Archiwum dla industrial rock

I don’t want your fucking god, I don’t need your fucking god

Posted in Christian Death with tags , , on Marzec 24, 2012 by pandemon777

CHRISTIAN DEATH – PORNOGRAPHIC MESSIAH (1998)

 

1. The Great Deception – Part A: The Dissention Of Faith

2. The Great Deception – Part B: The Corruption Of Innocence

3. The Great Deception – Part C: The Origin Of Man

4. The Great Deception – Part D: The Lie Behind The Truth

5. The Millenium Unwinds

6. Weave My Spell

7. Washing Machine

8. Sex Dwarf

9. Does It Hurt

10. The Obscene Kiss

11. Out Of Control

12. Cave Of The Unborn

13. Die With You

14. She Never Woke Up

15. Pillars Of Osiris

16. Spontaneous Human Detonation

17. The 9 Is A 6 (Bonus)

Główną „siedzibą” rocka gotyckiego jest bez wątpienia Wielka Brytania – tam narodził się ten niegdyś wspaniały gatunek i stamtąd też pochodzą najbardziej znaczące dla jego rozwoju formacje jak Bauhaus, The Sisters Of Mercy, Siouxsie And The Banshees, Fields Of The Nephilim i wielu innych. Jednak za oceanem, na kontynencie Ameryki Północnej też pojawiło się kilku wspaniałych piewców mroku, a najlepszym tego przykładem jest właśnie Christian Death – zespół, którego historia jest nieco zagmatwana i spowita w tajemniczości, m.in. ze względu na samą postać jego ex-lidera Rozza Williamsa, który popełnił samobójstwo pierwszego dnia kwietnia w 1998 roku, czyli w roku wydania Pornographic Messiah właśnie.

Christian Death powstał w Kalifornijskim mieście Los Angeles, miejscem, które kojarzy się głównie ze słoneczną atmosferą, hedonizmem, celebracją życiowej radości, jednak członkowie formacji postanowili zaprowadzić tam nieco mroku, tworząc muzykę, która mogłaby posłużyć za ścieżkę dźwiękową końca świata, aniżeli do imprez młodych ludzi. Zagmatwanie w zespole pojawiło się wraz z opuszczeniem jego szeregów przez lidera Rozza Williamsa po wydaniu Ashes, kiedy to stery przejął Valor Kand, na poprzedniczce pełniący funkcję jedynie gitarzysty, kontynuując działalność Christian Death i poszukując coraz to nowszych środków przekazu. Kiedy Kand nagrywał kolejne udane albumy, Rozz Williams w międzyczasie założył „sąsiadujący” Christian Death wraz z żoną Eva O, jednak to Kand wygrał proces o oryginalną nazwę, toteż były lider musiał swoją wersję przemianować na Christian Death featuring Rozz Williams.

Obie wersje kroczyły swoją ścieżką, jednak wydaje mi się, że Kand w ciekawszy sposób rozwinął karierę zespołu, wciąż szperając w nowych gatunkach, dzięki czemu bogactwo stylistyczne w dyskografii jego wersji Christian Death jest bardzo pokaźne. Pornographic Messiah jest wydawnictwem, które najbardziej mnie pochłonęło, będąc ukłonem w stronę industrial rocka, aczkolwiek ukazanego w jedynej w swoim rodzaju formie. Na pewno słychać echa Antichrist Superstar Marilyn Manson (który swoją drogą zawdzięcza im w dużej mierze swój wizerunek, a i muzyczne inspiracje też da się wychwycić) czy też nawet debiutu Rob Zombie, z tym, że w znacznie bardziej obskurnej, prymitywnej i surowej wersji. Brzmienie po same brzegi wypełnione jest brudem, numery są bardzo ascetyczne, sprowadzone do najprostszej struktury, obdarte z wszelkich „upiększeń”, a za każdym rogiem czają się kolejne herezje, grzechy ukryte pod sutanną księży, perwersje seksualne, nieposkromione rządzę, ikonoklazm, dzicz, kuszenie i namawianie do łamania boskich praw. Pornographic Messiah, jak sugeruje już sam tytuł, ocieka erotyzmem, to diabeł, który wdarł się pod przykrywką świętości do seminariów i kościołów niczym wilk w przebraniu owcy, który począł szerzyć zarazę, dokonując zepsucia, wzbudzając w grzecznych, dążących do świętości osobnikach zwierzęce żądze, głęboko uśpione w ich podświadomości, instynkty, nad którymi nie potrafią zapanować, tym samym rzucając się w otchłań grzechu. To jeden z tych albumów, który wyzwala poczucie spełnienia, zerwania kajdan i błogosławienia swojej prawdziwej ukrytej natury. Wstrzemięźliwość przekształca się w pociąg seksualny, życiowa asceza zostaje zastąpiona chęcią celebracji, a bóg, któremu poświęciło się żywot staje się nagle zwykłym wytworem ludzkiej imaginacji, zaś prawdziwe wyższe siły wydają się znajdować po całkowicie przeciwległym biegunie. Środki wyrazu zostały tutaj odpowiednio dobrane, toteż znajdziemy tu na przemian dynamiczne, niemal rock’n’rollowe kawałki, kontrastujące z powolnymi i dyskretnymi utworami, których siła przekazu i działania na wyobraźnię wcale nie ustępuje reszcie. Jeśli miałbym wymienić faworytów to pewnie wskazałbym The Lie Behind The Truth czy Weave My Spell, które najmocniej przywodzą mi na myśl dokonania wspomnianego Rob Zombie i są też, moim zdaniem, największymi przebojami na Pornographic Messiah. Znajdziemy tu też cover znanego w latach ’80 Soft Cell – Sex Dwarf i chyba nie muszę tłumaczyć, że różnica w stosunku do oryginału jest co najmniej… duża?

Ogólnie ten album to, jak już wspominałem, moja ulubiona pozycja w dyskografii zespołu. Fani Williamsa często jednak sceptycznie patrzą na Christian Death dowodzony przez Kanda, ja jednak jestem skłonny stwierdzić, że z rolą lidera poradził sobie niemal bezbłędnie i szczerze powiedziawszy to płyty, na których on właśnie dowodzi odpowiadają mi bardziej niż te z Williamsem (przy czym zaznaczam, że Ashes, jaki pozostałe wydawnictwa cenię sobie bardzo wysoko). Zahaczę też o kwestię kontrowersyjności zespołu – faktem jest, że zarówno Williams, jak i Kand od zawsze lubowali się we wbijaniu przysłowiowego kija w mrowisko, jednak nie ma mowy o tanim prowokowaniu, dla samej prowokacji, bowiem sam Kand twierdzi, że głównym celem Christian Death jest zachęcenie ludzi do postrzegania rzeczywistości z różnych perspektyw, uwolnienie od schematycznych toków myślenia i ukazanie innego obrazu poruszanych kwestii, w tym wypadku ludzkiej natury, religii, etc. Robi to w sposób, który w konserwatywnym chrześcijaninie wywoła chęć wyruszenia na krucjatę, ale bądźmy szczerzy, takie dobitne środki są znacznie lepsze. W końcu aby człowiek zaczął słuchać nie wystarczy już poklepać go po ramieniu, trzeba go uderzyć młotem kowalskim w głowę, nawiązując do Johna Doe z filmu Se7en. No, to by było na tyle, miłego słuchania.

You dirty whores I’ll murder all of you

Posted in Scum Of The Earth with tags , , , on Marzec 24, 2012 by pandemon777

SCUM OF THE EARTH – BLAH… BLAH… BLAH… LOVE SONGS FOR THE NEW MILLENIUM (2004)

 

1. I Am The Scum

2. Bloodsukinfreakshow

3. Get Your Dead On

4. Little Spider

5. Murder Song

6. Altargirl 13

7. Pornstar Champion (We Will Rock You remix)

8. Nothing Girl

9. The Devil Made Me Do It

10. Give Up Your Ghost

11. Beneath The Living

Scum Of The Earth można określić jako członka z rodziny Rob Zombie. Ten osobliwy rockman zasłynął najpierw na początku lat ’90 jako lider White Zombie, którego ostatni studyjny album Astro Creep: 2000 rozszedł się w nakładzie ładnych kilku milionów egzemplarzy. Po rozpadzie zespołu w drugiej połowie tej dekady Zombiak kontynuował pasmo sukcesów na muzycznym poletku dzięki solowej karierze, fundując takie hity jak Superbeast, czy bodaj jego najsłynniejszy utwór Dragula, jednak w nowym millenium skupił się na karierze reżysera filmowego, czego owocem były bardzo udane horrory (Dom Tysiąca Trupów, Bękarty Diabła). W tym czasie członkowie zespołu Roba, Mick Riggs i John Tempesta postanowili też wypełnić lukę zakładając właśnie Scum Of The Earth.

Sama nazwa zespołu jest oczywiście wyraźnym ukłonem w stronę estetyki, w której obracał się Rob Zombie, bo w końcu została zaczerpnięta z tytułu jednego z jego utworów. Zresztą panowie nosili się z zamiarem grania właśnie w takim stylu i udało im się to osiągnąć w bardzo zadowalającym stopniu, momentami wręcz do złudzenia przypomina dokonania Rob Zombie. Jest ciężko, jest wybitnie przebojowo, dynamicznie, no i klasycznie jest też obecna atmosfera kiczowatego horroru klasy B, gdzie ludzkie wnętrzności latają po ekranie za sprawą groteskowego psychopaty z mechaniczną piłą w ręku. Głowa sama się kręci we wszystkie strony świata, numery bujają i pobudzają do skakania po pokoju, bo wigoru i młodzieńczej werwy tutaj znajdziemy w dużych dawkach. Chociaż kilka spokojniejszych fragmentów się znajdzie, jak np. nostalgiczny i niemal balladowy Little Spider, aczkolwiek w żadnym stopniu nie ingeruje w spójność płyty – daje odetchnąć na chwilę po trzech pierwszych, dynamicznych numerach i stanowi odpowiednie preludium do Murder Song, który jest moim faworytem na albumie. Niby to prosty, niezbyt zaskakujący utwór, ale dzięki potężnej, bijącej z każdego dźwięku energii uzależnia jak narkotyk, toteż zdarzało mi się go słuchać po kilkanaście (albo i kilkadziesiąt) razy z rzędu. Jednym z ciekawszych fragmentów na Love Songs… jest też cover (albo remix?) We Will Rock You Queen – i tu przyznaję się, że nie lubię Queen w żadnej odsłonie, ale ta groteskowa wersja ich wielkiego przeboju wzbogacona mięsistymi gitarami i zdartym wokalem bardzo mi przypasowała i sprawiła, że ten numer stał się dla mnie całkiem słuchalny. Od początku do końca (z kilkoma przerwami) tej krótkiej, bo trwającej niespełna 40-minut płyty, panowie jadą na podobnym patencie, czyli prosto, ciężko, przebojowo i z wykopem. Brzmienie jak na taki skład przystało jest soczyste i mięsiste, bardzo zbasowane, czyli takie do jakiego nas już Rob Zombie na swoich płytach przyzwyczaił. Kilka bardziej tanecznych wręcz fragmentów też się znajdzie, vide Nothing Girl, numer będący w największym stopniu z całego albumu zainfekowany elektroniką, nie tracąc przy tym nic ze swojego groteskowo-diabolicznego charakteru.

Zasadniczo wolę sięgnąć właśnie po Blah… Blah… Blah… niż po kilka ostatnich dokonań Roba Zombiego, bowiem Hellbilly Deluxe 2 średnio mnie zachwycił, a samo obniżenie formy wyczuwałem na Educated Horses. Debiut Scum Of The Earth zaś mógłbym spokojnie postawić obok pierwszej części Hellbilly Deluxe, tej, która Robowi przyniosła najwięcej „dochodów” i pozwoliła mu zachować stałe miejsce w rockowym mainstreamie. Tak czy inaczej, trzon zespołu Mick Riggs i John Tempesta (który również bębnił w thrashowych formacjach jak Exodus czy Testament), jak i pozostali członkowie zwerbowani do składu nagrali bardzo udany album, wypchany ciężkim, diabelskim rock’n’rollem. Dla zwolenników wyrafinowanych brzmień niewiele tu się znajdzie, ale dla tych, którzy cenią sobie dobrą rozrywkę – wręcz przeciwnie.

I’d like to kill somebody

Posted in Misery Loves Co. with tags , , on Marzec 23, 2012 by pandemon777

MISERY LOVES CO. – MISERY LOVES CO. (1995)

 

1. My Mind Still Speaks

2. Kiss Your Boots

3. Need Another One

4. Sonic Attack

5. This Is A Dream

6. Happy?

7. Scared

8. I Swallow

9. Private Hell

10. The Only Way

11. 2 Seconds

Misery Loves Co. był szwedzkim zespołem tworzonym przez duet Patrik Wiren (wokal) i Örjan Örnkloo (gitara, bas, elektronika, jak i automat perkusyjny). Byli jednymi z nielicznych przedstawicieli rocka industrialnego z tego kraju, a ich działalność została zamknięta w zasadzie w niecałej dekadzie wzdłuż lat ’90 kiedy ów gatunek, jak powszechnie wiadomo, przeżywał czas swojej największej chwały. Niestety nie wszystkim zespołom z tego poletka udało się załapać na sukces komercyjny jaki spotkał na swojej drodze Trent Reznor z Nine Inch Nails.

Ano właśnie – Nine Inch Nails. Powodów, dla których wspominam tu właśnie o tym zespole – mając w głowie ich twórczość z okresu Broken – w kontekście Misery Loves Co. jest co najmniej kilka. Po pierwsze z prostej przyczyny, że wyłaniają się z jednej sceny, po drugie, że stosują podobne środki wyrazu, no i po trzecie, co najbardziej świadczy o ich podobieństwie, obu bym uznał za czołowych „wściekłych depresantów” industrialnego rocka/metalu. Stosując charakterystyczne i typowe w zasadzie dla tego gatunku instrumentarium i brzmienie, czyli ciężkie, mięsiste riffy podparte pulsującym basem i mechaniczną grą automatu perkusyjnego wzbogaconego elektroniką i wszelkiej maści samplami (jeden z nich nad wyraz przyjemnie mnie zaskoczył, ale o tym zaraz) – taki opis brzmi banalnie i może pomyśleć, że to nic oryginalnego. Może tak, może nie, ale jednej rzeczy debiutanckiej płycie Misery Loves Co. odmówć nie można i jest to autentyzm. Autentyczna, sugestywnie wyrażona złość, podobna do wspomnianego Broken NIN, z tym, że jak na moje ucho jest to album znacznie cięższy i mroczniejszy. Teksty idą zdecydowanie w parze z muzyką, będące wyrazem głębokich frustracji, czy to seksualnych czy jakichkolwiek innych, konfliktów interpersonalnych i wszelkich problemów mentalnych prowadzących do potrzeby wyładowania skumulowanej w psychice złości. Toteż z każdym numerem dostajemy cios między oczy – w zasadzie każdy numer, kolokwialnie rzecz ujmując, miażdży swoim ciężarem i przygnębiająca przy tym atmosferą. Jednak nie ma mowy o tym, aby album snuł się ślamazarnie przez cały czas, bo dostajemy fragmenty wysadzające wręcz z butów, jak przy wejściu riffu w, nomen omen, Kiss Your Boots czy przywodzącym na myśl klimaty Ministry czy Optimum Wound Profile, The Only Way, który posiada bardziej thrash metalowy sznyt. Innym ukłonem, chociaż nie tak dosłownym, w stronę tegoż gatunku są postepujące po sobie I Swallow i Private Hell – oba samplują na wstępie utwory Voivod – Tribal Convictions i Cosmic Drama (oba też pochodzą z jednej płyty Dimension Hatross).

Debiut Misery Loves Co. zawsze miło jest sobie odświeżyć kiedy człowiek potrzebuje dobrej dawki gniewnej i ciężkiej muzyki, która odzwierciedla stan psychiczny człowieka pogrążonego w depresji, będącego na skraju załamania nerwowego, i którego tłumiony gniew może lada chwila wyrwać się spod warstwy moralności i przejąć kontrolę nad całym ciałem. To naprawdę świetny album, który furory może i nie zrobił, ale tym którzy mieli szczęście go usłyszeć dostarczył intensywnych emocji. Bez głaskania i owijania w bawełnę uderza w czuły punkt – i to sobie zdecydowanie cenię.

Don’t place faith in human beings

Posted in Machines Of Loving Grace with tags , , on Marzec 22, 2012 by pandemon777

MACHINES OF LOVING GRACE – CONCENTRATION (1993)

1. Perfect Tan (Bikini Atoll)

2. Butterfly Wings

3. Lilith/Eve

4. Albert Speer

5. Limiter

6. If I Should Explode

7. Shake

8. Cheap

9. Accelerator

10. Ancestors Cult

11. Content?

12. Trigger For Happiness

Powstały w 1989 roku, Machines Of Loving Grace był jednym z pierwszych zespołów obok Nine Inch Nails, z kręgu rocka industrialnego, który jednak epatował innymi emocjami i nastrojami niż większość zespołów z tego nurtu. Miast postawić na wyrażanie złości i frustracji wywołanych egzystencją na tym padole łez, panowie z Arizony tworzyli elektronicznego rocka z bardziej przebojowym zacięciem, chociaż o szturmowaniu list przebojów w ich przypadku nie ma co mówić – niefortunnie nie udało im się osiągnąć większego sukcesu komercyjnego, pomimo kilku chwil, w których zagościli na MTV.

Ich drugi album Concentration to album, który idealnie nadaje się do samochodu czy też do słuchania nawet w niezobowiązujący sposób, kiedy człowiek potrzebuje prostego i dobrego rocka, który może i ciężarem nie wbija, ale brzmi przy ty bardzo „groovy” i świetnie buja zarazem. Od pierwszego numeru człowiek wczuwa się w klimat płyty, dostając kolejno hit za hitem, z których największą popularnością cieszył się Butterfly Wings. Opatrzony teledyskiem został dodatkowo wykorzystany w 2008 roku w filmie Punisher: War Zone, zyskując też podrzędną popularność w czasach swojego wydania dzięki obecności na wspomnianym MTV (to prawda, że na tej stacji faktycznie kiedyś można było zobaczyć wideoklipy i to całkiem dobre nawet). Następujący po nim Lilith/Eve to jeden z moich osobistych „highlightów” na Concentration, numer jaki lubię najbardziej – bardzo erotyczny i uwodzicielski, z lekko futurystycznym klimatem i snujący się umiarkowanym tempem wciąga momentalnie i zachęca do naciskania przycisku „repeat”. Ale w zasadzie całość jest „umoczona” w takiej właśnie atmosferze – jest erotycznie i zmysłowo, momentami mrocznie i uwodzicielsko, ogólnie ten album to bardziej seksowna strona industrial rocka, posiadająca swego rodzaju bluesowy luz, pozbawiona nachalnej agresji i wściekłości, a pulsująca sobie gdzieś w zakątku pokoju, dyskretnie kusząc do zapoznania się z jej zawartością (zabrzmiało dwuznacznie?). Gitary nie operują tutaj na ostrych i ciętych riffach, a grają w bardziej „funkujący” sposób (mam wrażenie, że fani wczesnego Red Hot Chili Peppers i Faith No More znajdą tutaj coś dla siebie nawet), co też jest ciekawą odmianą w tej estetyce, a sekcja rytmiczna nie obiera sobie za cel wgniatania w ziemię, za to luzacko sobie pulsuje nadając całości umiarkowanej dynamiki, chociaż nie ośmieliłbym się powiedzieć, że w jakimkolwiek stopniu zanudza.

Concentration to sprawnie zaaranżowany album, wzbogacony elektronicznymi smaczkami, serwujący dawkę naprawdę przebojowych numerów, więc tym bardziej dziw mnie bierze, że zespół z dosyć dużym potencjałem komercyjnym dzisiaj nie grzeszy popularnością. Podobną ścieżką w późniejszych latach podążyły takie zespoły jak Gravity Kills, Stabbing Westward czy nawet Filter, wszyscy osiągając więcej rozgłosu w swoim środowisku, moim zdaniem dosyć niesłusznie, chociaż swoje dobre momenty w karierze mieli. Sam Machines Of Loving Grace „liznął” trochę mainstreamowego świata również przy okazji nagrywania utwór Golgotha Tenement Blues do ścieżki dźwiękowej kultowego wręcz filmu The Crow, z nieżyjącym już Brandonem Lee (syn Bruce’a Lee, jakby ktoś niezorientowany był). Naprawdę warto się zapoznać, i nie mówię tu tylko o fanach industrialnego rocka, ale o każdym kto lubi dobrego i przebojowego rocka, z funkowym sznytem i dodatkiem elektronicznych wkrętów.

I can see tomorrow, hear the pandemonium

Posted in Killing Joke with tags , , , on Marzec 16, 2012 by pandemon777

KILLING JOKE – PANDEMONIUM (1994)

1. Pandemonium

2. Exorcism

3. Millenium

4. Communion

5. Black Moon

6. Labyrinth

7. Jana

8. Whiteout

9. Pleasures Of The Flesh

10. Mathematics Of Chaos

Ważni, wielcy, wpływowi, etc. – wiele superlatywnych określeń można by zastosować wobec tego zespołu, który pomimo swojej wybitności nie osiągnął zbyt wielkiego sukcesu komercyjnego, ale z drugiej strony to przecież żadna nowość (niestety). Historia Killing Joke sięga przełomu lat ’70 i ’80 ubiegłego wieku, kiedy kilku kumpli z Wielkiej Brytanii postanowiło dać wyraz swojemu obrzydzeniu wobec szarego, konsumpcyjnego świata, nakręcanego pogonią za spełnieniem w materialnej sferze życia, obdartego z prawdziwych duchowych wartości.

We were unleashing something that was way beyond us at the time – Jaz Coleman

Będąc, wspólnie z Joy Division, pionierami tzw. post-punka stworzyli podwaliny pod wiele gatunków szeroko rozumianej alternatywy muzycznej, głównie pod industrial rock/metal, dzięki swojej minimalistycznej strukturze utworów, wywodzących się w prostej linii z punka, któremu nadali bardziej zmechanizowany i plemienny zarazem charakter. Samozwańczy debiut, jak i What’s THIS For…! to fundamentalne wręcz płyty jeśli chodzi wspomniany gitarowy industrial, które w swoim czasie były czymś niespotykanym i nietypowym. Zespół przez lata ’80 zmieniał nieco kierunek kilka razy, uderzając na Night Time w bardziej popowe rejony, wydając na świat chyba ich najsłynniejszy numer Eighties (ten, który panowie z Nirvany im podkradli do Come As You Are), a pogłębił ten styl na Brighter Than A Thousand Suns, jeszcze mocniej ukierunkowaną na przestrzenne brzmienie syntezatorów i klimatyczny charakter. Outside The Gate stał się z kolei chyba najbardziej kontrowersyjnym wydawnictwem zespołu i zarazem największym niewypałem.

Drastyczne zmiany nadeszły przy okazji wydania kilka lat później płyty diametralnie innej niż to co zespół oferował przez ostatnie pół dekady – Extremities Dirt & Various Repressed Emotions. Album ten był krokiem w kierunku czegoś znacznie większego, porzucając czyste brzmienie syntezatorów i przystępnych melodii na rzecz brudu, ciężaru i psychodelii. Przyjemne, przebojowe i ckliwe czasem piosenki odeszły w zapomnienie, zaś ich miejsce zajęły wściekłe, epatujące złością utwory. Wówczas bestia została już na dobre puszczona ze smyczy i Killing Joke ukazał swoje gniewne i obłędne oblicze. Wydana cztery lata później płyta Pandemonium była kontynuacją owego obłędu, jednak został on na niej już w pełni skontrolowany i ukierunkowany na konkretny cel. To najdojrzalsze dzieło tego zespołu, wisieńka na torcie, opus magnum w ich dyskografii i jedna z tych płyt, którą można by wziąć ze sobą na bezludną wyspę (mój nick niechaj mówi sam za siebie).

Rise from my unconscious let it rise!

Get it out get it out get it out!

Od początku utworu tytułowego, dźwięki zabierają umysł na wyższe stany świadomości, wzbudzając zachwyt swoją elegancją i dostojnością. Killing Joke wciąż hołduje charakterystycznym dla siebie elementom, stroniąc od zbędnej ornamentyki, a stawiając na prostotę kompozycji i repetycję motywów, opierając całość na hipnotyzującej, plemiennej rytmice i powtarzanych z uporem maniaka riffów, które na długo po przesłuchaniu jeszcze pozostają w świadomości. Owe elementy, dzięki którym przekaz zespołu był bardzo bezpośredni, zostały tutaj przeniesione na inny grunt i uległy swoistej mutacji – stały się po prostu jeszcze bardziej wyraziste, cięższe przez co sama muzyka stała się też po części znacznie bardziej monumentalna niż kiedykolwiek wcześniej w ich twórczości. Pandemonium zostało wydane w czasie, kiedy ruch industrialnego rocka i metalu, który Killing Joke przecież sam zainspirował, świętował swoje największe tryumfy i szczerze powiedziawszy, rozstawił wszystkich swoich „podopiecznych” po kątach. Panowie po prostu postanowili nadać całości bardziej zmetalizowany charakter, podobnie jak Ministry na Psalm 69 (czyżby inspiracje zatoczyły koło?), ale przeciągając ten gatunek na tereny skrajnie inne. To album, który jest przesiąknięty rytualną atmosferą, potężnie i przestrzennie zarazem brzmiący, mimo swojej gniewności bardzo natchniony i uduchowiony, a tutejsza agresja i zachrypłe wrzaski Colemana mają jakby na celu siłą obudzić człowieka z jego apatii, uderzyć w najczulszy punkt jego świadomości (lub podświadomości) i wyciągnąć na wierzch jego zagubionego ducha. Jakkolwiek to by nie brzmiało, ale sądzę, że właśnie ku temu ta muzyka służy – aby wyrwać ludzki byt z tłustych szponów konsumpcjonizmu i materializmu, wbić kij w mrowisko i ukazać niematerialne wartości jako te ważniejsze i podstawowe, a najogólniej mówiąc sprowadzić oświecenie zagubionego w społeczeństwie i ogłupionego przez pogoń za lepszym bytem materialnym człowieka. I myślę, że ta muzyka czyni to dobrze, dzięki swojemu czarującemu mistycyzmowi i niespotykanej, nawet na wielu stricte metalowych albumach, intensywności. Sam Jaz Coleman ma zresztą fioła na punkcie apokalipsy, rzeczy ostatecznych, mistycyzmu i sfery duchowej i na tym albumie m.in. owe obsesje i fascynacje przejawiają się w stu procentach.

Pandemonium to potężny monolit, bezdyskusyjne arcydzieło i album w pełni dopracowany. Podobnie jak w przypadku Elizium, wielbię tutaj w zasadzie każdy element, jest to album również niebywale mistyczny i uduchowiony, pełen swoistego erotyzmu, z tym, że posiada znacznie bardziej plemienno-rytualny charakter i posiada spore pokłady obłędnej agresji. Czasami mam wrażenie, że to skrzyżowanie ciężaru Psalm 69 Ministry z mroczną aurą Floodland The Sisters Of Mercy i mistycyzmem rodem z Elizium Fields Of The Nephilim właśnie. Tak czy inaczej kto nie zna, niech pozna, bo tu każdy utwór to cios za ciosem, a ostatnie dwa utwory, z moich ukochanym Pleasures Of The Flesh (prawdopodobnie najbardziej kuszący i uwodzicielski numer w historii Killing Joke) na czele to już wyższe wyżyny muzyki moim zdaniem.

Killing Joke is my insanity, my madness

I tyle w temacie. Słuchać głośno i słuchać w nocy. Amen.

Give me a fucking break

Posted in Meathead with tags , , on Luty 29, 2012 by pandemon777

MEATHEAD – BORED STIFF (1994)

1. Drone

2. A Thousand Pipes

3. Inflatable

4. Outta’ My Face

5. You Owe Me

6. You’re A Bore

7. Blow

8. Metallic Mantra

9. No. 1

10. Dick Smoker

11. Phone System Crashes

12. Phreaker’s Buzz

13. Flap Jack

14. Hoodoo

15. Right Here

16. Lunch / Metallic Mantra

Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że Bored Stiff brzmi jak Limp Bizkit, gdyby obdarł się z wszelkiego potencjału komercyjnego i grał na bardziej undergroundową modłę (mam nadzieję, że ten chwyt z zastosowaniem znanej nazwy jakoś zadziała i czytelniku drogi zechcesz przeczytać dalszą część recenzji. Jeśli jednak na sam widok nazwy”Limp Bizkit” czujesz odruchy wymiotne, i tak zapraszam do dalszej części).

Na ten zespół trafiłem trochę pokrętną drogą. Swego czasu, kiedy przechodziłem przez etap fascynacji projektem Scorn, postanowiłem też sprawdzać powoli i stopniowo inne rzeczy, w których jego lider, Mick Harris maczał palce. Przebijając się przez kolejne lepsze i gorsze albumy, przy nagrywaniu których brał udział, trafiłem na projekt Matera, który na koncie miał jeden, jedyny album – Same Here. Mick Harris współtworzył go z nieznanym mi wówczas człowiekiem Teho Teardo (aka M. Teho T.), więc postanowiłem też z ciekawości i jego muzyczną przeszłość zbadać, tym samym trafiając na Meathead.

Byłem lekko zaskoczony kiedy dowiedziałem się, że ten zespół ma włoskie korzenie, bo szczerze powiedziawszy w ogóle mi nie pasuje do wizerunku tamtejszej kultury. Włoska scena metalowa (czy też rockowa, jak kto woli) kojarzy się, a przynajmniej mi, z zespołami pokroju Rhapsody Of Fire i rzeszy ich naśladowców, zaś Meathead brzmi jakby został żywcem ściągnięty z ulic Ameryki. Zakładam, że to może być jeden z powodów, dla których nie udało im się wybić ani przebić przez power-metalową ścianę i wyjść ze swoją muzyką do szerszej grupy ludzi, chociaż może to też nigdy nie było celem. Meathead ze swoją muzyką stał znacznie bliżej industrialu (ściślej mówiąc gitarowej strony tego gatunku), co zresztą dziwić nie powinno zważywszy na fakt, że jego lider, Teho Teardo, kooperował ze wspomnianym Mickiem Harrisem czy Lydią Lunch. Na pierwszy rzut ucha brzmi jak jeden z wielu zespołów łączących ze sobą proste i agresywne riffy z hip-hopem i wzbogaconych odrobiną elektroniki, ale im więcej słucham tego albumu, tym silniejsze mam wrażenie, że to coś całkiem oryginalnego. Zespołowi udało się w tej prostej formule odnaleźć własny styl i sposób komponowania kawałków, przez co owe połączenie „wyluzowanych” i nieco bluesowych gitarowych motywów i riffów, opartych na rytmach czasami dynamicznych, czasami brzmiących jakby żywcem wyjętych z hip-hopowej klasyki, brzmi dojrzale i unikatowo zarazem. Do tego całkiem miłym zaskoczeniem było pojawienie się tu i ówdzie znajomo brzmiących sampli, m.in. z Nine Inch Nails czy Pantera (z których utworów te sample zostały wzięte, i w których utworach zostały tutaj wykorzystane, pozostawiam słuchaczowi już).

Anyway, Bored Stiff to naprawdę solidna pozycja, wypełniona młodzieńczym buntem, ale potraktowanym w sarkastyczny i pełen ironii sposób, z dystansem i przymrużeniem oka, przekazanym za pomocą konkretnego, industrial rockowego kopniaka. Ten skandalicznie zapomniany i zagrzebany w przeszłości album zasługuje jednak na więcej uwagi, i zdecydowanie bardziej bym wolał widzieć na listach przebojów takie numery jak You’re A Bore (przy pierwszym przesłuchaniu płyty, zatrzymałem się na nim i zapętliłem kilkanaście razy z rzędu, zanim sprawdziłem resztę – wkręca się serio) niż to co się obecnie forsuje w obrębie rockowego świata.

I Teraz kiedy już dodałem trochę własnego malkontenctwa w ramach wisienki na torcie, mogę uznać recenzję za kompletną i życzyć miłego słuchania. Dziękuję za uwagę.

Another rude awakening…

Posted in Prong with tags , , on Styczeń 22, 2012 by pandemon777

PRONG – RUDE AWAKENING (1996)

 

1. Controller

2. Caprice

3. Rude Awakening

4. Unfortunately

5. Face Value

6. Avenue Of The Finest

7. Slicing

8. Without Hope

9. Mansruin

10. Innocence Gone

11. Dark Signs

12. Close The Door

13. Proud Division

Prong jest kolejnym z tych zespołów klasyków, który zainspirował wykonawców zgarniających grube miliony i cieszących się sporym sukcesem komercyjnym jak Korn czy Nine Inch Nails, niefortunnie sam jednak nie doczekał się jakiegoś wybitnie dużego rozgłosu, pomijając może chwilowe przebicie przez mainstreamowe wrota, które nastąpiło w związku z wydaniem ich najbardziej popularnej płyty Cleansing.

Muzyka Prong posiadała różne oblicza, początki były zakorzenione w hardcore’owej stylistyce, później zespół odjechał bardziej w klimaty crossover/thrash, nagrywając dosyć nowatorską Beg To Differ, która była pierwszą naprawdę reprezentatywną dla zespołu płytą, czerpiącą garściami z patentów Joy Division i Killing Joke. Sam Beg To Differ podsunął wiele pomysłów takim klasykom thrashu jak Coroner z jednej strony, czy Kreator z drugiej, którzy nagrali pod jej wpływem swoje najbardziej eksperymentalne, odważne i wciąż jakby niedoceniane krążki Grin i Renewal. Zespół ustabilizował swoją pozycję na scenie nagrywając wcześniej wspomniany Cleansing, ciesząc się tymczasowym sukcesem, który niestety zobaczył swój koniec po wydaniu Rude Awakening, który sprzedał się kiepsko. Wytwórnia zerwała kontrakt 3 tygodnie później, zespół się rozwiązał, a każdy z członków zespołu poszedł w swoją stronę (tutaj nadmienie jeszcze, że lider Tommy Victor najlepiej sobie poradził, współpracując później z takimi legendami jak NIN, Danzig, czy Ministry i Rob Zombie).

Chciałbym poświęcić tę recenzję właśnie Rude Awakening, po pierwsze ze względu na fakt, że jest to mój absolutnie ulubiony Prong, a po drugie, że jest jednocześnie najbardziej niedocenioną płytą z tego najlepszego dla zespołu (pod względem muzycznym) okresu. Jest to też drugi z kolei album Prong, na którym gra ś.p. Paul Raven, i zakładam, że dzięki jego obecności muzyka na nim jest tak mocno zainfekowana elementami późniejszego Killing Joke, który jest najbliższy memu sercu. Jest to najbardziej psychodeliczna płyta Prong, przez co z miejsca zyskuje u mnie wysoką notę. Jeśli dodać do tego poteżne pokłady przebojowości, wyrazistej sekcji rytmicznej, pulsującego basu, „twardej” i „cyborgowej” grze perkusji to nie można po przesłuchaniu być niezadowolonym. Porażka komercyjna tego albumu mocno mnie dziwi, bo naprawdę nie ustępuje w niczym poprzednim produkcjom. Posiada silne, mięsiste brzmienie, proste w strukturze numery, oparte na repetytywnych riffach, zwiększających transowość albumu, czyli elementy wzięte żywcem z wydanego 2 lata wcześniej wspaniałego Pandemonium Killing Joke. Tego albumu można naprawdę słuchać na repeacie, chwytliwość utworów nie pozwala o nich zapomnieć (vide wypruwający trzewia Slicing, Unfortunately, czy bardziej psychodeliczny tytułowy albo Face Value), wbijają się w pamięć momentalnie, i chce się tylko klikać przycisk replay, replay, replay… Chociaż nie ma mowy o chwytliwości w popowym tego słowa znaczeniu, bynajmniej, te kawałki są po prostu „groovy”, bez zbędnych ozdobników i komplikacji, proste i bezpośrednie w wymowie, takie jak lubię najbardziej.

Taa, rok 1996 był naprawdę wspaniałym rokiem, który wypluł masę wybitnych płyt, żeby nie wspomnieć o sąsiadujących z Rude Awakening, Songs Of Love And Hate Godflesh (do którego dołączył na chwilę perkusista Ted Parsons po rozpadzie Prong) czy Blackacidevil Danzig. Ta dekada ogólnie była złotą erą gitarowego industrialu, niestety niektóre płyty muszą być regularnie przypominane, żeby nie odeszły w zapomnienie wraz ze starymi fanami, bo młodszych zwolenników coraz mniej. Tak więc proszę odrobić grzecznie lekcję i chwytać za Prong.

%d blogerów lubi to: