I thought you could be the one, but I might as well use a gun

THE GOLDEN PALOMINOS – PURE (1994)

1. Little Suicides

2. Heaven

3. Anything

4. Wings

5. Pure

6. No Skin

7. Gun

8. Break In The Road

9. Touch You

The Golden Palominos to projekt, który został powołany do życia gdzieś na początku lat ’80, na przestrzeni lat zmieniając niemal co album swoje muzyczne oblicze. Jego trzon stanowi gitarzysta Nicky Skopelitis (który współpracował już z takimi legendami jak Iggy Pop, Herbie Hancock, Public Image Ltd., Swans czy nawet White Zombie) oraz basista Bill Laswell, postać w niektórych kręgach wręcz kultowa, człowiek który udzielał się w multum innych projektów, sięgając chyba po każdą możliwą muzyczną stylistykę: dark ambient, free-jazz, grindcore, industrial, elektronika, wszelkiej maści eksperymenty etc. Można by tak długo wymieniać. W The Golden Palominos również wykazał się ogromną wyobraźnią muzyczną. Debiut, na którym swojego talentu użyczył legendarny jazzman John Zorn, penetrował klimaty powiedzmy eksperymentalnego funku, z domieszką jazzu, na kolejnej płycie Visions Of Excess Laswell zaprosił do współpracy m.in. Michaela Stype’a (R.E.M.), Johna Lydona (Sex Pistoles) i Jacka Bruce’a (Cream), w wyniku czego powstał z kolei album zakorzeniony w stricte rockowej estetyce. Każde nowe wydawnictwo przynosiło zmiany, a kolejna dekada odsłoniła oblicze The Golden Palominos, które cenię sobie w ich dyskografii najbardziej.

Drunk With Passion było „odchyłem” w stronę bardziej melancholijnych, eterycznych brzmień (wyczuwalne echo twórczości Cocteau Twins), na którym dominowały kobiece wokale, a cała płyta była, że tak powiem, najbardziej zmysłową i sielankową w dorobku zespołu. Owy element kobiecej zmysłowości był kontynuowany na kolejnej płycie This Is How It Feels, a w pełnej, najdojrzalszej okazałości ujawnił się na płycie Pure. Jestem skłonny stwierdzić, że to najlepszy popowy album jaki słyszałem (tak, właśnie, POPowy). Oczywiście wiele osób reaguje z obrzydzeniem na tę etykietę, kojarząc ją z telewizyjnymi popłuczynami w postaci głupio-wesołych piosenek. W przypadku Pure, mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Album jest delikatny i łagodny, kojący i przyjemny, dyskretny i pociągający zarazem, w odróżnieniu od wielu produkcji z gatunku pop jest po prostu wyrafinowany, dojrzały emocjonalnie, powiedziałbym nawet, że można go określić go mianem sztuki. Zanurzenie się w tych dźwiękach przypomina trochę zanurzenie się w wannie wypełnionej ciepłą wodą i różnymi pachnidłami, taki muzyczny odpowiednik relaksującej i odprężającej kąpieli, której nie ma się ochoty przerywać, a która po ciężkim i męczącym dniu stanowi wręcz wybawienie. Ta muzyka potrafi zdominować zmysły i uzależnić swoim beztroskim i niebywale przyjemnym charakterem. Spora zasługa w tym wokalistki Lori Carson, która już udowodniła na poprzedniczce This Is How It Feels, że jej aksamitny głos może rozczulić nawet najtwardsze serca. Pure to bardzo bogaty i różnorodny, ale jednocześnie eklektyczny kolaż muzycznych stylów, i tak obok delikatnego, akustycznego „apetizera” w postaci Little Suicides, można znaleźć utwory nawiązujące do klimatów dream pop, funk, soul, lounge czy trip-hop, które stanowią główne danie albumu. Wszystkie te elementy są zamknięte w chwytliwych utworach, którym nadano przestrzenne i eteryczne brzmienie, co tylko potęguje ich niemal niebiański charakter.

The Golden Palominos może nie jest najbardziej reprezentatywnym muzycznym projektem Billa Laswella (chociaż przy takiej ilości muzycznych eksperymentów ciężko w sumie powiedzieć, co tak naprawdę jest reprezentatywne), a w szczególności opisany powyżej album Pure, mimo wszystko jest na pewno wartym sprawdzenia, w końcu w jego przypadku raczej nie da się trafić na tani chłam. Fani ekstremalnego oblicza tego wybitnego kompozytora i basisty niekoniecznie będą się czuć zachwyceni, jednak zwolennikom wspomnianego wcześniej Cocteau Twins, Massive Attack, Archive czy nawet… Madonny z okresu płyty Erotica powinna przypaść do gustu. To niebywale seksowna muzyka z klasą, gdzie tandeta jest całkowicie nieobecna.

Poniżej Lori Carson wykonująca solo utwór Little Suicides:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: