do sięgnięcia po strzelbę i marszu z naładowanym gnatem w stronę wroga, no nie? No więc nie widzę powodu, dla którego nie mielibyście zacząć z miejsca poszukiwania debiutu Optimum Wound Profile, jak i pozostałych dwóch pozycji z ich dyskografii, i zadać sobie później pytanie „gdzie byliście przez całe moje życie?”.

No, ale do rzeczy, o co chodzi z tym całym Optimum Wound Profile. Panowie pochodzą z Ipswich w UK, tam też się zebrali, stworzyli zespół i dali upust swojej złości na świat. Szkoda wielka, że krótko gościli na scenie muzycznej, i na przestrzeni pięciu lat, nagrali zaledwie 3 płyty. Dobrą wiadomością jest natomiast fakt, że wszystkie trzymają wysoki poziom i są warte „obwąchania”. Lowest Common Dominator, był pierwszym ich oficjalnym wydawnictwem i trzeba przyznać, że pokazali na nim klasę. Najkrócej można opisać ich muzykę jako mieszankę gitarowych odjazdów w kierunku estetyki hardcore-punk/crust, czyli ciętych i ciężkich, mechanicznej rytmiki (zdaje się, że to jedyny ich album z udziałem żywej perkusji), charakterystycznej dla tzw. metalu industrialnego, plus oczywiście dodatki elektroniki i sampli. To taki suchy, powierzchowny opis „z czym to się je”. I choć zespół nie wniósł specjalnie rewolucyjnych rozwiązań w swoim środowisku, to jednak pozostał zespołem oryginalnym, z własnym charakterem. A sama kompozycje, jak wyglądają? Hit goni hit, wszystkie zagrane z pazurem, energią i wykopem, czyli tak jak na solidne hardcore’owe łojenie przystało. Przez niemal całą płytę głowa sama się kiwa (aż mi się tęskno za długimi włosami robi), noga tupie odruchowo i nie da się tego kontrolować, a radochy ze słuchania co niemiara. Jedynym momentem naprawdę odmiennym jest wieńczący płytę, „fabryczny” Core Melt oraz poprzedzający go utwór Crave, który rozpoczyna się delikatną grą gitary akustycznej, wprowadzającej kompletnie inny nastrój, przekształcając się później w niepokojące, ciężkawe tło muzyczne z dosyć duszną i niepokojącą atmosferą, do zwierzeń albo wywiadu z jakimś psychopatą. Przynajmniej tak zakładam, bo nie jestem w stanie w tej dźwiękowej mgle dokładnie zidentyfikować kto to, i o czym mówi. Wracając jeszcze do kwestii inspiracji crustem, to prawdopodobnie zapożyczonym patentem są tutaj dwa zachrypnięte i wrzaskliwe wokale, jeden operujący na niższych rejestrach, drugi na wyższych. Trochę jak ukłon w stronę Extreme Noise Terror, który lata wstecz wykorzystał również dwa różne głosy na debiutanckim splicie z Chaos UK, Earslaughter.

Różnie mógłbym określić muzykę z Lowest Common Dominator, hardcore/industrial, industrial metal, industrial’n’roll, albo w jakikolwiek inny wymyślny sposób, ale ograniczę się do pospolitego stwierdzenia: ta płyta jest zajebista. I tyle, osoby lubiące dobrą, agresywną muzykę, klimaty wspominane wzdłuż recenji, czym prędzej kupować/ściągać na twarde dyski (niepotrzebne skreślić), bo to tak nie wypada, żeby nie znać Optimum Wound Profile. That’s all folks.

%d blogerów lubi to: