Stay here in paradise…

FIELDS OF THE NEPHILIM – ELIZIUM (1990)

 

1. (Dead But Dreaming)

2. For Her Light

3. At The Gates Of Silent Memory

4. (Paradise Regained)

5. Submission

6. Sumerland (What Dreams May Come)

7. Wail Of Sumer

8. And There Will Your Heart Be Also

Garść osobistego bełkotu:

Niniejsza recenzja jest poświęcona mojej ulubionej płycie ze wszystkich tych, które dane mi było słyszeć. Nie słyszałem niczego lepszego w życiu i nie sądzę też żeby ten pogląd się miał zmienić w najbliższym czasie, o ile w ogóle się kiedykolwiek zmieni. To album, którego słuchanie traktowałem jak nabożeństwo, którego słuchałem jak słowa bożego, i na którym kocham każdy (dosłownie „kocham” i dosłownie „każdy”) fragment. I jak nie lubię pretensjonalności, egzaltacji, przesadnego romantyzmu i kwiecistych metafor, tak muszę przyznać, że nie wiem czy będę w stanie uniknąć takowych elementów (acz postaram się) opisując Elizium – album, na myśl o którym drżą mi ręce, i który wielokrotnie zafundował mi emocje jakich nie odnalazłem nigdzie indziej, z całym szacunkiem dla pozostałych ulubionych wykonawców. Swego czasu słuchałem tego albumu tylko i wyłącznie kiedy późnym wieczorem byłem sam w domu, rozstawiając głośniki kina domowego wokół siebie, puszczając go jak najgłośniej mogłem i odpalając na środku pokoju świeczkę. Jakkolwiek by to nie brzmiało, ja naprawdę tak robiłem.

Garść informacji o zespole:

Fields Of The Nephilim był kolejnym dzieckiem brytyjskiej sceny rocka gotyckiego, który wówczas w latach ’80 przeżywał okres swojej największej popularności, aczkolwiek od samego początku stronili od typowego kopiowania, jak czyniło to wiele innych, równolegle działających zespołów i podążał za własnymi wizjami. Nietypowa nazwa została zaczerpnięta z pierwszej księgi Biblii, Genesis i odnosi się do rasy Nephilimów, tzw. synów Boga, którzy uwiedli córki mieszkańców Ziemi, tym samym dając początek nowej rasie. Wedle legend otwarli przed człowiekiem arkany sztuki wojny, astrologii i magii. Owa idea była jedną z fascynacji Carla McCoya, który również nie stronił od tematyki okultyzmu, magii, mistycyzmu, chłonąc twórczość takich pisarzy jak Aleister Crowley czy H.P. Lovecraft. Innym światem (obok tego bardziej uduchowionego), który przedarł się do twórczości Fields Of The Nephilim był również ten przedstawiony w spaghetti westernach Sergia Leone – podobno zespół kiedyś bezustannie oglądał jeden z jego najsłynniejszych filmów Dawno Temu Na Dzikim Zachodzie. Ową fascynację „kowbojskimi” klimatami widać w tajemniczym wizerunku zespołu jak i słychać w muzyce – szczególnie na dwóch pierwszych płytach, które kreują niepowtarzalną atmosferę gotyckiego westernu w mistycznym świecie okultyzmu (pokrętnie zabrzmiało). Fascynacje stricte muzyczne z jednej strony sięgały do protoplastów gotyckiego rocka, czyli Joy Division, The Sisters Of Mercy, z drugiej strony do muzyki ze wspomnianych filmów Sergia Leone, za którą odpowiadał słynny Ennio Morricone, a gdzieś pomiędzy nich można by jeszcze włożyć The Doors czy Pink Floyd z okresu A Momentary Lapse Of Reason (zresztą Andy Jackson, odpowiedzialny był zarówno za produkcję rzeczonej płyty Pink Floyd, jak i Elizium). Fields Of The Nephilim stał się już przy okazji wydania drugiej płyty, zespołem kultowym na gotyckiej scenie – kto by pomyślał, że największy i najbardziej powalający strzał miał dopiero nadejść. Ostatni utwór na The Nephilim, przepiękny Last Exit For The Lost, był w pewnym sensie zapowiedzią tego co Elizium miało zaoferować – odejście od westernowych klimatów na rzecz monumentalnych i natchnionych kompozycji, które mogą przypominać nieco wspomniany album Floydów (zresztą, czasami się spotyka opinię, że gdyby Pink Floyd zaczął grać rocka gotyckiego brzmiały jak Fields Of The Nephilim na swym trzecim albumie). Ale teraz już do rzeczy…

Większa garść słów o muzyce i koncepcie:

Nie wiem od czego zacząć kiedy przychodzi do pisania o tym monumencie, co najpierw ubrać w słowa, jak ubrać w słowa, więc wedle powszechnie stosowanej rady w takich wypadkach, postaram się zacząć po prostu od początku. Już od samego intra, Dead But Dreaming słuchacz powinien zdać sobie sprawę, że ma do czynienia z muzyką ulepioną z dźwięków ściągniętych z innego, nadludzkiego wymiaru. Muzyką, która jest jak do tej pory najwspanialszą, soniczną wizualizacją podróży ludzkiego ducha po zaświatach i dźwiękowy odpowiednik tego, co osobiście rozumiem pod pojęciem „Raj”. A to przecież dopiero początek, zaledwie nakreślenie klimatu całości i tego co ma dopiero nadejść z każdą kolejną minutą. Te przestrzenne i niebywale głębokie dźwięki, które wybrzmiewają niczym z piekielnej otchłani i zestawione dla kontrastu z cichymi, pobrzmiewającymi w tle chóralnymi zaśpiewami to tylko krótki zarys, ale już przy nim nie mogę pozbyć się galopady przeszywających wzdłuż ciała ciarek. For Her Light, jeden z bardziej przebojowych kompozycji w karierze Fields Of The Nephilim, choć niezbyt długi i skromny w porównaniu z większością numerów z albumu, i tak momentalnie chwyta za serce, wprawiając w nostalgiczny i refleksyjny nastrój. Nieco senna i niebiańska zarazem atmosfera staje się coraz bardziej wyraźna, a od kolejnego utworu ujawnia się w swej całej okazałości. At The Gates Of Silent Memory (w którym nota bene wykorzystano nagranie Aleistera Crowleya), to jeden z moich ukochanych utworów wszechczasów (zresztą jak wiele innych utworów Fields Of The Nephilim). To też jedna z tych kompozycji, która zaczyna się tajemniczo i niepozornie, hipnotyzując słuchacza piękną i delikatną melodią, gdzie każdy kolejny dźwięk podnosi napięcie, zaś pozornie cichy i spokojny nastrój z czasem przeistacza się w dramatyczną, wyciskającą powódź łez, muzyczną opowieść. To również jeden z najbardziej erotycznych i zmysłowych kompozycji jakie dane mi było słyszeć. Zresztą tekst, wyśpiewany głębokim i zachrypniętym głosem Carla McCoy’a, który od dyskretnych, słownych deklamacji przechodzi w natchnione, wyrywające serce zaśpiewy, mówi sam za siebie:

 But I feel alive with you
And I feel some kind of heaven
When I feel deep inside her
And I feel some kind of heaven

Hear me
Give me
Give me some kind of heaven

Kiedy jego głos cichnie, ponownie pojawia się Crowleyowskie przemówienie, będące w tym przypadku przedsionkiem do końcowej części tego monumentu – współgrające ze sobą płynące gitarowe melodie i nieco plemienno-rytualne bębnienie w przepiękny sposób wieńczą tę smutną i romantyczną zarazem kompozycję, po której wchodzi Paradise Regained. Kontrastujący z At The Gates Of Silent Memory, bardzo dynamiczny kawałek, najbardziej z całości przywołujący reminiscencję atmosfery z The Nephilim bynajmniej nie psując tej, która panuje na Elizium, a wręcz nadaje jeszcze bardziej intensywny charakter. Submission kultywuje to co album już zdążył zaoferować, czyli bezgraniczną tajemniczość, głęboko hipnotyzujące melodie, pięknie pulsujący, głęboki bas, a sam w sobie stanowi nieco „zwodniczą” kompozycję, której oniryczny i spokojny nastrój z czasem przekształca się w opętaną i szaleńczą, dźwiękową wizualizację rytuału, który w swym punkcie kulminacyjnym prowadzi do oświecenia i poczucia spełnienia, dotknięcia absolutu wręcz.

Zakończenie Submission w pewnym stopniu stanowi odżegnanie się od mrocznej i momentami bolesnej dla ducha podróży po nowych i obcych wymiarach, zaś od pierwszych dźwięków Sumerland (What Dreams May Come) ma się wrażenie, że owa dusza odnalazła wreszcie drogę do desperacko poszukiwanego raju i przekroczywszy jego progi poczuła falę ulgi i niepohamowanej radości, ekstazy wręcz, która od tego momentu miałaby trwać wiecznie. Sumerland jest po prostu przejściem w ciepłą część tej pięknej podróży, a którego zakończenie jest jednym z najpiękniejszych nie tylko w historii Fields Of The Nephilim, ale w historii muzyki w ogóle – ten zespół miał talent po prostu do kreowania monumentalnych, zwalających z nóg zakończeń, przy których kolana się uginały samoistnie, wywołujących eksplozję endorfin w umyśle człowieka i doprowadzających do licznych duchowych orgazmów. I tak po przepięknym zakończeniu Sumerland, nadchodzą dwie połączone ze sobą kompozycje – Wail Of Sumer i And There Will Your Heart Be Also. Jak diabła kocham, nie znam piękniejszej ballady niż ta, która wieńczy Elizium. Nie Imagine Lennona, nie Stairway To Heaven Led Zeppelin, ani żadna inna. I mówię to z pełną świadomością, bez krzty przesady, pomimo mojego uwielbienia dla wielu balladowych numerów – żadna nie jest tak piękna jak And There Will Your Heart Be Also, ballada, która jest najbardziej sugestywnym dźwiękowym obrazem tego co nazywamy rajem, niebem, krainą mlekiem i miodem płynącą, to ballada, przy której moje zapchane nienawiścią serce topi się i rozpływa, muzyka, przy której, jak przy żadnej innej czuję się po prostu spełniony, w pełni tego słowa znaczeniu. Odprężony, oderwany od szarej egzystencji, przeniesiony na Elizejskie Pola, spowity w beztroskim świecie, który otacza pięknem w swej nieskażonej brzydotą i najczystszej postaci. Ten utwór naprawdę mógłby się nigdy nie kończyć, tak samo jak radość czerpana z obcowania z nim.

Jak już mówiłem na samym początku, kocham absolutnie każdy element na tym albumie. Zawiera wszystko to co w muzyce i sztuce ogólnie pojętej kocham i jest pozbawiony wszelkich wad i rzeczy, których w sztuce z kolei nienawidzę. Jest monumentalny, uduchowiony, natchniony, mistyczny, tajemniczy, zmysłowy, erotyczny, pociągający, mroczny, hipnotyzujący, jednocześnie jest pozbawiony tanich emocji, egzaltacji i pretensjonalności. Posiada piękne, przestrzenne i eteryczne, pełne głębi brzmienie, kompozycje są wypełnione niezliczoną ilością pięknych dźwięków i smaczków aranżacyjnych, nie ma tu ani grama wiochy czy chociażby śladu tandety. Jest to album, który nie nudzi pomimo swojego spokojnego i płynącego (w znaczącej części przynajmniej) charakteru. Kocham też sposób w jaki budowane jest tutaj napięcie, sposób w jaki wprowadzane kontrasty są pomiędzy utworami i wewnątrz samych kompozycji. Kocham też głęboki, niski i operujący całą gamą emocji, głos McCoya, jak i każdy poszczególny instrument – ten pulsujący bas Tony’ego Pettitta, te gitary Paula Wrighta i Petera Yatesa, którzy tutaj grają melodie jakich nie byłby w stanie sam David Gilmour odtworzyć, a na dokładkę mamy doskonałą grę na perkusji Noda Wrighta, który dzięki swojemu bębnieniu daje tej odrealnionej muzyce jeszcze bardziej rytualny charakter. Kocham te płytę po prostu za fakt, że jest perfekcyjna w każdym calu i jak żadna inna płyta daje mi najintensywniejsze i najsilniejsze poczucie oderwania się od otaczającej rzeczywistości. To nie jest tak, że ja słucham tych dźwięków na zasadzie aby leciały sobie w tle i kreowały jakiś konkretny nastrój, ja staje się jednością z tymi dźwiękami. One nie egzystują gdzieś obok i rozbrzmiewają w powietrzu, ja jestem wewnątrz nich, otaczam się nimi i nie chcę, nie mam ochoty i zamiaru wyjść, kiedy już na dobre się z nimi zespoję. Elizium naprawdę nie słucha się jako wypełniacza tła. Słuchanie tego albumu naprawdę powinno traktować się jak największe nabożeństwo i słuchać go jak słowa bożego, czy jakiejkolwiek innej istoty wyższej. Tutaj jest wymagana pewna wrażliwość słuchacza, szacunek dla muzyki i odpowiednie warunki. Trzeba też ciszy i trzeba skupienia.

Na zakończenie dodam, że niebywale drażni mnie fakt, kiedy widzę to co obecnie dzieje się ze sceną gotycką, że drażni mnie fakt, że gotyk z jednej strony kojarzony jest ze skończoną tandetą jak Lacrimosa, który jest moim zdaniem quasi-gotyckim odpowiednikiem Boya George’a, czy z drugiej strony nieznośnymi, babskimi i pretensjonalnymi wyjcami pokroju Evanescence. Ten gatunek niestety począł tonąć w szambie tandety, kiczowatości i tanich emocji, i naprawdę mnie boli to, że wiele mrocznych dziewczynek i chłopców myśli, że jeśli napiszą kilka szmelcowatych i grafomańskich wierszy słuchając przy tym HIM, Nightwish czy też naszego rodzimego Artrosis, to ich życie staję się o wiele bogatsze, głębsze niż te od zwykłych śmiertelników (tak, taka megalomania to standard wśród dzisiejszych fanów gotyku) co jest najzwyczajniej w świecie przykre. Tym też osobom bardzo bym polecał odkryć Fields Of The Nephilim.

Dodam jeszcze tylko, że spośród tych tysięcy płyt, których w życiu słuchałem, tylko tej bez żadnych wątpliwości i zawahań dałbym ocenę 10/10. To chyba już wszystko, dziękuję za uwagę.

Co prawda uważam słuchanie tej muzyki z mp3, youtube za skrajną profanację i bezczeszczenie, ale w tej sytuacji nie mam wyboru chyba. Mimo wszystko polecałbym odłożyć kasę, odpuścić jedną imprezę i kupić na ślepo oryginał. Ja tak zrobiłem i  nie żałuję.

Reklamy

komentarzy 7 to “Stay here in paradise…”

  1. H. P. Lovecraft, nie Lovercraft. Nie rozumiem jednego – przypisałeś Evanescence do sceny gotyckiej (oczywiście wyczuwam niejaką ironię), choć zespół z tym nurtem ma naprawdę niewiele wspólnego. Nie mogę się do końca zgodzić z opinią, jakoby ich teksty były wyłącznie „babskimi i pretensjonalnymi wyjcami”. Z drugiej strony nie słucham tego zespołu, nie znam zbyt wielu kompozycji, i sądzę że Ty również.
    Generalnie masz prosty, acz przyjemny styl pisania, więc nawet jeśli nie podzielam Twojego (dużego) zamiłowania do Fields of The Nephilm, to przynajmniej mnie zaciekawiłeś i zachęciłeś do nieco uważniejszego przyjrzenia się ich twórczości.
    Amen

  2. pandemon777 Says:

    a dzieki za wskazanie bledu, juz poprawiam. Evanescence natomiast nie uwazam, za gotycki, tylko twierdze, ze powszechnie (blednie) jest kojarzony z ta scena przez „mlodziakow” ;] no i ciesze sie, ze zachecilem do poznania.

    • Cóż, może przez styl ubierania (Oo) Ludzie różnie określają muzykę, wiek nie ma tutaj nic do rzeczy (; Błędne skojarzenia/określenia to raczej wynik powierzchownego zapoznania z danym gatunkiem. W tym przypadku z gotykiem.

  3. Patryk Bąk Says:

    kocham kurwa absolutnie

  4. spoko recka, choć egzaltowana i mało opisuje. 😛
    btw. sprawdz sobie kawałek Watain -Waters of Ain, ostatnie wersy (bardzo zajebisty tekst w ogóle) szepcze McCoy, idol wokalny Eryczka z łaltajn. 🙂

    • pandemon777 Says:

      napchalem 1000 przymiotnikow, a Ty mi gadasz, ze malo opisuje? no strzala w serce czlowieku :c w tym Watain w ogole duzo Nephilimow slychac, a McCoy to najlepsza partia z calego utworu:D chociaz jako calosc bardzo mi robi, chociaz za blackiem nie szaleje, jak powszechnie wiadomo.

  5. Haha, akurat wczoraj ochrzaniałem kumpla, który słuchał „Elizium” ze Spotify – też sobie nie wyobrażam, jak można słuchać takiej muzyki w ten sposób. Bardzo fajny tekst, czuję, że moja recenzja z rockmetala jest Ci nieobca 😉 Zresztą, o „Elizium” pisałem nawet pracę licencjacką, więc tym bardziej podzielam wszelkie zachwyty. I tak samo krytykę „gotyckich wyjców” – też co nieco po nich pojechałem w swojej relacji z wczorajszego koncertu, do której przy okazji zapraszam: http://jeszczenie.pl/fields-of-the-nephilim-deathcamp-project-closterkeller-progresja-music-zone-warszawa/ Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: