Archiwum dla dub

I thought you could be the one, but I might as well use a gun

Posted in The Golden Palominos with tags , , , , on 9 lutego, 2012 by pandemon777

THE GOLDEN PALOMINOS – PURE (1994)

1. Little Suicides

2. Heaven

3. Anything

4. Wings

5. Pure

6. No Skin

7. Gun

8. Break In The Road

9. Touch You

The Golden Palominos to projekt, który został powołany do życia gdzieś na początku lat ’80, na przestrzeni lat zmieniając niemal co album swoje muzyczne oblicze. Jego trzon stanowi gitarzysta Nicky Skopelitis (który współpracował już z takimi legendami jak Iggy Pop, Herbie Hancock, Public Image Ltd., Swans czy nawet White Zombie) oraz basista Bill Laswell, postać w niektórych kręgach wręcz kultowa, człowiek który udzielał się w multum innych projektów, sięgając chyba po każdą możliwą muzyczną stylistykę: dark ambient, free-jazz, grindcore, industrial, elektronika, wszelkiej maści eksperymenty etc. Można by tak długo wymieniać. W The Golden Palominos również wykazał się ogromną wyobraźnią muzyczną. Debiut, na którym swojego talentu użyczył legendarny jazzman John Zorn, penetrował klimaty powiedzmy eksperymentalnego funku, z domieszką jazzu, na kolejnej płycie Visions Of Excess Laswell zaprosił do współpracy m.in. Michaela Stype’a (R.E.M.), Johna Lydona (Sex Pistoles) i Jacka Bruce’a (Cream), w wyniku czego powstał z kolei album zakorzeniony w stricte rockowej estetyce. Każde nowe wydawnictwo przynosiło zmiany, a kolejna dekada odsłoniła oblicze The Golden Palominos, które cenię sobie w ich dyskografii najbardziej.

Drunk With Passion było „odchyłem” w stronę bardziej melancholijnych, eterycznych brzmień (wyczuwalne echo twórczości Cocteau Twins), na którym dominowały kobiece wokale, a cała płyta była, że tak powiem, najbardziej zmysłową i sielankową w dorobku zespołu. Owy element kobiecej zmysłowości był kontynuowany na kolejnej płycie This Is How It Feels, a w pełnej, najdojrzalszej okazałości ujawnił się na płycie Pure. Jestem skłonny stwierdzić, że to najlepszy popowy album jaki słyszałem (tak, właśnie, POPowy). Oczywiście wiele osób reaguje z obrzydzeniem na tę etykietę, kojarząc ją z telewizyjnymi popłuczynami w postaci głupio-wesołych piosenek. W przypadku Pure, mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Album jest delikatny i łagodny, kojący i przyjemny, dyskretny i pociągający zarazem, w odróżnieniu od wielu produkcji z gatunku pop jest po prostu wyrafinowany, dojrzały emocjonalnie, powiedziałbym nawet, że można go określić go mianem sztuki. Zanurzenie się w tych dźwiękach przypomina trochę zanurzenie się w wannie wypełnionej ciepłą wodą i różnymi pachnidłami, taki muzyczny odpowiednik relaksującej i odprężającej kąpieli, której nie ma się ochoty przerywać, a która po ciężkim i męczącym dniu stanowi wręcz wybawienie. Ta muzyka potrafi zdominować zmysły i uzależnić swoim beztroskim i niebywale przyjemnym charakterem. Spora zasługa w tym wokalistki Lori Carson, która już udowodniła na poprzedniczce This Is How It Feels, że jej aksamitny głos może rozczulić nawet najtwardsze serca. Pure to bardzo bogaty i różnorodny, ale jednocześnie eklektyczny kolaż muzycznych stylów, i tak obok delikatnego, akustycznego „apetizera” w postaci Little Suicides, można znaleźć utwory nawiązujące do klimatów dream pop, funk, soul, lounge czy trip-hop, które stanowią główne danie albumu. Wszystkie te elementy są zamknięte w chwytliwych utworach, którym nadano przestrzenne i eteryczne brzmienie, co tylko potęguje ich niemal niebiański charakter.

The Golden Palominos może nie jest najbardziej reprezentatywnym muzycznym projektem Billa Laswella (chociaż przy takiej ilości muzycznych eksperymentów ciężko w sumie powiedzieć, co tak naprawdę jest reprezentatywne), a w szczególności opisany powyżej album Pure, mimo wszystko jest na pewno wartym sprawdzenia, w końcu w jego przypadku raczej nie da się trafić na tani chłam. Fani ekstremalnego oblicza tego wybitnego kompozytora i basisty niekoniecznie będą się czuć zachwyceni, jednak zwolennikom wspomnianego wcześniej Cocteau Twins, Massive Attack, Archive czy nawet… Madonny z okresu płyty Erotica powinna przypaść do gustu. To niebywale seksowna muzyka z klasą, gdzie tandeta jest całkowicie nieobecna.

Poniżej Lori Carson wykonująca solo utwór Little Suicides:

Biokinetics

Posted in Porter Ricks with tags , , , on 19 stycznia, 2012 by pandemon777

PORTER RICKS – BIOKINETICS (1996)

 

1. Port Gentil

2. Nautical Dub

3. Biokinetics 1

4. Biokinetics 2

5. Port Of Call

6. Port Of Nuba

7. Nautical Nuba

8. Nautical Zone

Lata ’90 były złotą erą jeśli o elektronikę chodzi – rozwój sceny trip-hopowej, rave, acid house, techno, nagromadzenie albumów-klasyków, itd., itp. Zarówno w tzw. mainstreamie, jak i podziemiach działo się wiele. Niniejsza recenzja sięga do owych podziemi, i wyciąga na wierzch dosyć zapomniany projekt – Porter Ricks.

Porter Ricks niektórym może się w pierwszej kolejności skojarzyć z postacią serialu Flipper z lat ’60, ale w tym przypadku mamy do czynienia z elektronicznym duetem, którego trzon stanowią dwaj niemieccy producenci: Thomas Köner i Andy Mellwig. Ten pierwszy, tak przy okazji, jest też kultową postacią sceny dark ambient, którego wydawnictwa jak Nunatak, Teimo czy Permafrost na stałe zagościły wśród płyt stanowiących kanon tego gatunku.

Jeszcze pod nazwą Porter Ricks również nagrał kolaboracyjny album z Techno Animal, projektem dwóch innych legendarnych postaci sceny industrialnej – Kevina Martina i J.K. Broadricka (ale o nich kiedy indziej mam nadzieję).

Ich debiut Biokinetics to, najkrócej rzecz ujmując, ascetyczna mieszanka minimal techna i dubu. Z każdego niemal dźwięku bije wręcz fabryczny chłód, efekt, który osiągnięto dzięki dosyć surowemu i bardzo przestrzennemu brzmieniu. W zasadzie jedynym w miarę „ciepłym” (jeśli można to tak określić) elementem, który się pojawia w czasie trwania albumu to dyskretne plamy dźwiękowe, płynące w tle otwierającego album Port Gentil, później im bardziej w głąb, tym większa soniczna otchłań się otwiera. Ale jak dla mnie to żadna wada, gdyż w jakiś sposób pociąga mnie nastrój takiej kosmicznej przestrzeni, a takowej tutaj uświadczymy w potężnych ilościach. Wobec Biokinetics mogą paść zarzuty, że jest jednostajna i monotonna, ponieważ tutaj pierwszy plan utworów opiera się na powtarzalnym bicie (przy czym większość z nich trwa średnio prawie 10 minut), a w tle pojawiają się jakieś kosmiczne odgłosy, abstrakcyjne dźwięki przypływające gdzieś z oddali. Z tym, że dla mnie te elementy stanowią podstawę tej płyty, jej główne zalety, powodują, że jawi mi się jako jedna z najbardziej transowych i hipnotyzujących płyt jakie znam, która raz potrafi odprężyć, raz pobudzić – jak w przypadku moich dwóch ulubionych, następujących po sobie kompozycji Biokinetics 2, który brzmi – jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało – niczym bicie serca (ten pulsujący rytm!), którego echo odbija się w jakiejś potężnej fabrycznej hali (ta przestrzeń!) oraz Port Of Call (mimo 9-ciu min trwania, potrafię go czasem słuchać po kilka razy z rzędu – nie nudzi nigdy).

Na koniec jedynie co mogę dodać – jeśli kręci cię chłodna, hipnotyzująca i psychodeliczna muzyka, to Biokinetics powinien być strzałem w dychę. Najlepiej pozbyć się też uprzedzenia do słowa „techno” (o ile ktoś takowe ma), dla wielu będącym synonimem kolorowych światełek, wiejskich dyskotek i białych rękawiczek, bo to nie jest jakaś tam tandetna „tanzbuda”, a naprawdę wyrafinowane dzieło.

Memories Of The Future

Posted in Kode9 & The Spaceape with tags , , , , , , on 16 stycznia, 2012 by Robb

KODE9 & THE SPACEAPE – MEMORIES OF THE FUTURE [2006]

01 Glass
02 Victims
03 Backward
04 Nine
05 Curious
06 Portal
07 Addiction
08 Sine
09 Correction
10 Kingstown
11 9 Samurai
12 Bodies
13 Lime
14 Quantum

Jestem obolały, mam worek na głowie. Prowadzą mnie, widzę tylko mrok, od czasu do czasu odganiany przez półmrok przy świetle rozpalonych latarni. Idę, pchany i szarpany za ramiona. Nie wiem kto to, wchłaniam wypalone, ostre powietrze, czuję się ogłuszony jak po wybuchu jakiegoś granatu, nie słyszę własnych myśli, czasami tak było po alkoholu, ale niemożliwe, że za dużo wypiłem, musieli mi coś dosypać. Tylko gdzie i kiedy? Jestem cały czarny, jak czarny ląd. Nic nie widzę, prawie nic nie czuję i nic nie rozumiem, a mój zmysł słuchu zadowala się kakofonią zmieszaną ze zgiełkiem miasta i ponurych oddechów osobników, którzy mnie prowadzą. Jest ich dwóch, albo jeden i ma 4 nogi. Słyszę też odgłosy tłuczonego szkła, rozmów w oddali. Bujają mnie, bujają mną. Słyszę coraz więcej.

Wchodzimy, nie wiem gdzie jestem, słyszę echo własnych i czyichś kroków. Kroków nieznanych mi osobników. Jest jeszcze coś, słyszę niepewność i ciszę, którą trenowałem. Dochodzimy. Dochodzę. Siadam. Mam obolałą dupę, kontastującą z czymś miękkim. Krzesło z obiciem. Zaczynam łapać każdy oddech miksując go z własnym strachem oddycha mi się ciężko. Mam związane i skostniałe ręce. To może być ta chwila. To jest ta chwila.

Zdejmują mi worek. Nareszcie.

On jest czarny. Siedzi na przeciwko mnie. Czarnuch pokryty loczkami i lekkim zarostem. Pytam siebie czy wywołałem Afrykę z Lasu. Nie wiem czy jest to możliwe, bynajmniej nie podoba mi się to. Czarny gość wygląda jakby był w transie, wzbudza pewną obawę z tymi swoimi długimi paznokciami i sygnetem na jednej z rąk. Ale jest dostojny, w garniturze. Kto to kurwa jest ja się pytam? Kim Ty kurwa jesteś niggusie? Nie otwieram ust. Nie mogę. Moje sumienie czuwa. Dziwnie się czuję, zazwyczaj prędzej mówię niż myślę. Teraz nie mogę. Nie jestem winny, nic nie zrobiłem. Co tutaj robię? Na stole leży jakaś nieznana mi księga, jest też talerz. Na talerzu ma jajko. Całe jajko. Obok niego słoik z czarną substancją i nóż. Jego wzrok jest martwy. Uciekam. Uciekam od jego wypalającego wnętrzności wzroku.

Próbuję spojrzeć mu w oczy, on ze spokojem chwyta za nóż goniąc mój wbijający się w otwartą przestrzeń wzrok swoim wzrokiem. Po chwili jednak jednym chirurgicznym ciosem, tnie jebane jajko na dwie części. Sięga też po słoik, teraz dostrzegam, że jest na nim napis „smoła”. Wpierdala jajko ze smołą! Ja pierdole! Zaczynam płakać, chcę uciec. Goście przytrzymują mnie. Okazuje się, że są to blade twarze w koszulkach Stars Of The Lid i Bohren & The Club Of Gore. Teraz dostrzegam, że tło stanowi stara opuszczona fabryka. Jest na swój sposób minimalistycznie, Jest zimno, ale i ciepło mimo powybijanych szyb, zaczyna padać deszcz, słychać jak opadające krople deszczu popełniają samobójstwo. Zaczynam płakać. Jest dziwnie.

Czarnuch w garniturze zjada drugą połówkę jajka, jajka ze smołą. On robi to tak jakby ktoś mu wyssał duszę, znęca się nade mną. Umieram z głodu. Jestem głodny DAJ MI SPRÓBOWAĆ JAJKA ZE SMOŁĄ. Nie słyszy mnie. Dojada połówkę jajka ze skorupką, prawą dłonią chwyta za tajemną księgę. Pokazując mi wyryty na niej napis Kode9. Co to kurwa jest? Zakłada okulary. Podsuwa mi słoik ze smołą. Otwiera księgę a z niej jak gdyby kurwa nic leci muzyka. Jak byłem mały uwielbiałem tego typu pozytywki, wkurwiałem nimi swoich bliskich, bawiłem się też nimi na grobach. Ale to nieznane mi dotąd ultrafuturystyczne minimalistyczne tło z jazzowymi przegnębiającymi frakcjami jest dla mnie czymś niezwykłym. Jest też smutno w chuj smutno. Czuję jak smutek niczym pot zalewa całe moje ciało a do oczu niczym cofka z Bałtyku napływa woda, utonę? Przerażający mnie czarnuch zaczyna wypowiadać słowa łamaną angielszczyzną, jest mi prorokiem. Nic z tego nie rozumiem a rozumiem wszystko, wkładam palec po smołę. Wszystko się zazębia. Smoła między moimi zębami również. Uwalniam nadpobudliwość, moje ciało przechodzą dreszcze. Ów jegomość to jakiś pierdolony demon!! Po chwili człowiek z Brucem Lee wstrzykuje mi w okolicy ucha jakąś dziwną rzecz. Zaczynam odpływać, w tle słyszę tylko refleksyjny, kurewsko diabelski beat i wypowiadane z niesamowitym spokojem niczym jakaś mantra słowa czarnego

„Maybe just maybe we should tell you, Maybe just maybe we can feel you, Maybe just maybe we can save you, Maybe just maybe we will kill you…”

Budzę się, leżę na chodniku, pokonałem trans, wpatruję się pusto w płyty chodnikowe, ogarniam wzrokiem jakiś przedmiot, to odtwarzacz mp3. Sięgam ręką. Podpieram się, Wstaję. Data wyświetla 18-04-2011. Jestem zdruzgotany, godzina zatrzymała się bezwładnie na 00:00. Mam suchość w ustach. Spałem, czy aby na pewno? Czuję głód. Leczę głód zakładając słuchawki. Stop na Curious. Jest dziwnie. A na danym obiekcie jak gdyby nigdy nic jest miejsce tylko na jeden album. Kode9 & Spaceape. Memories Of The Future. Soundtrack do tournee po zakątkach wymarłego miasta. Znakomicie oddany w dubowym Victims, podsyconym ciężkim basem i nu jazzową nutą, czuję się jakbym spacerował w ciemnej alejce znanej z introdukcji Harry’ego Angela, bez kitu. Randki alkoholu, wymiocin i wyciągów płci przeciwnej, które zlizuje głodny i wychudzony bezpański pies.Nie wiem co się dzieje. Głos gościa znanego jako Spaceape każe mi iść. Słyszę podobieństwo w głosie do poprzednio napotkanego osmolonego człowieka wpierdalającego jajko.

Spajalność ciemnego, beznadziejnego dubstepu, klimatu z Mezzazine i wokali trochę stylizujących się na Maxi Jazzie czy Manuvie jest w to mi graj. To nie jest łamana angielszczyzna, to znakomita wizytówka sprzedawania swojej duszy przez mica dla której tło stanowią znakomite kataraktyczne podane z gustem beaty. Samo serce projektu stanowi Kode9, właściwie Steve Goodman,genialny Dj i producent. Gdzieś i kiedyś okrzyknięty nawet ojcem dubstepu, nie byłbym z tego do końca dumny, gdyż dubstep nie ma siły przebicia i jest najzwyczajniej w świecie nudny. Nie ma też tego czegoś co pozwoliłoby się mu przedrzeć na mainstreamowe salony. Niemniej tak czy inaczej Goodman to człowiek orkiestra posiadający doktorat z filozofii, mający bezcenne nabyte doświadczenie, stojący za sukcesem Buriala, którego dwie duże płyty wydała jego wytwórnia – Hyperdub. W Kode9 ważną rolę odgrywa smak ciszy, operowanie dźwiękami Steve opanował mistrzowsko, jak i również nastrojem, sięgając do nu jazzu, dark jazzu czy ambientowych drogowskazów ze Stars Of The Lid, na swój sposób nie bojąc się angażu dźwięków z kultur globu. Tworząc świadomie czy też nieświadomie zasłony w postaci wyciszonej posępnej onirycznej atmosfery znanej z albumów Bohren & Der Club Of Gore. Nie bez znaczenia jest też posiłkowanie się hip hopem, rola Spaceape jest tutaj ważna w przekazie, ten Goodmanowi znakomicie wtóruje, serwując z rezonacją poetyckie wersy niczym wieszcz i lider narodów.

Zatrzymuję się na Nine Samurai, gwizdający wiatr przenosi mnie w samo serce Japońskiego sadu pełnego wiśni gdzie napierdalają się samuraje, niedaleko nich pod drzewem siedzi mały chłopiec i obserwuje okładających się katanami katańców, jest taki sam jak ja, ignorowany i niewidoczny, osiąga najwyższy stan, delektując się potyczką. Ja słyszę jeszcze epicki beat, jeden z bardziej epickich jakie kiedykolwiek słyszałem. W Bodies podaję rękę samemu Baronowi Samedi by móc dołączyć do plemiennej pogrążonej w rytuale imprezy. Jestem oczyszczony. Niesamowity Klimat. Klimat niepokoju, niepewności, zła do którego czasami zagląda paranoja. Wszystko jest jednak zwarte, nic nie jest tutaj przypadkowe. Muzyka uniwersalna, trudno przyswajalna, nieprzebojowa, ale taka która wciąga i którą zaciągnąć się można.

%d blogerów lubi to: