Archiwum autora

Echoes of time…

Posted in Klaus Schulze with tags , , , , , on 12 marca, 2012 by kubeusz

KLAUS SCHULZE – TIMEWIND [1975]

1. Bayreuth Return
2. Wahnfried 1883

Wydany w sierpniu 1975 roku Timewind to piąty album Klausa Schulza. Przez wielu uważany jest za jedno z największych osiągnięć artysty – dokonanie, które przynosi muzykę całkowicie odmienną od opisywanych tu wcześniej na blogu. Może i w tym miejscu powinien znaleźć się Blackdance, który był zwrotem w muzycznej karierze, albo Picture Music – zdecydowany krok naprzód w stosunku do poprzednika. Ja jednak najbardziej lubię ten krążek, toteż jego postanowiłem wziąć na warsztat.

Ciepły szum jesiennego wiatru przynosi na swych skrzydłach transujące dźwięki sekwencera. Niczym stado elektronicznych szerszeni wbijają się w umysł i kołują w nim przez trzydzieści minut. Przez ten czas przepoczwarzają się raz po raz. Bayreuth Return charakteryzuje niezwykła lekkość – ta muzyka wręcz lata w chmurach, a z każdym syntezatorowym powiewem wiatru staje się jeszcze lżejsza i wynosi się na wyżyny przyjemności. Krajobrazy pełne przestrzeni, dźwięki, którymi dosłownie się oddycha. Hipnotyczny nastrój towarzyszy temu utworowi cały czas; zamiast trzydziestu minut, mógłby trwać i godzinę, dwie, dziesięć, nawet wieczność. Żadna to różnica. Będąc w podróży w świecie, który wykreujemy sobie, słuchając Bayreuth Return nie ma to najmniejszego znaczenia. Niestety, z tego transu wyrywają nagle odgłosy tłuczonego szkła, jakby szklana kula, portal do innego świata uległy zniszczeniu. Chyba dlatego też Wahnfried 1883 jest taki odmienny od swojego poprzednika, a zarazem tak jemu bliski. Chłodny jesienny wiatr przywodzi na myśl odludne pustkowia. Hipnotyczny rytm gdzieś przepadł, nie pozostała nawet wyraźna linia melodyczna. Podniosłe, przygnębiające plamy dźwięków suną leniwie i zmuszają do refleksji. Dołujące dwa kwadranse, idealnie nadające się na wrześniowe, popołudniowe przesiadywanie na wzgórzu – patrząc w dal i zastanawiając się nad sensem istnienia. Od czasu do czasu gdzieś wysoko przetoczy się subtelna kanonada kosmicznych brzmień – otchłań kosmosu stanie się coraz bardziej namacalna, będzie się zbliżać z każdą chwilą, by w końcu pochłonąć setki światów, Ziemię, słuchacza i pozostawić pustkę.

Bez zbędnego biadolenia, poniżej „mały” fragment Timewind.

Journey through the artificial mind…

Posted in Klaus Schulze with tags , , , , , on 7 marca, 2012 by kubeusz

KLAUS SCHULZE – CYBORG [1973]

1. Chromengel
2. Conphära
3. Synphära
4. Neuronengesang

Rok 1973. Minęło kilkanaście miesięcy od wydania Irrlicht, a Klaus Schulze przygotował kolejną dawkę muzyki. Jeśli znacie coś z jego przebogatej twórczości, zapewne zdziwicie się słuchając tego albumu. Jeśli jednak nie znacie, to przygotujcie się na oderwaną od rzeczywistości muzyczną przygodę trwającą aż 97 minut.

Cyborg to pierwsze w karierze, dwupłytowe wydawnictwo zawierające tylko cztery kompozycje – ot, w sam raz po jednym na każdą stronę winylowego krążka. Jest to zarazem ostatni album zawierający tak trudną w odbiorze i wymagającą muzykę. Następujące po nim płyty były znacznie przystępniejsze dla przeciętnego słuchacza. Ale o nich innym razem.

Teraz przyszła pora, aby zgłębić się w tą muzyczną otchłań. Zimną, bezduszną wizję świata przyszłości, widzianą oczami umiejscowionymi w ’73 roku. Leniwie ciągnące się, budujące nastrojowe i przygnębiające tło smyczki, przerywane co chwilę podmuchami wiatru przynoszącego kolejne fale syntezatorowych dźwięków. Nikną one w oddali, niczym pojedyncze samochody na obrzeżach metropolii rodem z 2138 roku, potęgując uczucie alienacji jednostki i bezsensu dalszej, samotnej i pozbawionej uczuć egzystencji. Przez głowę przetaczają się świdrujące uszy dźwięki, przyprawiające o szaleństwo w tym egoistycznym świecie. Brutalny dźwięk ramienia gramofonu obwieszcza, że Chromengel dobiegł końca, a na drugiej stronie czeka Copnhara. Pulsujący, odbijający się rykoszetem dźwięk zabiera nas w industrialne rejony. Gdzieś w oddali słychać syreny, które milkną, aby ustąpić miejsca subtelnej orkiestrze. Sprawia ona, że przemysłowe otoczenie unosi się coraz wyżej i wyżej, stan ten staje się coraz bardziej kosmiczny. A my popadamy w trans, prosty rytm tworzony przez powracające dźwięki, które hipnotyzują i sprawiają, że kolejne minuty mijają niepostrzeżenie. Chłodne, przybierające na sile partie orkiestry powodują, że oddalamy się coraz bardziej od tego świata. Niestety po kolejnych 25 minutach ramię gramofonu brutalnie ściąga na ziemie, każąc położyć drugi krążek.
Synphära – zimne, futurystyczne ograny po raz kolejny obdzierają nas z resztek pozytywnych emocji i uczuć. Ponownie pojawiają się pulsujące dźwięki, usilnie dobijające się do wnętrza umysłu. Muzyka nabiera sakralnego wyrazu, zaczyna brzmieć niczym hymn kościoła technokratów, dając do zrozumienia, że ten świat jest bezduszny i obojętny wobec ludzkich potrzeb. Dźwięki milkną, zostawiając słuchacza sam na sam ze swoimi problemami i przemyśleniami, a następnie… gramofon po raz kolejny budzi nas z narkotycznego stanu. Nie mija kilka chwil, a ponownie przenosimy się w przyszłość – kierunek: wnętrze własnego umysłu. Oderwani od rzeczywistości toczymy bój z własnymi demonami. Psychodeliczna jazda w samym środku głowy, stanowiąca niejako pomost do Irrlicht, tylko w bardziej futurystycznym wydaniu. Mrok, ciemność, duchota, dźwięki niczym z posępnego, a może i opuszczonego szpitala psychiatrycznego.

Długa i ciężka w odbiorze podróż. Cyborg to nie jest łatwy album, ale na pewno jest to jedno z najlepszych dokonań Klausa Schulze’a. Nie jest to też krążek na każdą porę. Jego długość i nieprzystępność sprawiają, że do tego po prostu „trzeba mieć dzień”. Płyta jest jednocześnie niczym narkotyk – trzeba do niej wracać, gdyż coraz bardziej intryguje. Ta muzyka kryje w sobie morze nieodkrytych dźwięków, które zaczną się wyłaniać z kolejnymi przesłuchaniami. Osobiście to jeden z moich faworytów w dyskografii Mistrza.

PS. Poniżej alternatywna okładka
PS. 2 Wiem że tracklista wygląda nieco inaczej (numery 1 i 3 zamienione miejscami), niestety wynika to z błędu w druku, dlatego dostosowałem tracklistę do utworzonego już wcześniej tekstu 😉

Lord over creation

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on 5 marca, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – THE NEW BLACK [2006]

1. Decimator
2. You Suck
3. Anti Product
4. Monument
5. Wrong Side
6. Hope
7. Far Beyond Metal
8. Fucker
9. Almost Again
10. Polyphony
11. The New Black

Wydanym w 2006 roku albumem The New Black, Devin Townsend zamknął pewien rozdział swojej muzycznej wędrówki. Rozdział zatytułowany trzema prostymi słowami – Strapping Young Lad.

Każde dokonanie SYL było inne i nie inaczej jest z TNB. Oczywistym było, że Devin zmieni nieznacznie kierunek, w którym podąży muzyka zespołu, tym razem jednak zwrot nastąpił aż o 180 stopni. Nowej Czerni znacznie bliżej solowym dokonaniom Kanadyjczyka. Nie oznacza to, że jest to album pokroju Infninity, ale wydanym pod szyldem Strapping Young Lad. Nie, The New Black to raczej efekt starcia się dwóch przeciwstawnych, muzycznych światów. Z jednej strony szaleńcza agresja, wkurwienie na cały świat, ciężar oraz szczypta psychodelii, z drugiej zaś – progresywny charakter muzyki, melodie i pewnego rodzaju lekkość. Efekt takiego kolażu mógłby być albo gówniany, albo fenomenalny. Ja należę do tej grupy ludzi, którzy chwalą sobie i doceniają ten krążek.

Zderzenie się tych dwóch skrajności sprawiło, że narodziło się dziecko wyjątkowe. Po „progresywnym Devinie” na pewno odziedziczyło brzmienie, które jest bardzo czyste i klarowne oraz melodie i fakt, że muzyka stała się przystępniejsza. Z muzyki SYL pozostała agresja, opętańcze wokale (acz nie do końca) oraz metalowy charakter. W efekcie wyszedł album bardzo różnorodny. Już opener w postaci Decimator zaskakuje, a od strony muzycznej prezentuje się jako nie do końca „Strapingowy” utwór raczej skomponowany wg. przepisu „Devina solo”. Zdziwienie potęguje śpiewający (tak, to nie pomyłka) Mr. Townsend. Jednak niczym Dr. Jekyll i Mr. Hyde, Devin bez najmniejszych problemów zrywa maskę „operowego śpiewaka”, ukazując całkiem przeciwną osobowość. Tego typu momentów na płycie jest całkiem sporo, wystarczy posłuchać Anti Product, Monument, Hope czy Fucker. W tym ostatnim można nawet usłyszeć kobiece wokale. Po drugiej stronie muzycznej barykady stoją numery takie jak You Suck – czysty, stuprocentowy pierwiastek Strapping Young Lad, zamknięty w eksperymentalnej klatce o nazwie „The New Black”. Miota się i kipi złością, niczym dzieciak z ADHD zamknięty w celi. Do tej grupy na pewno wpisują się Wrong Side (jeden z lepszych numerów SYL; w ogóle zastanawia mnie jak Devin nie wypluł tutaj trzewi), czy znany od lat Far Beyond Metal. Ciekawy jest Almost Again, który brzmi, jakby został wyrwany z albumu Infinity – jedynie pędzące z prędkością światła refreny zdradzają, że aktualnie słuchamy Strapping Young Lad. The New Black kończy potężny, mocno thrashowy i utrzymany w średnim tempie utwór tytułowy, poprzedzony akustyczną miniaturką w postaci Polyphony.

The New Black to album, który nie każdemu przypadnie do gustu, jednak moim skromnym zdaniem jest jak najbardziej wart poznania. Wszak to kolejne dokonanie Szalonego Kanadyjczyka, obok którego nie przechodzi się obojętnie.

 

I’ll wait for the night to come

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , , on 29 lutego, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – ALIEN [2005]

1. Imperial
2. Skeksis
3. Shitstorm
4. Love?
5. Shine
6. We Ride
7. Possessions
8. Two Weeks
9. Thalamus
10. Zen
11. Info Dump

WE HAVE RETURNED

Rok 2005 przyniósł jedną z moich ulubionych płyt z tzw. „ciężką muzyką”. Jest to również album, od którego zacząłem swoją przygodę z muzyką Devina Townsenda. Mowa o Alien.

For tonight…WE RIDE!!!!

Kolejna płyta Strapping Young Lad przynosi kolejne zmiany; kierunek -> kosmos. Tym razem Devin zabiera nas na wycieczkę do zupełnie innego świata. Świata, w którym jego muzyka jest jeszcze cięższa i jeszcze intensywniejsza. Natężenie dźwięków na centymetr kwadratowy płyty przekracza wszelkie normy. Tak intensywnie jeszcze nie było. Mimo kilku spokojniejszych fragmentów, ten album jest jednolitym, ociężałym blokiem, którego gęstość i ciężar przygniata wszystko inne. Miażdżące kości riffy, wijący się gdzieś pod stopami bass i przepotężne bębny Gene’a Hoglana sprawiają, że Alien to nacierająca ściana dźwięku. Do tego dochodzą fenomenalne wokale Devina Townsenda, który na tym albumie przeszedł chyba samego siebie, a jego opętańcze wrzaski oraz nagromadzenie różnorodnych wokaliz (w tym dziecięce chórki) w pewnych fragmentach, dodają tej płycie szczyptę psychodelik, może nawet schizofrenii. Niezależnie od swojej spójności i jednorodności, za tym zwartym murem muzyki kryje się całkiem zróżnicowany materiał, który wraz z kolejnymi przesłuchaniami staje się coraz bardziej klarowny i przejrzysty.

PUT IT IN GEAR MOTHERFUCKER!!!!!

Zdecydowaną większość płyty stanowi potężny, niszcząca obiekty i miażdżąca kości zawartość. Już rozpoczynający Imperial doskonale wprowadza w klimat albumu, posyła w kosmos i dodaje niewyobrażalną dawkę energii, który kipi z tej muzyki. Imperial brzmi, jakby wkurwienie miało go rozerwać od środka, miota się niczym niepoczytalny człowiek w szaleńczym amoku. Skeksis czy Shitstorm nie dają ani chwili wytchnienia – obydwa skutecznie sprawiają, że słuchając ich, czuję się, jakbym siedział przy silniku odrzutowym od strony wylotowej. Za to Love?, to zupełnie inna para kaloszy, bez wątpienia jeden z najlepszych numerów autorstwa Devina Townsenda. Prawdziwy kolaż nastrojów: od spokojnych poczynając (momentami wręcz melancholijnych, głównie za sprawą śpiewu), a na prawdziwym szaleństwie i wkurwieniu na cały świat kończąc. Zawsze jak słucham Alien, to Love? musi przejść kilka(naście) razy, abym zaczął słuchać dalej. O ile Shine raczej z wolna przetacza się po słuchaczu, o tyle We Ride pędzi na złamanie karku, by w ciągu dwóch i pół minut dokonać wszelakich zniszczeń. Ten album naprawdę nie bierze jeńców. Podobnie jak Shine, Possessions przewala się z wolna, kontrastując nie tylko ze swoim poprzednikiem, ale i z Two Weeks, akustyczną miniaturką (w skali całego albumu), która na moment przenosi słuchacza w zupełnie inny świat, spokojny i pozbawiony trosk. Gdyby w tym momencie wieńczyć dzieło, Thalamus wzorem City i SYL, kończyłby krążek w podniosłym, majestatycznym stylu. Jednak Zen w barbarzyński sposób, prosto i konkretnie sprowadza na ziemię i niczym dziesięciotonowy walec rozgniata słuchacza i zrównuje go z podłożem. Ostatni na płycie, Info Dump, to dwunastominutowa, ambientowo-noise’owa kompozycja, która brzmi niczym ostatni sygnał wieńczący żywot zepsutego do cna świata 😉

ALL HAIL!!!

Słowem zakończenia – szukać i słuchać, bo naprawdę warto. Strapping Young Lad tym albumem ponownie pokazali jak powinno się grać metal.

 

And we’ll find a way… force fed to the world

Posted in Strapping Young Lad with tags , , , on 26 lutego, 2012 by kubeusz

STRAPPING YOUNG LAD – SYL [2003]

1. Dire
2. Consequence
3. Relentless
4. Rape Song
5. Aftermath
6. Devour
7. Last Minute
8. Force Fed
9. Dirt Pride
10. Bring on the Young

Od czasu, kiedy Devin Townsend ze swoją ekipą wydał City, minęło 6 długich lat. Jednak Szalony Kanadyjczyk wcale nie próżnował; przez ten czas wyszły takie wspaniałe albumy, jak: Infinity, Physicist (któremu bardzo blisko do SYL) czy genialna Terria. Co prawda pod szyldem Strapping Young Lad ukazał się album koncertowy oraz epka, ale to nie to, co tygryski lubią najbardziej. Na szczęście, 11 lutego ukazał się nowy album zatytułowany po prostu SYL.

Rape is just cause for murdering 

Powiedzmy sobie szczerze, taki krążek jak City nagrywa się raz w życiu, ale(!) – chwała wszelkim bogom – Devin wiedział o tym i nagrał album inny, ale nadal mieszczący się w ramach stylistyki, jaka charakteryzowała zespół. SYL to płyta zdecydowanie prostsza i powiedziałbym, że przyziemniejsza niż wspomniane City. Nie znaczy to, że jest zła. O ile City to była potężna machina siejąca zniszczenie na swojej drodze, o tyle SYL jest niczym bójka w ciemnym zaułku (na dużą skalę) – na swój masochistyczny sposób piękna. Ten album aż kipi prymitywną energią i agresją. Począwszy od wzniosłego wstępu w postaci Dire, który zgrabnie przechodzi w Consequence, zespół „gwałci” słuchacza za pomocą dźwięków przez najbliższe kilka minut. Wraz z Relentless i Rape Song poziom natężenia dźwięków i agresji rośnie sprawiając, że czujemy się jak student europeistyki pobity przez miastowych tubylców w czteropaskowych strojach ludowych. Nie pomaga tu nawet spokojniejszy Aftermath, bowiem bujający Devour znów sprowadza boleśnie na ziemię i kopie po ryju. Podobnie pędzący Last Minute, przepotężny Force Fed (chyba mój faworyt) czy krótki acz konkretny Dirt Pride. Na osobne zdanie zasługuje wieńczący Bring On The Young – spokojny, mroczny, który nagle i w najmniej oczekiwanym momencie wyjawia swoje prawdziwe, drapieżne oblicze. Do tego dochodzą wspaniałe klawisze na końcu, portal do innego świata – miazga.

I see devastation and I’m ready to BURN! 

Jednak na tej płycie najbardziej urzekają mnie wokale – to co Devin robi ze swoim głosem to mistrzostwo świata. Z niebywałą łatwością „przerabia” całą skalę wokaliz, jakie może wydać z siebie człowiek. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Devin przechodzi ze spokojnych, melancholijnych wręcz wokaliz do krzyków, growlów, skrzeków. Do dziś mnie to zadziwia i uważam go za jednego z lepszych wokalistów.

The machine, machine that burns for war 

Mimo tego, że SYL nie jest uważany za najlepszy album Devina & co, to jest to najbardziej mroczny i stąpający po ziemi krążek – jest to krótki (39 minut), ale konkretny pocisk, który nie każdemu przypadnie do gustu (brak solówek robi swoje), ale jak najbardziej wart słuchania. Na dziś to tyle, niedługo Alien a następnie The New Black i możliwe że debiut 😉

 

%d blogerów lubi to: