Głosy przodków

 CAT WITH SEVEN TOES – ANCESTRAL VOICES 

 

Osiyo, K’u xi, Yaw, Hello

Ciężko mi nawet zacząć pisać o tym, co dziś chciałbym Wam przedstawić. Czy się przywitać, czy może tłumaczyć, dlaczego „płyta”, którą opisuję nie ma okładki, tytułów utworów, lub skąd ten cudzysłów? Chyba na początek powiem Wam, dlaczego w ogóle warto zaprzątać sobie nią głowę. Kilka tygodni temu, po lekturze książki Arkadego Fiedlera „I znowu kusząca Kanada” postanowiłem polecieć trochę dalej w swoich zainteresowaniach Indianami Ameryki Północnej, tym razem na polu muzyki. Skłoniła mnie do tego też płyta Gila – Bury My Heart at Wounded Knee (ale o niej innym razem). Któregoś wieczoru, przeszukiwałem sobie radośnie Internet w poszukiwaniu indiańskiej muzyki i natrafiłem na album o tytule „Ancestral Voices”. Pewnie też czasem macie tak, że tytuł płyty działa na Was jak magnes – tak było i w tym przypadku. Indianie mieli bardzo silnie rozwinięty kult przodków, dlatego po takim tytule nieśmiało spodziewałem się małej pigułki ich sposobu czucia i myślenia (lub moich wyobrażeń o nich) przekutego mniej lub bardziej doskonale w muzykę. Nie zawiodłem się, mogę wręcz powiedzieć, że zawartość płyty przerosła moje oczekiwania, ale o tym za chwilę.

 

Na początek kilka informacji o „artyście” i „płycie” – całość składa się z trzynastu utworów nie posiadających tytułów. Wszystkie grane są (prawdopodobnie) na instrumencie nazywanym po angielsku „Native american flute”, po czirokesku „Ditseluhisdi”. Autorem „płyty” jest tajemniczy Indianin podpisujący się jako Cat with Seven Toes. Nie jestem w stanie sprawdzić żadnej z tych informacji, choć dłuższą chwilę szukałem jakiegoś potwierdzenia. Wszystkie pochodzą w krótkiego pliku tekstowego zamieszczonego w folderze z utworami, w którym autor pisze m.in. o tym, że nie wierzy w prawa autorskie i podaje swój adres zamieszkania dla wszystkich, którzy chętni są jakkolwiek pomóc mu materialnie (nawet wysyłając, uwaga… ziemniaka w kształcie dupy). Słowa „płyta” czy „artysta”, normalnie wykorzystywane w recenzjach ujmuję w cudzysłów, ponieważ sami już widzicie, z jakim dziwolągiem mamy do czynienia – nie jest to zwykły album, z jakim spotykamy się na co dzień.

 

Jaka więc jest ta tajemnicza muzyka? Jak już pisałem, „płyta” zawiera 13 utworów granych na indiańskim flecie. Są do siebie podobne (to pewnie tylko wrażenie, ponieważ rzadko słyszymy coś takiego), choć różnią się od siebie sposobem nagrania – niektóre mają dodany większy lub mniejszy pogłos, inne natomiast nagrane są „na czysto”. Niektóre są szybsze, inne wolniejsze, różnią się też wysokością dźwięków, po których się poruszają – jakkolwiek banalnie to nie brzmi, są utworki bardziej „śpiewne”, są też bardziej „ćwierkotliwe”. Gdybym miał wybrać któryś z utworów, postawiłbym chyba na utwór nr 3. Ciężko opisywać mi brzmienie tej muzyki za pomocą mojej ubogiej terminologii, dlatego czas porzucić terminologię na rzecz skojarzeń. Połóżcie się na podłodze swojego pokoju, wyłączcie wszystko poza wieżą, z której płyną dźwięki. Kilka chwil po zamknięciu oczu parkiet zaczyna być zimny i śliski jak mokry kamień, obok rośnie młoda i zielona trawa, gdzieś z oddali słychać szum świerkowego lasu i czuć zapach żywicy, z góry dochodzi daleki krzyk orła, a na twarzy czuć powiew wiatru wędrującego sobie swobodnie po przestrzeni większej, niż kiedykolwiek ujrzycie na oczy. Jesteście wolni, zdrowi, silni i szczęśliwi, żyjecie „naprawdę”. Ta muzyka daje uczucie łączności z jakąś wielką mądrością, którą człowiek odkrywa przez całe życie, a która była i będzie gdzieś tam zawsze. Dosłownie wysysa z nas troski i zmęczenie, pozwala osiągnąć ogromny spokój i uruchomić wyobraźnię tak, by widzieć przed sobą najpiękniejsze krajobrazy jakie mogą przyjść na myśl a później cieszyć się tym tylko, że są. Gdzie? W naszej głowie, w równoległym świecie, czy może gdzieś na Ziemi? To nie ma znaczenia – kiedyś do nich dotrzemy. Wszystko to oczywiście bardzo subiektywne odczucia, każdy z Was na pewno zobaczy coś innego. Wspólnym mianownikiem będzie oderwanie się od codzienności choć na chwilę i to właśnie jest piękne.

Na koniec zostawiam Was z cytatem z książki Fiedlera, o której pisałem – może zachęci Was do muzyki o której starałem się Wam opowiedzieć, może do przeczytania całości, a może do jakiejś innej „duchowej podróży” po wielkim kolażu ludzkiej kultury.

 

„Indianie stworzyli sobie żywot zbyt piękny, a przy tym zachowali waleczność zbyt krewką, ażeby nie walczyć o to wszystko do upadłego. jest zdrowy instynkt w młodzieży wszystkich czasów i wszystkich żywotnych narodów, że właśnie Indian, Indian preryjnych, wybrała sobie za wzór bohaterstwa i umiłowania wolności. W młodych sercach chyba na zawsze pozostanie cześć dla wspaniałych wojowników, pomimo że ci dotychczas nie doczekali się pełnego odbicia ani w dobrej literaturze, ani w filmach, wulgarnie wypaczających to, co kiedyś było wzniosłe i urzekające.

Było wzniosłe i urzekające, dopóki istniały bizony. Wraz z wytępieniem bizonów zmieciono z oblicza ziemi wyjątkowo udatny fragment ludzkiego istnienia i pierwotnej kultury.”

PS jako okładkę wybrałem jeden z obrazów Charlesa M. Russela – XIX wiecznego kanadyjskiego malarza portretującego (istniejące wtedy jeszcze) życie preryjnych Indian.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: