Archiwum dla thrash metal

The Sadist

Posted in Korzus with tags , on 18 lutego, 2012 by fiodur

KORZUS – TIES OF BLOOD (2004)

 01. Guilty Silence
02. Respect
03. What Are You Looking For
04. Screaming for Death
05. Never Get Me Down
06. Punisher
07. Evil Sight
08. Correria
09. Cruelty
10. Ties of Blood
11. It Wasn’t Me
12. Sadist
13. Who’s Going to Be the Next
14. Peça Perdão

Korzus to brazylijska thrash metalowa grupa założona w Sao Paulo w 1983r. Jest jednym z najważniejszych zespołów sceny brazylijskiej obok Sepultury i Sarcófago. Na pierwszym albumie słychać wpływy Dark Angela, na następnych albumach styl nieco uległ zmianie w stronę brzmień z Bay Area. Korzus gra bardzo prostą lecz zapadającą w ucho muzykę, w większości utworów nie ma solówek.

Ties of Blood to ich piąty studyjny album. Riffy na tym albumie często przypominają riffy Garego Holta zarówno w brzmieniu jak i technice gry. Album jest przesycony ogromną ilością riffów, które sprawiają, że mimo aż 14 kawałków przy przesłuchiwaniu całego albumu nie czułem się znużony. Co do wokalu to momentami przypomina on Maxa Cavalerę. Nie ma tu żadnych przyśpiewek. Po prostu przysłowiowe darcie ryja. Surowy, głęboki głos Marcello Pompeu idealnie pasuje do gry całego zespołu. Na albumie znajdują się także dwie piosenki zaśpiewane w rodowitym języku zespołu, czyli Correria i Peça Perdão.  Chciałbym jeszcze wspomnieć o basiście, którego nie słychać chyba w ani jednym momencie na albumie, nawet nie jestem pewien czy potrafi grać na basie, jednak jego epicka morda poprawia kiepski jak dla mnie image całego zespołu. Chciałbym kiedyś znaleźć się na koncercie tego bandu, energia zawarta w nim nie pozwala stać w miejscu. Podwójna stopa chodzi prawie ciągle nadając piekielne tempo każdemu kawałkowi. Koncertowo ten album miażdży, chciałbym kiedyś usłyszeć na żywo chociażby takie kawałki jak Respect czy Who’s going to be next.  

Korzus to bardzo solidne thrash metalowe łojenie. Moge zagwarantować, że spodoba się fanom Sepultury (oczywiście tej do 1996, bo później Sepultura już nie istnieje). Z repertuaru tego zespołu polecam jeszcze Mass Ilussion oraz KZS.

Twisted Cross

Posted in Anacrusis with tags , on 13 lutego, 2012 by fiodur

ANACRUSIS – SUFFERING HOUR (1988)

01. Present Tense

02. Imprisoned

03. R.O.T.

04. Butchers Block

05. A World To Gain

06. Frigid Bitch

07. Fighting Evil

08. Twisted Cross

09. Annihilation Complete

10. N.I.B.

Sam zespół został założony w St. Louis w 1986r. i działał nieprzerwanie do 1993r. Po wydaniu ostatniego krążka zespół nawet nie wyruszył już na trasę promującą. Jednak w 2009r. panowie z Anacrusis postanowili powrócić na scenę i grać koncerty. W 2010r. wyszedł digipack z Suffering Hour i Reason i w tym samym roku zespół postanowił nagrać nowy materiał, niestety na razie opublikowany został jedynie jeden singiel This Killer In My House .

Suffering Hour to genialny debiut thrasherow z Missouri. Jest to jedna z moich ulubionych płyt już od dłuższego czasu. Zespół wykonuje połączenie technical i progressive thrash metalu na bardzo wysokim poziomie. Styl ciężko porównać do jakichkolwiek zespołów, instrumentalnie może przypominać momentami Forbidden jednak gitary mają więcej ‚piasku niż mięsa’ i są nieco szybsze. Wokal Kenna Nardiego to zupełnie coś awangardowego. Śpiewa czysto lub mówi, by za chwilę wykrzyczeć w stylu Chucka Schuldinera kolejne wersy utworu. Bas jest kiepsko widoczny, czasami można usłyszeć przebicia lecz nie na tym opiera się muzyka tego zespołu, chociaż technicznie basista na pewno nie odbiega od reszty zespołu. Główną rolę pełni gitara. Mimo, że piosenki są bardzo długie, często z trochę jak dla mnie przedłużającymi się intrami, to zupełnie nie są nudne. Riffy Heidbredera co chwilę się zmieniają i tworzy to bardzo przyjemny materiał do słuchania. Utwory raczej w swoim charakterze nie są do skakania w pogo. Momentami nawet bywają mroczne co nawet wydaje się oczywiste patrząc na okładkę. Nastrój tworzą chorusy często używane przy wokalu i gitarach. Na krążku znalazł się także cover Black Sabbath. Zagrany sporo szybciej i inaczej od oryginału. Riff i tekst jest oczywiście taki sam, ale ani troche nie przypomina nagrania BS. Swoją drogą jest to chyba ‘najweselszy’ kawałek z całej płyty. Jako reprezentanta wybrałbym Imprisoned. Nie będę opisywał kawałków po kolei, bo sam uważam takie recenzje za nudne, zresztą każdy który przesłucha tej płyty we własnym sumieniu oceni jej zawartość.

Jak już wcześniej wspomniałem styl tego zespołu jest zdecydowanie niepodrabialny, ciężko wychwycić czym inspirowali się muzycy nagrywając ten album. Może to dlatego wydaje się taki świeży? Jak dla mnie w thrashu właśnie liczy się świeżość, a nie odgrzewane kotlety zespołów, których nazw nie będę przytaczać. Opisywana płyta w mojej opinii jest najlepszą w całym dorobku kapeli, następne płyty coraz bardziej zmierzają w kierunku progresywy, więc jeżeli ktoś siedzi w tym podgatunku to polecam zwłaszcza Screams and Whispers, ostatni studyjny album Anacrusis. Bardzo żałuję, że ta grupa jest tak mało znana. Gorąco polecam.

Nails in my brain, nails hurt

Posted in Coroner with tags , , on 27 stycznia, 2012 by pandemon777

CORONER – GRIN (1993)

1. Dream Path

2. The Lethargic Age

3. Internal Conflicts

4. Caveat (To The Coming)

5. Serpent Moves

6. Status: Still Thinking

7. Theme For Silence

8. Paralized, Mesmerized

9. Grin (Nails Hurt)

10. Host

Coroner, zespół, którego członkowie zaczynali jako techniczni kultowego Celtic Frost, a skończyli jako jeden z najbardziej unikatowych, oryginalnych i niepodrabialnych zespołów na scenie metalowej. Początki nie zapowiadały nagrania wyprzedzającego swój czas krążka, Grin, w końcu o dwóch pierwszych płytach sam gitarzysta Tommy Vetterli wypowiada sie niezbyt pochlebnie, twierdząc, że nie może ich brać na poważnie. Były to wydawnictwa jeszcze bez skrystalizowanego stylu, tak jakby panowie chcieli za dużo naraz upchnąć w jednym worku, gdzie techniczny thrash był uozdobiony gotyckimi naleciałościami (pośredni, lub też bezpośredni wpływ Celtic Frost) czy momentami niemal neoklasycznyną melodyką. Ta mikstura może nie była do końca udana, ale faktem jest, że tkwił w nich potencjał.

No More Color był już wielkim krokiem w muzycznej ewolucji zespołu i pierwszą naprawdę spójną płytą. Co prawda elementy z poprzednich płyt były wciąż obecne, ale jednak kompozycje były bardziej zwarte i przemyślane, udało im po prostu solidnie zespoić ze sobą elementy rocka progresywnego, thrashu i stworzyć wokół całości klimatyczną otoczkę. Mimo wszystko to był wciąż, biorąc pod uwagę przyszłe wydawnictwa, stadium pośredni. Mental Vortex przyniósł ze sobą bardziej psychodeliczne i jeszcze mroczniejsze oblicze zespołu, które miało zostać w pełni wyeksponowane na ostatniej, jak dotąd, płycie Grin. Może nie będę odjeżdżał tutaj w swój osobisty stosunek do tego wydawnictwa, pisząc długie peany na temat jak bardzo wpłynął na mój gust, że dzięki niemu pośrednio lub bezpośrednio zainteresowałem się całą gamą różnych gatunków muzycznych i przejdę do rzeczy.

Już samo intro stanowi pewne novum w muzyce Coroner, który postanowił wykorzystać muzykę plemienną, zamiast, jak wielu innych, zagrać quasi-klimatyczny instrumentalny kawałek. I tak oto dyskretne, rytualne bębnienie, tajemniczo zwiastuje dalszą zawartość płyty. A jest co odkrywać. O ile The Lethargic Age i Internal Conflicts mogą przywodzić na myśl poprzednie dokonania zespołu, o tyle w dalszej części thrash metalowe zagrywki zaczynają zanikać pod psychodeliczną osłoną. Podobnie jak Forbidden na Green, tak Coroner na Grin dał sobie na dobre spokój z napychaniem tysiąca riffów i karkołomnych zmian tempa, stawiając na zminimalizowanie dźwiękowej ornamentyki. Oczywiście Tommy T. Baron wciąż wycina świetne, bogate harmonicznie solówki (ta z Serpent Moves nieustannie przyprawia o ciarki na plecach), jednak struktura utworów była ukłonem w stronę Beg To Differ Prong, czyli więcej repetycji, wbijania konkretnego motywu do głowy, aż słuchacz popadnie w stan hipnozy, zamiast bombardowania go zewsząd niepoliczalną ilością popisowych zagrywek. Od momentu wejścia Caveat (To The Coming) zaczyna powoli coraz bardziej dominować psychodeliczna atmosfera, niepokojąca wręcz i mroczna, trzymająca w napięciu, zapowiadająca nadejście wielkiej kulminacji. Przeprawa przez Serpent Moves przyprawia o niemal ekstatyczno-psychodeliczne przeżycia, Status: Still Thinking znowu sprowadza do stanu emocjonalnego skrywanej złości i sieje niepokój, a kolejny plemienny numer, przerywnik w postaci Theme For Silence stanowi jakby ponowne intro do najbardziej oszałamiającej części płyty. 3 ostatnie utwory na tym krążku to absolutne wyżyny jeśli o ciężkie brzmienia chodzi, gitarowa afirmacja wyższych stanów świadomości, które szczególnie fanów Tool powinny zainteresować. Wejście tajemniczego motywu w Paralized, Mesmerized, odbijającego się echem w każdej części ludzkiej kopuły, autentycznie, wedle tytułu paraliżuje i rzuca hipnotyczny czar. I w takim też stanie słucha się płyty do końca, wzdłuż Paralized, Mesmerized niepokój rośnie ciągle, skurcze mięśni się nasilają, a tu jeszcze potężny Grin (Nails Hurt) przed nami i chyba najbardziej nietypowy numer w historii Coroner – Host. Tytułowy składający się z potężnych riffów, na przemian ciętych i płynnych, opartych na motorycznej rytmice, w ostatnich minutach wsysa słuchacza w pogłębiającą się czarną dziurę, której dźwięki pochłaniają bardziej niż jakakolwiek solówka zagrana przez dowolnego gitarowego wirtuoza. To potężnie hipnotyzujący fragment, w którym przestrzeń poszerza się z każdym uderzeniem w struny, perkusja wybija ten sam pędzący rytm bez chwili wytchnienia, a bas naśladuje zachowanie palpitującego serca, którego bicie zostaje w pewnym momencie gwałtownie przerwane. Host z kolei idealnie wieńczy płytę, odżegnując się już całkowicie od thrashowej estetyki, stanowiąc numer o w pełni indywidualnym charakterze. Marky Edelmann recytuje oschle i tajemniczo surrealistyczne liryki, któremu w refrenie „przerywa” właściwy wokalista Ron Royce swoim zdzierającym, wrzaskliwym i głębokim głosem, warstwa instrumentalna kreuje powoli snującą się narkotyczną atmosferę, która przypomina zdecydowanie badtripa, wprawiającego w przerażający stan umysłu i dyskomfort psychiczny. Ten raz pozornie spokojny, raz hałaśliwy i porażający numer ostatecznie zmienia się w swojej drugiej części w spokojną niemal mistyczną podróż, nad którą unoszą się piękne kobiece wokale. Bez słów, prowadząc głosem melodię z odległych krain, odpręża wręcz słuchacza po ciężkich bojach poprzednich utworów, wprowadzając pozorny spokój. W końcu głos cichnie, a na koniec pozostaje wsłuchiwać się w jazgot much. Co dokładnie miały przedstawiać, nie wiem, pozostawiam to już wyobraźni swojej i pozostałych słuchaczy.

PS. Dodam jeszcze, że uwielbiałem słuchać tego albumu czytając biografię seryjnych morderców. Have fun.

It turns to rage

Posted in Forbidden with tags , , on 27 stycznia, 2012 by pandemon777

FORBIDDEN – GREEN (1997)

 

1. What Is The Last Time?

2. Green

3. Phat

4. Turns To Rage

5. Face Down Heroes

6. Over The Middle

7. Kanaworms

8. Noncent$

9. Blank

10. Focus

Forbidden to jeden z najbardziej reprezentatywnych i najbardziej rozpoznawalnych zespołów jeśli chodzi o scenę thrash metalową z San Francisco Bay Area, gdzie grali u boku innych świetnych, już teraz kultowych formacji jak Exodus, Death Angel, Testament czy trochę zapomniany Vio-Lence. Swoją drogą, odnośnie tego ostatniego, grał w nim Robert Flynn znany głównie z Machine Head, po tym jak opuścił szeregi Forbidden Evil (pre-Forbidden).

Anyway, zespół zdobył spore uznanie dzięki dwóm pierwszym płytom: debiutanckiemu Forbidden Evil, który pomimo sporej dawki młodzieńczej energii, buntowniczego charakteru i szaleństwa tak charakterysytcznego dla thrashu, był jednocześnie dziełem finezyjnym (jakkolwiek by to nie brzmiało w kontekście muzyki szarpidrutów), kipiącym pomyśłowością, stojącym też pod względem technicznym na wyjątkowo zaawansowanym poziomie, oraz Twisted Into Form, wydawnictwa dojrzalszego, stonowanego, niemniej jednak wciąż noszącego znamię stylu Forbidden, i dla wielu będącą opus magnum grupy. I chyba nie ma płyt, które bym katował częściej jako nastolatek. Zespół był wówczas w szczytowej formie, jednak początek lat ’90 przyniósł koniec złotej ery thrashu – z jednej strony boom na grunge, z drugiej strony sukces „czarnej płyty” Metallici, do tego rosnąca popularność tzw. groove metalu, spopularyzowanego przez wcześniej wspomnianego Machine Head i Panterę, tak więc aby utrzymać się na rynku zespoły drastycznie zmieniały styl idąc śladem Metallici (Megadeth, Testament) albo w kierunku Pantery właśnie. Forbidden ostatecznie chwycił się za groove metal, nagrywając po czterech latach od Twisted Into Form, płytę Distortion, która nie przypominała w niczym ich starych dokonań – nie było ornamentalnych solówek, kanonady riffów i zmian tempa, a sam wokalista Russ Anderson zrezygnował z falsetów i śpiewnych wokali. Szeregi zespołu opuścił też perkusista Paul Bostaph, zastępując za garami Dave’a Lombardo w Slayer. Zjechana przez fanów płyta nie zapowiadała, aby Forbidden miał wrócić do dawnych brzmień. I całe szczęście. Przy całym moim sentymencie dla dówch pierwszych płyt, ostatecznie muszę stwierdzić, że to Green jest ich opus magnum i zarazem jednym z moich ulubionych albumów jeśli o metal chodzi, i nie zważam tutaj na bzdury, czy zespół się sprzedał, zdradził ideały, podążył za ówczensmy trendem etc. Nagrał płytę najdojrzalszą w swojej karierze, najbardziej agresywną, emanującą wkurwem z każdego dźwięku, nie popadając przy tym w żadne młodzieńcze szczekanie. Jest logiczną kontynuacją stylu z Distortion, który jednak nie zachwyca w takim stopniu, kompozycyjnie stojąc w tyle za Green. Może panowie się wówczas nie odnaleźli w pełni w nowo obranej stylistyce, nie wiem, nieważne zresztą. Tak czy siak, wracając do samego Green, to fakt, psioczyłem na nią kiedy pierwszy raz usłyszałem, ale miałem zwyczajnie zbyt wąskie spektrum oczekiwań, nie było tego za co niegdyś ich uwielbiałem, ale lata minęły i zacząłem sobie po prostu bardziej cenić surowe brzmienia, bez kombinowania, bez popadania w akrobacje instrumentalne, a stawiające na bezpośredni przekaz, na nieskrępowane, gniewne emocje, a przez to też odkrywać właściwe oblicze tej płyty. Fascynacje psychodelą też swoje zrobiły, a Green zdecydowanie do psychodelicznych należy, jest to album dosyć dołująco-odurzający, z otwartym „trzecim okiem”. Niefart, że po dziś dzień wciąż jest mieszany z błotem, bo nie spełnia niepisanych warunków, koniecznych aby zostać zaakceptowaną przez wielu fanów zespołu, no ale cóż począć. Moim zdaniem ta zmiana stylu wyszła na lepsze, bo naprawdę album ma zdecydowanie większą siłę wyrazu, dzięki potężnemu, „zbasowanemu” brzmieniu, ciętym, momentami dysharmonicznym riffom przeplatającym się z psychodelicznymi wstawkami i postawieniu po prostu na bezpośrednie uderzenie, nie zaś na owijanie w bawłenę. Zresztą nieokrzesane i szaleńcze Face Down Heroes i następujący po nim Over The Middle, mówią same za siebie. Takich emocji najbardziej pragnę w ciężkiej muzyce, a Green oferuje ich w dużej dawce.

I bądźmy szczerzy, Burn My Eyes Machine Head, groove metalowy klasyk, obok Green nawet nie stał, jawi się jako wypolerowany album dla easy-listening fanów muzyki metalowej. Może dlatego sprzedał się tak dobrze?

%d blogerów lubi to: