It turns to rage

FORBIDDEN – GREEN (1997)

 

1. What Is The Last Time?

2. Green

3. Phat

4. Turns To Rage

5. Face Down Heroes

6. Over The Middle

7. Kanaworms

8. Noncent$

9. Blank

10. Focus

Forbidden to jeden z najbardziej reprezentatywnych i najbardziej rozpoznawalnych zespołów jeśli chodzi o scenę thrash metalową z San Francisco Bay Area, gdzie grali u boku innych świetnych, już teraz kultowych formacji jak Exodus, Death Angel, Testament czy trochę zapomniany Vio-Lence. Swoją drogą, odnośnie tego ostatniego, grał w nim Robert Flynn znany głównie z Machine Head, po tym jak opuścił szeregi Forbidden Evil (pre-Forbidden).

Anyway, zespół zdobył spore uznanie dzięki dwóm pierwszym płytom: debiutanckiemu Forbidden Evil, który pomimo sporej dawki młodzieńczej energii, buntowniczego charakteru i szaleństwa tak charakterysytcznego dla thrashu, był jednocześnie dziełem finezyjnym (jakkolwiek by to nie brzmiało w kontekście muzyki szarpidrutów), kipiącym pomyśłowością, stojącym też pod względem technicznym na wyjątkowo zaawansowanym poziomie, oraz Twisted Into Form, wydawnictwa dojrzalszego, stonowanego, niemniej jednak wciąż noszącego znamię stylu Forbidden, i dla wielu będącą opus magnum grupy. I chyba nie ma płyt, które bym katował częściej jako nastolatek. Zespół był wówczas w szczytowej formie, jednak początek lat ’90 przyniósł koniec złotej ery thrashu – z jednej strony boom na grunge, z drugiej strony sukces „czarnej płyty” Metallici, do tego rosnąca popularność tzw. groove metalu, spopularyzowanego przez wcześniej wspomnianego Machine Head i Panterę, tak więc aby utrzymać się na rynku zespoły drastycznie zmieniały styl idąc śladem Metallici (Megadeth, Testament) albo w kierunku Pantery właśnie. Forbidden ostatecznie chwycił się za groove metal, nagrywając po czterech latach od Twisted Into Form, płytę Distortion, która nie przypominała w niczym ich starych dokonań – nie było ornamentalnych solówek, kanonady riffów i zmian tempa, a sam wokalista Russ Anderson zrezygnował z falsetów i śpiewnych wokali. Szeregi zespołu opuścił też perkusista Paul Bostaph, zastępując za garami Dave’a Lombardo w Slayer. Zjechana przez fanów płyta nie zapowiadała, aby Forbidden miał wrócić do dawnych brzmień. I całe szczęście. Przy całym moim sentymencie dla dówch pierwszych płyt, ostatecznie muszę stwierdzić, że to Green jest ich opus magnum i zarazem jednym z moich ulubionych albumów jeśli o metal chodzi, i nie zważam tutaj na bzdury, czy zespół się sprzedał, zdradził ideały, podążył za ówczensmy trendem etc. Nagrał płytę najdojrzalszą w swojej karierze, najbardziej agresywną, emanującą wkurwem z każdego dźwięku, nie popadając przy tym w żadne młodzieńcze szczekanie. Jest logiczną kontynuacją stylu z Distortion, który jednak nie zachwyca w takim stopniu, kompozycyjnie stojąc w tyle za Green. Może panowie się wówczas nie odnaleźli w pełni w nowo obranej stylistyce, nie wiem, nieważne zresztą. Tak czy siak, wracając do samego Green, to fakt, psioczyłem na nią kiedy pierwszy raz usłyszałem, ale miałem zwyczajnie zbyt wąskie spektrum oczekiwań, nie było tego za co niegdyś ich uwielbiałem, ale lata minęły i zacząłem sobie po prostu bardziej cenić surowe brzmienia, bez kombinowania, bez popadania w akrobacje instrumentalne, a stawiające na bezpośredni przekaz, na nieskrępowane, gniewne emocje, a przez to też odkrywać właściwe oblicze tej płyty. Fascynacje psychodelą też swoje zrobiły, a Green zdecydowanie do psychodelicznych należy, jest to album dosyć dołująco-odurzający, z otwartym „trzecim okiem”. Niefart, że po dziś dzień wciąż jest mieszany z błotem, bo nie spełnia niepisanych warunków, koniecznych aby zostać zaakceptowaną przez wielu fanów zespołu, no ale cóż począć. Moim zdaniem ta zmiana stylu wyszła na lepsze, bo naprawdę album ma zdecydowanie większą siłę wyrazu, dzięki potężnemu, „zbasowanemu” brzmieniu, ciętym, momentami dysharmonicznym riffom przeplatającym się z psychodelicznymi wstawkami i postawieniu po prostu na bezpośrednie uderzenie, nie zaś na owijanie w bawłenę. Zresztą nieokrzesane i szaleńcze Face Down Heroes i następujący po nim Over The Middle, mówią same za siebie. Takich emocji najbardziej pragnę w ciężkiej muzyce, a Green oferuje ich w dużej dawce.

I bądźmy szczerzy, Burn My Eyes Machine Head, groove metalowy klasyk, obok Green nawet nie stał, jawi się jako wypolerowany album dla easy-listening fanów muzyki metalowej. Może dlatego sprzedał się tak dobrze?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: