And we’ll find a way… force fed to the world

STRAPPING YOUNG LAD – SYL [2003]

1. Dire
2. Consequence
3. Relentless
4. Rape Song
5. Aftermath
6. Devour
7. Last Minute
8. Force Fed
9. Dirt Pride
10. Bring on the Young

Od czasu, kiedy Devin Townsend ze swoją ekipą wydał City, minęło 6 długich lat. Jednak Szalony Kanadyjczyk wcale nie próżnował; przez ten czas wyszły takie wspaniałe albumy, jak: Infinity, Physicist (któremu bardzo blisko do SYL) czy genialna Terria. Co prawda pod szyldem Strapping Young Lad ukazał się album koncertowy oraz epka, ale to nie to, co tygryski lubią najbardziej. Na szczęście, 11 lutego ukazał się nowy album zatytułowany po prostu SYL.

Rape is just cause for murdering 

Powiedzmy sobie szczerze, taki krążek jak City nagrywa się raz w życiu, ale(!) – chwała wszelkim bogom – Devin wiedział o tym i nagrał album inny, ale nadal mieszczący się w ramach stylistyki, jaka charakteryzowała zespół. SYL to płyta zdecydowanie prostsza i powiedziałbym, że przyziemniejsza niż wspomniane City. Nie znaczy to, że jest zła. O ile City to była potężna machina siejąca zniszczenie na swojej drodze, o tyle SYL jest niczym bójka w ciemnym zaułku (na dużą skalę) – na swój masochistyczny sposób piękna. Ten album aż kipi prymitywną energią i agresją. Począwszy od wzniosłego wstępu w postaci Dire, który zgrabnie przechodzi w Consequence, zespół „gwałci” słuchacza za pomocą dźwięków przez najbliższe kilka minut. Wraz z Relentless i Rape Song poziom natężenia dźwięków i agresji rośnie sprawiając, że czujemy się jak student europeistyki pobity przez miastowych tubylców w czteropaskowych strojach ludowych. Nie pomaga tu nawet spokojniejszy Aftermath, bowiem bujający Devour znów sprowadza boleśnie na ziemię i kopie po ryju. Podobnie pędzący Last Minute, przepotężny Force Fed (chyba mój faworyt) czy krótki acz konkretny Dirt Pride. Na osobne zdanie zasługuje wieńczący Bring On The Young – spokojny, mroczny, który nagle i w najmniej oczekiwanym momencie wyjawia swoje prawdziwe, drapieżne oblicze. Do tego dochodzą wspaniałe klawisze na końcu, portal do innego świata – miazga.

I see devastation and I’m ready to BURN! 

Jednak na tej płycie najbardziej urzekają mnie wokale – to co Devin robi ze swoim głosem to mistrzostwo świata. Z niebywałą łatwością „przerabia” całą skalę wokaliz, jakie może wydać z siebie człowiek. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Devin przechodzi ze spokojnych, melancholijnych wręcz wokaliz do krzyków, growlów, skrzeków. Do dziś mnie to zadziwia i uważam go za jednego z lepszych wokalistów.

The machine, machine that burns for war 

Mimo tego, że SYL nie jest uważany za najlepszy album Devina & co, to jest to najbardziej mroczny i stąpający po ziemi krążek – jest to krótki (39 minut), ale konkretny pocisk, który nie każdemu przypadnie do gustu (brak solówek robi swoje), ale jak najbardziej wart słuchania. Na dziś to tyle, niedługo Alien a następnie The New Black i możliwe że debiut 😉

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: