Let the dead carry the dead

THE NEFILIM – ZOON (1996)

 

1. Still Life

2. Xodus

3. Shine

4. Penetration

5. Melt (The Catching Of A Butterfly)

6. Venus Decomposing

7. Pazuzu (Black Rain)

8. Zoon (Part 1 & 2) (Saturation)

9. Zoon (Part 3) (Wake World)

10. Coma

Po rozpadzie macierzystego zespołu, McCoy postanowił kontynuować swoją działalność w zespole nazwanym po prostu The Nefilim, będącym drugą odnogą upadłego Fields Of The Nephilim. Niestety zanim jego nowe oblicze w końcu ujrzało światło dzienne musiało minąć ładnych parę lat – Zoon został wydany w ’96 roku. Panowie z „sąsiadującego” Rubicon zdążyli w tym czasie wydać dwie płyty studyjne i… zakończyć działalność. Co prawda The Nefilim pierwsze koncerty zagrał w okolicach ’93 roku, ale problemy z wytwórnią powodowały (jak zwykle zresztą), że premiera ich pierwszego i zarazem ostatniego albumu była wciąż odkładana na przyszłość. Szczęście całe, że wydanie Zoon w końcu doszło do skutku i sądzę, że zdecydowanie warto było czekać. Słuchając tego wydawnictwa nie mogę przestać gdybać nad tym, jaki szok fani starego Fields Of The Nephilim musieli wówczas przeżyć, kiedy pierwsze dźwięki nowego oblicza Carla McCoya poczęły rozbrzmiewać wokół nich. Ja osobiście poczułem się, najzwyczajniej rzecz ujmując, zdewastowany, bo Zoon był krokiem w kierunku muzyki znacznie innej niż tej, do której przyzwyczaił Fields Of The Nephilim, jak i później Rubicon.

We shall crush you down to the point, where there is no coming back, things will happen to you from which you could not recover if you lived a thousand years, a thousand years.

Nie wiem co wstąpiło wówczas w pana McCoya, ani jaki diabeł czy inny demon go opętał, ale chciałbym temu diabłu uścisnąć włochatą rękę i serdecznie podziękować, za to, że pod jego wpływem ten człowiek nagrał muzykę wręcz szaleńczą, wściekłą, mroczniejszą niż cokolwiek co nagrywał wcześniej, ciężką i agresywną w prawie każdej sekundzie. Oczywiście pewnych punktów wspólnych z Fields Of The Nephilim nie dało się uniknąć. Okultyzm, rytualizm, mistycyzm – te wszystkie elementy są tutaj obecne, z tym, że zostały ukazane w o wiele ekstremalniejszej odsłonie.

The Nefilim kultywuje chęć wzbicia się na wyższe stany świadomości, wtargnięcia do innego wymiaru za pomocą zakazanych obrzędów, z tym, że tutaj wtargnięcie w ów nowy wymiar może się okazać wręcz koszmarem. Zoon to płyta przerażająca, apokaliptyczna wręcz. Zresztą słowo „zoon” z języka greckiego oznacza „żywą kreaturę”, „bestię”, które w tym wypadku jest w pełni adekwatne. Zarówno muzyka, w której roi się od death metalowych riffów, industrialnego ciężaru, jak i głos Carla McCoya brzmią tutaj wręcz bestialsko. No właśnie, McCoy pokazał się tutaj od swojej najbardziej gniewnej i złowieszczej strony, unikając typowych growli, ale operując głosem tak przerażającym, że oblewa mnie zimny pot, głosem przy którym znaczna większość kalekich, death metalowych popłuczyn brzmi po prostu śmiesznie. Co podoba mi się niebywale w kwestii obranej stylistyki na tej płycie, to fakt, że zazwyczaj zespoły starają się wbić w konkretny gatunek, grając charakterystyczne dla niego riffy, rytmy, etc., zaś The Nefilim, obrał takie, a nie inne środki wyrazu, wykorzystując je we własny, unikalny sposób, aby najlepiej i najbardziej dosłownie ukazać swoją wizję świata, który stanął w płomieniach, nawiedzanego nieustającymi trzęsieniami, skąpanego w powodziach i zalanego lawą płynącej z wulkanów, których pył spowił niebo w ciemnościach i okrył ziemię wszechobecną czernią. To naprawdę jedna z najbardziej sugestywnych dźwiękowych wizualizacji biblijnej apokalipsy i doprawdy czuję się wgniatany każdym dźwiękiem, każdym słowem. Nawet te bardziej melancholijne fragmenty nie łagodzą tego wrażenia, bo cały czas ma się wrażenie, że są jedynie ciszą przed kolejnym, nadchodzącym sztormem. Nie ma też sensu raczej wyróżniać poszczególnych utworów, bo Zoon to po prostu monolit, spójny obraz końca millenium i obecnego świata, zapowiadającego również nadejście nowej, lepszej ery.

 Is there an end to the coma?
As we endure transformation.
As we enter the beginning
No more pain, no more feeling
Let it endure forever
Those whose end cannot be

Żałuję strasznie, że McCoy nie kontynuował tego projektu dalej. Podjął moim zdaniem nie do końca dobrą decyzję reaktywując za to Fields Of The Nephilim, będąc jednocześnie jedynym oryginalnym członkiem starego składu. Bez zgody zespołu został wypuszczony album Fallen, niedopieszczony, w zasadzie stanowiący zbiór utworów w wersji demo, później McCoy zwerbował jeszcze anonimowy skład, z którym nagrał Mourning Sun, ostatni jak do tej pory studyjny album Fields Of The Nephilim. Osobiście średnio mnie zachwycił, bo moim zdaniem trochę brzmi jak nieudana próba powrotu do dawnych lat. Dodatkowo z obecnym składem gra sporadycznie koncerty, które fakt faktem dają mi dużo radości, ale nie zachwycają nawet w połowie tak bardzo jak oglądanie DVD Visionary Heads, czy słuchanie cudownego Earth Inferno. Nowy Fields Of The Nephilim po prostu nie potrafi wydobyć tej magii ze starych hymnów i szczerze powiedziawszy o wiele bardziej bym wolał aby odgrywali całe Zoon i kilka dodatkowych niewydanych utworów z tamtego okresu, bo Penetratioin dewastował mnie na żywo za każdym razem. Może napiszę w tej sprawie do nich, może wezmą taką opcję pod rozwagę? Pobożne życzenie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: