Archiwum dla industrial metal

Jadymy durch

Posted in Oberschleisen with tags , , on Listopad 27, 2015 by kubeusz

OBERSCHLEISEN – I [2013]

i-b-iext28053001

1 Jadymy Durch
2 Bier Mie
3 Futer
4 Jo Chca
5 Powstaniec
6 Oberschlesien
7 Szola
8 Richter
9 Żryj
10 Mamo
11 Fusbaloki
12 Robot

Znacie Rammstein? Takie germański zespól co to gra(ł) kwadratowe całkiem lajtowe industriale na dwóch pierwszych płytach. A znacie ślonsko godka? Niy? To poznacie, bo jo tyz nie znom.

Oberschleisen czyli w mowie ludzi (albo gorolskiej, jak kto woli) to po prostu Górny Śląsk, taką oto nazwę obrał band z (uwaga) górnego śląska dokładnie z Piekar Śląskich. No to już wiemy prawie wszystko, grają kwadratowo jak R+ na dwóch pierwszych krążkach, z tymże zamiast raka gardła wokalista godo w ślonskij godce. Na dniach albumowi stuknie drugi roczek więc pewnie wszyscy szanujący się recenzencji rozłożyli album na czynniki pierwsze niczym doktor mengele ale chuj z tym.

Zasadniczo z haśle „Śląski Rammstein” zawiera się cały opis tego krążka, bo co tu więcej powiedzieć? Że wchodzi całkiem całkiem? Dupy nie urywa ale wstydu nie przynosi a jak ktoś lubi śląską gwarę to doda oczko albo i nawet dwa więcej? Więc ograniczmy się do tego co już zostało powiedziane, zwłaszcza że jest piątek wieczór i normalni ludzie o tej porze myślą raczej o zimnym piwku chłodzacym się w odmętach lodówki. A na dniach do obczajenia drugi krązek o jakże oryginalnym tytule – II.

Reklamy

You dirty whores I’ll murder all of you

Posted in Scum Of The Earth with tags , , , on Marzec 24, 2012 by pandemon777

SCUM OF THE EARTH – BLAH… BLAH… BLAH… LOVE SONGS FOR THE NEW MILLENIUM (2004)

 

1. I Am The Scum

2. Bloodsukinfreakshow

3. Get Your Dead On

4. Little Spider

5. Murder Song

6. Altargirl 13

7. Pornstar Champion (We Will Rock You remix)

8. Nothing Girl

9. The Devil Made Me Do It

10. Give Up Your Ghost

11. Beneath The Living

Scum Of The Earth można określić jako członka z rodziny Rob Zombie. Ten osobliwy rockman zasłynął najpierw na początku lat ’90 jako lider White Zombie, którego ostatni studyjny album Astro Creep: 2000 rozszedł się w nakładzie ładnych kilku milionów egzemplarzy. Po rozpadzie zespołu w drugiej połowie tej dekady Zombiak kontynuował pasmo sukcesów na muzycznym poletku dzięki solowej karierze, fundując takie hity jak Superbeast, czy bodaj jego najsłynniejszy utwór Dragula, jednak w nowym millenium skupił się na karierze reżysera filmowego, czego owocem były bardzo udane horrory (Dom Tysiąca Trupów, Bękarty Diabła). W tym czasie członkowie zespołu Roba, Mick Riggs i John Tempesta postanowili też wypełnić lukę zakładając właśnie Scum Of The Earth.

Sama nazwa zespołu jest oczywiście wyraźnym ukłonem w stronę estetyki, w której obracał się Rob Zombie, bo w końcu została zaczerpnięta z tytułu jednego z jego utworów. Zresztą panowie nosili się z zamiarem grania właśnie w takim stylu i udało im się to osiągnąć w bardzo zadowalającym stopniu, momentami wręcz do złudzenia przypomina dokonania Rob Zombie. Jest ciężko, jest wybitnie przebojowo, dynamicznie, no i klasycznie jest też obecna atmosfera kiczowatego horroru klasy B, gdzie ludzkie wnętrzności latają po ekranie za sprawą groteskowego psychopaty z mechaniczną piłą w ręku. Głowa sama się kręci we wszystkie strony świata, numery bujają i pobudzają do skakania po pokoju, bo wigoru i młodzieńczej werwy tutaj znajdziemy w dużych dawkach. Chociaż kilka spokojniejszych fragmentów się znajdzie, jak np. nostalgiczny i niemal balladowy Little Spider, aczkolwiek w żadnym stopniu nie ingeruje w spójność płyty – daje odetchnąć na chwilę po trzech pierwszych, dynamicznych numerach i stanowi odpowiednie preludium do Murder Song, który jest moim faworytem na albumie. Niby to prosty, niezbyt zaskakujący utwór, ale dzięki potężnej, bijącej z każdego dźwięku energii uzależnia jak narkotyk, toteż zdarzało mi się go słuchać po kilkanaście (albo i kilkadziesiąt) razy z rzędu. Jednym z ciekawszych fragmentów na Love Songs… jest też cover (albo remix?) We Will Rock You Queen – i tu przyznaję się, że nie lubię Queen w żadnej odsłonie, ale ta groteskowa wersja ich wielkiego przeboju wzbogacona mięsistymi gitarami i zdartym wokalem bardzo mi przypasowała i sprawiła, że ten numer stał się dla mnie całkiem słuchalny. Od początku do końca (z kilkoma przerwami) tej krótkiej, bo trwającej niespełna 40-minut płyty, panowie jadą na podobnym patencie, czyli prosto, ciężko, przebojowo i z wykopem. Brzmienie jak na taki skład przystało jest soczyste i mięsiste, bardzo zbasowane, czyli takie do jakiego nas już Rob Zombie na swoich płytach przyzwyczaił. Kilka bardziej tanecznych wręcz fragmentów też się znajdzie, vide Nothing Girl, numer będący w największym stopniu z całego albumu zainfekowany elektroniką, nie tracąc przy tym nic ze swojego groteskowo-diabolicznego charakteru.

Zasadniczo wolę sięgnąć właśnie po Blah… Blah… Blah… niż po kilka ostatnich dokonań Roba Zombiego, bowiem Hellbilly Deluxe 2 średnio mnie zachwycił, a samo obniżenie formy wyczuwałem na Educated Horses. Debiut Scum Of The Earth zaś mógłbym spokojnie postawić obok pierwszej części Hellbilly Deluxe, tej, która Robowi przyniosła najwięcej „dochodów” i pozwoliła mu zachować stałe miejsce w rockowym mainstreamie. Tak czy inaczej, trzon zespołu Mick Riggs i John Tempesta (który również bębnił w thrashowych formacjach jak Exodus czy Testament), jak i pozostali członkowie zwerbowani do składu nagrali bardzo udany album, wypchany ciężkim, diabelskim rock’n’rollem. Dla zwolenników wyrafinowanych brzmień niewiele tu się znajdzie, ale dla tych, którzy cenią sobie dobrą rozrywkę – wręcz przeciwnie.

I’d like to kill somebody

Posted in Misery Loves Co. with tags , , on Marzec 23, 2012 by pandemon777

MISERY LOVES CO. – MISERY LOVES CO. (1995)

 

1. My Mind Still Speaks

2. Kiss Your Boots

3. Need Another One

4. Sonic Attack

5. This Is A Dream

6. Happy?

7. Scared

8. I Swallow

9. Private Hell

10. The Only Way

11. 2 Seconds

Misery Loves Co. był szwedzkim zespołem tworzonym przez duet Patrik Wiren (wokal) i Örjan Örnkloo (gitara, bas, elektronika, jak i automat perkusyjny). Byli jednymi z nielicznych przedstawicieli rocka industrialnego z tego kraju, a ich działalność została zamknięta w zasadzie w niecałej dekadzie wzdłuż lat ’90 kiedy ów gatunek, jak powszechnie wiadomo, przeżywał czas swojej największej chwały. Niestety nie wszystkim zespołom z tego poletka udało się załapać na sukces komercyjny jaki spotkał na swojej drodze Trent Reznor z Nine Inch Nails.

Ano właśnie – Nine Inch Nails. Powodów, dla których wspominam tu właśnie o tym zespole – mając w głowie ich twórczość z okresu Broken – w kontekście Misery Loves Co. jest co najmniej kilka. Po pierwsze z prostej przyczyny, że wyłaniają się z jednej sceny, po drugie, że stosują podobne środki wyrazu, no i po trzecie, co najbardziej świadczy o ich podobieństwie, obu bym uznał za czołowych „wściekłych depresantów” industrialnego rocka/metalu. Stosując charakterystyczne i typowe w zasadzie dla tego gatunku instrumentarium i brzmienie, czyli ciężkie, mięsiste riffy podparte pulsującym basem i mechaniczną grą automatu perkusyjnego wzbogaconego elektroniką i wszelkiej maści samplami (jeden z nich nad wyraz przyjemnie mnie zaskoczył, ale o tym zaraz) – taki opis brzmi banalnie i może pomyśleć, że to nic oryginalnego. Może tak, może nie, ale jednej rzeczy debiutanckiej płycie Misery Loves Co. odmówć nie można i jest to autentyzm. Autentyczna, sugestywnie wyrażona złość, podobna do wspomnianego Broken NIN, z tym, że jak na moje ucho jest to album znacznie cięższy i mroczniejszy. Teksty idą zdecydowanie w parze z muzyką, będące wyrazem głębokich frustracji, czy to seksualnych czy jakichkolwiek innych, konfliktów interpersonalnych i wszelkich problemów mentalnych prowadzących do potrzeby wyładowania skumulowanej w psychice złości. Toteż z każdym numerem dostajemy cios między oczy – w zasadzie każdy numer, kolokwialnie rzecz ujmując, miażdży swoim ciężarem i przygnębiająca przy tym atmosferą. Jednak nie ma mowy o tym, aby album snuł się ślamazarnie przez cały czas, bo dostajemy fragmenty wysadzające wręcz z butów, jak przy wejściu riffu w, nomen omen, Kiss Your Boots czy przywodzącym na myśl klimaty Ministry czy Optimum Wound Profile, The Only Way, który posiada bardziej thrash metalowy sznyt. Innym ukłonem, chociaż nie tak dosłownym, w stronę tegoż gatunku są postepujące po sobie I Swallow i Private Hell – oba samplują na wstępie utwory Voivod – Tribal Convictions i Cosmic Drama (oba też pochodzą z jednej płyty Dimension Hatross).

Debiut Misery Loves Co. zawsze miło jest sobie odświeżyć kiedy człowiek potrzebuje dobrej dawki gniewnej i ciężkiej muzyki, która odzwierciedla stan psychiczny człowieka pogrążonego w depresji, będącego na skraju załamania nerwowego, i którego tłumiony gniew może lada chwila wyrwać się spod warstwy moralności i przejąć kontrolę nad całym ciałem. To naprawdę świetny album, który furory może i nie zrobił, ale tym którzy mieli szczęście go usłyszeć dostarczył intensywnych emocji. Bez głaskania i owijania w bawełnę uderza w czuły punkt – i to sobie zdecydowanie cenię.

Reborn in need of energy

Posted in Voivod with tags , , , on Marzec 22, 2012 by pandemon777

VOIVOD – PHOBOS (1997)

 

1. Catalepsy I

2. Rise

3. Mercury

4. Phobos

5. Bacteria

6. Temps Mort

7. The Tower

8. Quantum

9. Neutrino

10. Forlorn

11. Catalepsy II

12. M-Body

13. 21st Century Schizoid Man

Początek lat ’80, koniec okresu chwały punka, który począł się przekształcać w hardcore, wzrost popularności muzyki heavy metalowej, rodzący się powoli thrash metal, prężnie rozwijający się we wszelkich kierunkach industrial, jak i klimaty post-punka – dlaczego o tym wszystkim wspominam? Bowiem wszystkie wspomniane powyżej sceny muzyczne miały niebagatelny wpływ na styl i charakter Voivod, który po dziś dzień pozostaje zespołem na wskroś unikatowym, niepodrabialnym, a ich wpływu na muzykę również nie da się zanegować. No, ale zacznijmy od początku.

Założony w kanadyjskim mieście Quebec w 1982 roku, zespół w początkowej fazie swojej kariery hołdował głównie prymitywnemu (nie znaczy, że złemu) obliczu muzyki metalowej – zarówno War & Pain, jak i Rrroooaaarrr były skażone niemal w całości twórczością protoplastów gitarowej ekstremy w postaci Venom czy Discharge. Mimo, że były naszpikowane surowymi i dzikimi numerami, tak charakterystycznymi dla wczesnego thrashu, wyróżniały się tym, że panowie z Voivod jednak bardzo lubowali się w klimatach sci-fi, a same teksty też oscylowały wokół wizji przyszłości zagubionej w nuklearnych konfliktach i zgubnego rozwoju technologii, dzięki czemu ich muzyka zyskała bardziej kosmiczną atmosferę. Owe klimaty odrealnionych, kosmicznych wizji poczęły się uwydatniać z każdym kolejnym wydawnictwem, tak samo, jak i fascynacje rockiem progresywnym spod znaku King Crimson czy Pink Floyd, a sam zespół stał się „ojcem-założycielem” metalu progresywnego (zasługa niesłusznie przypisywana Dream Theater), stylu, który doprowadzili do perfekcji na swoim Nothingface, dla wielu fanów będącego ich opus magnum.

W ’93 roku, po odejściu wokalisty Snake’a, zespół zwerbował do składu Erica Forresta, który objął stanowisko „gardłowego” i basisty, a wraz z jego przybyciem nadeszły kolejne zmiany stylistyki w muzyce zespołu. Pierwszy album wydany w trzy-osobowym składzie („Piggy” – gitara; „Away” – perkusja; „E-Force” – wokal/bas), Negatron, musiał być nie lada szokiem – w końcu poprzedzające płyty Angel Rat i The Outer Limits ukazały dosyć przystępne i przebojowe oblicze zespołu, tutaj zaś panowie nie dość, że porzucił w sporej mierze progresywne wpływy, to dodatkowo nadali całości bardzo industrialny charakter, w wyniku czego powstał album strukturalnie prostszy, acz niebywale ciężki, duszny i wrzaskliwy (Eric Forrest spisał się naprawdę świetnie). Trzeba przyznać, że nowo obrany styl na Negatron dopiero raczkował, dwa lata później jednak skrystalizował się w pełni na Phobos. Album ten stanowi najbardziej ekstremalną pozycję w ich dyskografii i w sposób najbardziej dosłowny ukazuje treści, które Voivod przekazywał wzdłuż swojej kariery. Post-nuklearny świat zbombardowany głowicami na każdym zakątku planety, wszędobylne zarazy, nieuleczalne choroby, dopadające ludzkość deformacje organizmu i schorzenia umysłu, gruzy, zniszczenia i wszelkiego rodzaju napawające odrazą widoki – oto Phobos, ścieżka dźwiękowa do ludzkiej zagłady (pewnie właśnie dlatego tak bardzo lubię tę płytę). Panowie tutaj doprowadzili każdy aspekt swojego stylu do granic ekstremum – zrobotyzowane wokale Snake’a zostały zastąpione okrutnymi wrzaskami zdzierającego swoje struny głosowe Forresta, „Piggy” swoją charakterystyczną grą na gitarze serwuje hipnotyzujące dysharmoniczne riffy i odrealnione, atonalne melodie, a dynamikę albumu napędza „Away”swoimi potężnymi partiami bębnów. Wyraźnie słychać, że Voivod za jedną z głównych inspiracji obrał sobie Godflesh, bowiem Phobos, podobnie jak Streetcleaner, jest bardzo skupiony, zwarty, kładzie nacisk na „transowość” i stroni raczej od progresywnych kombinacji na rzecz powtarzalnych, wkręcających się motywów i w żadnym momencie nie jest nawet odrobinę chwytliwy. Posiada brudne, surowe i spowite w hałasie brzmienie, które i tak przy tym pozostaje bardzo selektywne i przestrzenne – kosmiczna otchłań jest tutaj niemalże namacalna. To monolit, który przez cały czas trwania konsekwentnie dostarcza dewastujących i pochłaniających zarazem dźwięków, wyniszczając resztki umysłowej trzeźwości słuchacza.

Może zostanę za to zbiczowany przez die-hard fanów Voivod, ale przyznaję szczerze, że era z Forrestem to jedyna era w ich karierze, która mnie obecnie kręci. Oczywiście w ramach wycieczki sentymentalnej sięgam na półkę po Dimension Hatross (mój ulubiony album z klasycznego Voivod), ale – nie umniejszając wartości innym wydawnictwom – to właśnie Phobos uważam za ich najwspanialsze dzieło, najbliższe mojemu gustowi, najbardziej gniewne i złowieszcze, pełne podskórnego napięcia i grozy wyczuwalnej w każdym dźwięku. Na pewno jest to album, który postawiłbym wysoko wśród ulubionych metalowych albumów. Szkoda, że zespół nie kontynuował już nigdy później tej ścieżki, jeszcze większa szkoda, że osiem lat po wydaniu Phobos zmarł na raka gitarzysta Denis „Piggy” D’Amour, który zasłużył na znacznie więcej uznania w metalowym świecie niż wielu osławionych, nie tylko metalowych, gitarzystów (z Johnem Petruccim na czele). Jego niepowtarzalna gra wciąż robi wrażenie, a tak umiejętne połączenie hałaśliwych i dzikich riffów Discharge z psychodelicznym i awangardowym stylem Roberta Frippa z King Crimson to naprawdę nie lada wyczyn, którego mało który gitarzysta dokonał w swojej karierze. Tym bardziej chylę czoła przed tym co stworzył.

I can see tomorrow, hear the pandemonium

Posted in Killing Joke with tags , , , on Marzec 16, 2012 by pandemon777

KILLING JOKE – PANDEMONIUM (1994)

1. Pandemonium

2. Exorcism

3. Millenium

4. Communion

5. Black Moon

6. Labyrinth

7. Jana

8. Whiteout

9. Pleasures Of The Flesh

10. Mathematics Of Chaos

Ważni, wielcy, wpływowi, etc. – wiele superlatywnych określeń można by zastosować wobec tego zespołu, który pomimo swojej wybitności nie osiągnął zbyt wielkiego sukcesu komercyjnego, ale z drugiej strony to przecież żadna nowość (niestety). Historia Killing Joke sięga przełomu lat ’70 i ’80 ubiegłego wieku, kiedy kilku kumpli z Wielkiej Brytanii postanowiło dać wyraz swojemu obrzydzeniu wobec szarego, konsumpcyjnego świata, nakręcanego pogonią za spełnieniem w materialnej sferze życia, obdartego z prawdziwych duchowych wartości.

We were unleashing something that was way beyond us at the time – Jaz Coleman

Będąc, wspólnie z Joy Division, pionierami tzw. post-punka stworzyli podwaliny pod wiele gatunków szeroko rozumianej alternatywy muzycznej, głównie pod industrial rock/metal, dzięki swojej minimalistycznej strukturze utworów, wywodzących się w prostej linii z punka, któremu nadali bardziej zmechanizowany i plemienny zarazem charakter. Samozwańczy debiut, jak i What’s THIS For…! to fundamentalne wręcz płyty jeśli chodzi wspomniany gitarowy industrial, które w swoim czasie były czymś niespotykanym i nietypowym. Zespół przez lata ’80 zmieniał nieco kierunek kilka razy, uderzając na Night Time w bardziej popowe rejony, wydając na świat chyba ich najsłynniejszy numer Eighties (ten, który panowie z Nirvany im podkradli do Come As You Are), a pogłębił ten styl na Brighter Than A Thousand Suns, jeszcze mocniej ukierunkowaną na przestrzenne brzmienie syntezatorów i klimatyczny charakter. Outside The Gate stał się z kolei chyba najbardziej kontrowersyjnym wydawnictwem zespołu i zarazem największym niewypałem.

Drastyczne zmiany nadeszły przy okazji wydania kilka lat później płyty diametralnie innej niż to co zespół oferował przez ostatnie pół dekady – Extremities Dirt & Various Repressed Emotions. Album ten był krokiem w kierunku czegoś znacznie większego, porzucając czyste brzmienie syntezatorów i przystępnych melodii na rzecz brudu, ciężaru i psychodelii. Przyjemne, przebojowe i ckliwe czasem piosenki odeszły w zapomnienie, zaś ich miejsce zajęły wściekłe, epatujące złością utwory. Wówczas bestia została już na dobre puszczona ze smyczy i Killing Joke ukazał swoje gniewne i obłędne oblicze. Wydana cztery lata później płyta Pandemonium była kontynuacją owego obłędu, jednak został on na niej już w pełni skontrolowany i ukierunkowany na konkretny cel. To najdojrzalsze dzieło tego zespołu, wisieńka na torcie, opus magnum w ich dyskografii i jedna z tych płyt, którą można by wziąć ze sobą na bezludną wyspę (mój nick niechaj mówi sam za siebie).

Rise from my unconscious let it rise!

Get it out get it out get it out!

Od początku utworu tytułowego, dźwięki zabierają umysł na wyższe stany świadomości, wzbudzając zachwyt swoją elegancją i dostojnością. Killing Joke wciąż hołduje charakterystycznym dla siebie elementom, stroniąc od zbędnej ornamentyki, a stawiając na prostotę kompozycji i repetycję motywów, opierając całość na hipnotyzującej, plemiennej rytmice i powtarzanych z uporem maniaka riffów, które na długo po przesłuchaniu jeszcze pozostają w świadomości. Owe elementy, dzięki którym przekaz zespołu był bardzo bezpośredni, zostały tutaj przeniesione na inny grunt i uległy swoistej mutacji – stały się po prostu jeszcze bardziej wyraziste, cięższe przez co sama muzyka stała się też po części znacznie bardziej monumentalna niż kiedykolwiek wcześniej w ich twórczości. Pandemonium zostało wydane w czasie, kiedy ruch industrialnego rocka i metalu, który Killing Joke przecież sam zainspirował, świętował swoje największe tryumfy i szczerze powiedziawszy, rozstawił wszystkich swoich „podopiecznych” po kątach. Panowie po prostu postanowili nadać całości bardziej zmetalizowany charakter, podobnie jak Ministry na Psalm 69 (czyżby inspiracje zatoczyły koło?), ale przeciągając ten gatunek na tereny skrajnie inne. To album, który jest przesiąknięty rytualną atmosferą, potężnie i przestrzennie zarazem brzmiący, mimo swojej gniewności bardzo natchniony i uduchowiony, a tutejsza agresja i zachrypłe wrzaski Colemana mają jakby na celu siłą obudzić człowieka z jego apatii, uderzyć w najczulszy punkt jego świadomości (lub podświadomości) i wyciągnąć na wierzch jego zagubionego ducha. Jakkolwiek to by nie brzmiało, ale sądzę, że właśnie ku temu ta muzyka służy – aby wyrwać ludzki byt z tłustych szponów konsumpcjonizmu i materializmu, wbić kij w mrowisko i ukazać niematerialne wartości jako te ważniejsze i podstawowe, a najogólniej mówiąc sprowadzić oświecenie zagubionego w społeczeństwie i ogłupionego przez pogoń za lepszym bytem materialnym człowieka. I myślę, że ta muzyka czyni to dobrze, dzięki swojemu czarującemu mistycyzmowi i niespotykanej, nawet na wielu stricte metalowych albumach, intensywności. Sam Jaz Coleman ma zresztą fioła na punkcie apokalipsy, rzeczy ostatecznych, mistycyzmu i sfery duchowej i na tym albumie m.in. owe obsesje i fascynacje przejawiają się w stu procentach.

Pandemonium to potężny monolit, bezdyskusyjne arcydzieło i album w pełni dopracowany. Podobnie jak w przypadku Elizium, wielbię tutaj w zasadzie każdy element, jest to album również niebywale mistyczny i uduchowiony, pełen swoistego erotyzmu, z tym, że posiada znacznie bardziej plemienno-rytualny charakter i posiada spore pokłady obłędnej agresji. Czasami mam wrażenie, że to skrzyżowanie ciężaru Psalm 69 Ministry z mroczną aurą Floodland The Sisters Of Mercy i mistycyzmem rodem z Elizium Fields Of The Nephilim właśnie. Tak czy inaczej kto nie zna, niech pozna, bo tu każdy utwór to cios za ciosem, a ostatnie dwa utwory, z moich ukochanym Pleasures Of The Flesh (prawdopodobnie najbardziej kuszący i uwodzicielski numer w historii Killing Joke) na czele to już wyższe wyżyny muzyki moim zdaniem.

Killing Joke is my insanity, my madness

I tyle w temacie. Słuchać głośno i słuchać w nocy. Amen.

I’ll wait for the night to come

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on Luty 29, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – ALIEN [2005]

1. Imperial
2. Skeksis
3. Shitstorm
4. Love?
5. Shine
6. We Ride
7. Possessions
8. Two Weeks
9. Thalamus
10. Zen
11. Info Dump

WE HAVE RETURNED

Rok 2005 przyniósł jedną z moich ulubionych płyt z tzw. „ciężką muzyką”. Jest to również album, od którego zacząłem swoją przygodę z muzyką Devina Townsenda. Mowa o Alien.

For tonight…WE RIDE!!!!

Kolejna płyta Strapping Young Lad przynosi kolejne zmiany; kierunek -> kosmos. Tym razem Devin zabiera nas na wycieczkę do zupełnie innego świata. Świata, w którym jego muzyka jest jeszcze cięższa i jeszcze intensywniejsza. Natężenie dźwięków na centymetr kwadratowy płyty przekracza wszelkie normy. Tak intensywnie jeszcze nie było. Mimo kilku spokojniejszych fragmentów, ten album jest jednolitym, ociężałym blokiem, którego gęstość i ciężar przygniata wszystko inne. Miażdżące kości riffy, wijący się gdzieś pod stopami bass i przepotężne bębny Gene’a Hoglana sprawiają, że Alien to nacierająca ściana dźwięku. Do tego dochodzą fenomenalne wokale Devina Townsenda, który na tym albumie przeszedł chyba samego siebie, a jego opętańcze wrzaski oraz nagromadzenie różnorodnych wokaliz (w tym dziecięce chórki) w pewnych fragmentach, dodają tej płycie szczyptę psychodelik, może nawet schizofrenii. Niezależnie od swojej spójności i jednorodności, za tym zwartym murem muzyki kryje się całkiem zróżnicowany materiał, który wraz z kolejnymi przesłuchaniami staje się coraz bardziej klarowny i przejrzysty.

PUT IT IN GEAR MOTHERFUCKER!!!!!

Zdecydowaną większość płyty stanowi potężny, niszcząca obiekty i miażdżąca kości zawartość. Już rozpoczynający Imperial doskonale wprowadza w klimat albumu, posyła w kosmos i dodaje niewyobrażalną dawkę energii, który kipi z tej muzyki. Imperial brzmi, jakby wkurwienie miało go rozerwać od środka, miota się niczym niepoczytalny człowiek w szaleńczym amoku. Skeksis czy Shitstorm nie dają ani chwili wytchnienia – obydwa skutecznie sprawiają, że słuchając ich, czuję się, jakbym siedział przy silniku odrzutowym od strony wylotowej. Za to Love?, to zupełnie inna para kaloszy, bez wątpienia jeden z najlepszych numerów autorstwa Devina Townsenda. Prawdziwy kolaż nastrojów: od spokojnych poczynając (momentami wręcz melancholijnych, głównie za sprawą śpiewu), a na prawdziwym szaleństwie i wkurwieniu na cały świat kończąc. Zawsze jak słucham Alien, to Love? musi przejść kilka(naście) razy, abym zaczął słuchać dalej. O ile Shine raczej z wolna przetacza się po słuchaczu, o tyle We Ride pędzi na złamanie karku, by w ciągu dwóch i pół minut dokonać wszelakich zniszczeń. Ten album naprawdę nie bierze jeńców. Podobnie jak Shine, Possessions przewala się z wolna, kontrastując nie tylko ze swoim poprzednikiem, ale i z Two Weeks, akustyczną miniaturką (w skali całego albumu), która na moment przenosi słuchacza w zupełnie inny świat, spokojny i pozbawiony trosk. Gdyby w tym momencie wieńczyć dzieło, Thalamus wzorem City i SYL, kończyłby krążek w podniosłym, majestatycznym stylu. Jednak Zen w barbarzyński sposób, prosto i konkretnie sprowadza na ziemię i niczym dziesięciotonowy walec rozgniata słuchacza i zrównuje go z podłożem. Ostatni na płycie, Info Dump, to dwunastominutowa, ambientowo-noise’owa kompozycja, która brzmi niczym ostatni sygnał wieńczący żywot zepsutego do cna świata 😉

ALL HAIL!!!

Słowem zakończenia – szukać i słuchać, bo naprawdę warto. Strapping Young Lad tym albumem ponownie pokazali jak powinno się grać metal.

 

Let the dead carry the dead

Posted in The Nefilim with tags , , , , on Luty 21, 2012 by pandemon777

THE NEFILIM – ZOON (1996)

 

1. Still Life

2. Xodus

3. Shine

4. Penetration

5. Melt (The Catching Of A Butterfly)

6. Venus Decomposing

7. Pazuzu (Black Rain)

8. Zoon (Part 1 & 2) (Saturation)

9. Zoon (Part 3) (Wake World)

10. Coma

Po rozpadzie macierzystego zespołu, McCoy postanowił kontynuować swoją działalność w zespole nazwanym po prostu The Nefilim, będącym drugą odnogą upadłego Fields Of The Nephilim. Niestety zanim jego nowe oblicze w końcu ujrzało światło dzienne musiało minąć ładnych parę lat – Zoon został wydany w ’96 roku. Panowie z „sąsiadującego” Rubicon zdążyli w tym czasie wydać dwie płyty studyjne i… zakończyć działalność. Co prawda The Nefilim pierwsze koncerty zagrał w okolicach ’93 roku, ale problemy z wytwórnią powodowały (jak zwykle zresztą), że premiera ich pierwszego i zarazem ostatniego albumu była wciąż odkładana na przyszłość. Szczęście całe, że wydanie Zoon w końcu doszło do skutku i sądzę, że zdecydowanie warto było czekać. Słuchając tego wydawnictwa nie mogę przestać gdybać nad tym, jaki szok fani starego Fields Of The Nephilim musieli wówczas przeżyć, kiedy pierwsze dźwięki nowego oblicza Carla McCoya poczęły rozbrzmiewać wokół nich. Ja osobiście poczułem się, najzwyczajniej rzecz ujmując, zdewastowany, bo Zoon był krokiem w kierunku muzyki znacznie innej niż tej, do której przyzwyczaił Fields Of The Nephilim, jak i później Rubicon.

We shall crush you down to the point, where there is no coming back, things will happen to you from which you could not recover if you lived a thousand years, a thousand years.

Nie wiem co wstąpiło wówczas w pana McCoya, ani jaki diabeł czy inny demon go opętał, ale chciałbym temu diabłu uścisnąć włochatą rękę i serdecznie podziękować, za to, że pod jego wpływem ten człowiek nagrał muzykę wręcz szaleńczą, wściekłą, mroczniejszą niż cokolwiek co nagrywał wcześniej, ciężką i agresywną w prawie każdej sekundzie. Oczywiście pewnych punktów wspólnych z Fields Of The Nephilim nie dało się uniknąć. Okultyzm, rytualizm, mistycyzm – te wszystkie elementy są tutaj obecne, z tym, że zostały ukazane w o wiele ekstremalniejszej odsłonie.

The Nefilim kultywuje chęć wzbicia się na wyższe stany świadomości, wtargnięcia do innego wymiaru za pomocą zakazanych obrzędów, z tym, że tutaj wtargnięcie w ów nowy wymiar może się okazać wręcz koszmarem. Zoon to płyta przerażająca, apokaliptyczna wręcz. Zresztą słowo „zoon” z języka greckiego oznacza „żywą kreaturę”, „bestię”, które w tym wypadku jest w pełni adekwatne. Zarówno muzyka, w której roi się od death metalowych riffów, industrialnego ciężaru, jak i głos Carla McCoya brzmią tutaj wręcz bestialsko. No właśnie, McCoy pokazał się tutaj od swojej najbardziej gniewnej i złowieszczej strony, unikając typowych growli, ale operując głosem tak przerażającym, że oblewa mnie zimny pot, głosem przy którym znaczna większość kalekich, death metalowych popłuczyn brzmi po prostu śmiesznie. Co podoba mi się niebywale w kwestii obranej stylistyki na tej płycie, to fakt, że zazwyczaj zespoły starają się wbić w konkretny gatunek, grając charakterystyczne dla niego riffy, rytmy, etc., zaś The Nefilim, obrał takie, a nie inne środki wyrazu, wykorzystując je we własny, unikalny sposób, aby najlepiej i najbardziej dosłownie ukazać swoją wizję świata, który stanął w płomieniach, nawiedzanego nieustającymi trzęsieniami, skąpanego w powodziach i zalanego lawą płynącej z wulkanów, których pył spowił niebo w ciemnościach i okrył ziemię wszechobecną czernią. To naprawdę jedna z najbardziej sugestywnych dźwiękowych wizualizacji biblijnej apokalipsy i doprawdy czuję się wgniatany każdym dźwiękiem, każdym słowem. Nawet te bardziej melancholijne fragmenty nie łagodzą tego wrażenia, bo cały czas ma się wrażenie, że są jedynie ciszą przed kolejnym, nadchodzącym sztormem. Nie ma też sensu raczej wyróżniać poszczególnych utworów, bo Zoon to po prostu monolit, spójny obraz końca millenium i obecnego świata, zapowiadającego również nadejście nowej, lepszej ery.

 Is there an end to the coma?
As we endure transformation.
As we enter the beginning
No more pain, no more feeling
Let it endure forever
Those whose end cannot be

Żałuję strasznie, że McCoy nie kontynuował tego projektu dalej. Podjął moim zdaniem nie do końca dobrą decyzję reaktywując za to Fields Of The Nephilim, będąc jednocześnie jedynym oryginalnym członkiem starego składu. Bez zgody zespołu został wypuszczony album Fallen, niedopieszczony, w zasadzie stanowiący zbiór utworów w wersji demo, później McCoy zwerbował jeszcze anonimowy skład, z którym nagrał Mourning Sun, ostatni jak do tej pory studyjny album Fields Of The Nephilim. Osobiście średnio mnie zachwycił, bo moim zdaniem trochę brzmi jak nieudana próba powrotu do dawnych lat. Dodatkowo z obecnym składem gra sporadycznie koncerty, które fakt faktem dają mi dużo radości, ale nie zachwycają nawet w połowie tak bardzo jak oglądanie DVD Visionary Heads, czy słuchanie cudownego Earth Inferno. Nowy Fields Of The Nephilim po prostu nie potrafi wydobyć tej magii ze starych hymnów i szczerze powiedziawszy o wiele bardziej bym wolał aby odgrywali całe Zoon i kilka dodatkowych niewydanych utworów z tamtego okresu, bo Penetratioin dewastował mnie na żywo za każdym razem. Może napiszę w tej sprawie do nich, może wezmą taką opcję pod rozwagę? Pobożne życzenie.

%d blogerów lubi to: