Seeds of harmony

 INTERMIX – FUTURE PRIMITIVES [1995]

1. Mantra
2. Lost Tribe
3. Telekinetic Warriors
4. Solar Temple
5. Sonic Ritual
6. Seeds of Harmony
7. Blackhole Amizon
8. Ceremonial Chant

Budzę się. Nie mam pojęcia gdzie jestem, czuję świeże powietrze, a razem z nim docierają do mnie śpiewy ptaków i jakieś dziwne odgłosy, oddalone, tłumione. Brzmi to jak rytualny taniec; idę, a po chwili docieram do wioski. W międzyczasie moją głowę zaczęły wypełniać futurystyczne dźwięki, a w tle gdzieś daleko pobrzmiewają miłe dla ucha, ciepłe plamy tonów. Staram się wsłuchać w śpiew – to jakieś powtarzane ciągle zwroty, mantra.
Pod koniec tych tańców nieznana bezimienna siła przetacza się przez mój umysł. Okazuje się, że to jakieś zaginiony, oddalony od głównego nurtu życia rozwijającego się świata szczep pełen pozytywnych emocji, z radością prezentujący mi, przybyszowi, swoje zwyczaje i rytuały. Mało tego – zachowują się tak, jakbym był wyczekiwaną postacią, bohaterem z gwiazd, którego znają z opowiadań przekazywanych z ojca na syna. Dziwne…

Niedługo potem prowadzą mnie w pewne miejsce – to chyba arena, a przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Nie mylę się zbytnio; krótko po moim przybyciu naprzeciw siebie staje dwóch skąpo odzianych wojowników. Moją głowę nadal zaprzątają niecodzienne, nierealne dźwięki. Są takie obce, a zarazem tak bliskie temu miejscu; chwilami odnoszę wrażenie jakby były tutaj od zawsze, od początku po kres świata związane z tym oderwanym od rzeczywistości miejscem. Tamtych dwóch zaczyna walczyć, ale nie jest to prawdziwa potyczka, ani nawet pokaz sił. Widzicie, choć ich zachowanie przypomina przygotowywanie się do starcia, to tak naprawdę jest to taniec – taniec wojny, taniec walki.

Po tym wszystkim mam okazję po raz pierwszy wznieść się na wyżyny umysłowe. Udajemy się do Świątyni: prochy, zioła, kontakt z szamanem – moje wspomnienia powracają jako strzępki myśli, co chwilę przenoszę się gdzieś indziej, uspokajam się. Za chwilę znów doznaję tego uczucia; kolejne punkty na moim ciele dają o sobie znać, a ja raz za razem przenoszę się do innego świata. Przez cały ten czas mój umysł wypełniają dźwięki nie z tego świata, może prosto z kosmosu.

Z każdą wizją w mojej głowie powstaje pewna melodia. Nie sposób jej opisać, ale jest piękna. Sytuacja powtarza się jeszcze kilka razy – to wspaniałe chwile i chciałbym, aby trwały wiecznie, ale… tak nie może być. Po wszystkim zostaję twardo sprowadzony na ziemię; czekają mnie kolejne rytualne tańce, ale w głębi duszy czuję, że to moje ostatnie chwile w tym miejscu. Po ostatnich wydarzeniach to, co się teraz dzieje wydaje się nijakie i mdłe, choć ma swój urok. Niebo pęka na dwie części, a w środku dżungli ląduje wielka maszyna, wokół wszystko zaczyna płonąć i pojawiają się kosmiczni stwórcy życia na ziemi. Teraz słyszę to coraz głośniej i wyraźniej – tamte dźwięki, które nieustannie mi towarzyszyły były przesłaniem z innej planety, wymiaru, domeny. Ta muzyka jest wszystkim, co dane jest mi odbierać ludzkimi zmysłami – tony nadchodzące z kosmosu, z przyszłości – wymysł wyższego umysłu jest piękny, ale jednocześnie zimny i odhumanizowany. Padam na kolana; widzę stworzenie świata nie swoimi oczyma, piętrzące się góry i morza, zaczątki cywilizacji oraz przekazanie techniki ludzkości przez te obce istoty. Moja głowa nie wytrzymuje, ale chcę więcej i w efekcie… odpływam.

Budzę się. Nie mam pojęcia gdzie jestem, czuję świeże powietrze, a razem z nim docierają do mnie śpiewy ptaków, a wokół mnie nie ma nikogo. Cisza. Szum gwiezdnego morza oraz pojawiające się w moim umyśle ciepłe plamy dźwięków, które każą mi iść przed siebie.

Niebo rozdziera błyskawica. Zbliżam się pomału do kresu mej wędrówki; docieram do czegoś niesamowitego – do czegoś, czego nie zobaczył przede mną żaden człowiek, a jeśli jakimś cudem zobaczył, to już nie powrócił. Idę dalej. Słyszę tylko odgłosy dżungli oraz rytmiczne, coraz głośniejsze i wyraźniejsze dźwięki elektronicznego zawołania, które mówi „chodź, koniec jest bliski”. Z każdą sekundą jest mi coraz przyjemniej i czuję się jakbym się unosił. Jestem u celu – dziwne miejsce, piękne, pełne wszystkiego i niczego. Są tu ludzie i te niezwykłe istoty, słyszę muzykę dochodzącą z oddali i bliska, jakby miała swoje źródło we mnie. Przez chwilę w tle słychać niknące odgłosy tego świata, a po niej pozostaje jedynie muzyka istot z innego wymiaru. Ciepłe i narkotyczne brzmienia, prawdziwy elektroniczny stuff wlewa się w mój umysł. Do tego dochodzą chóralne zaśpiewy ludzi i stworzeń w habitach. Nie widzę wyraźnie ich twarzy, ale to nie ma znaczenia.

Pewien obcy twór będący pół-człowiekiem i pół-istotą z nierzeczywistej domeny przygrywa na flecie opętańczą melodię, a ja coraz bardziej zatracam się w tym oceanie dźwięków. Pozorny ascetyzm to w rzeczywistości bogactwo tonów, które wciąga mnie w swoją czarną dziurę zatracenia. To koniec – odlatuję, oddalam się od wszystkiego i nie ma już dla mnie odwrotu. Ale jestem szczęśliwy, bo to były wspaniałe chwile. Najwspanialsze.

Ostatni album Intermix, duet Bill Leeb – Rhys Fulber pokazali się z jak najlepszej strony. Krążek całkowicie odmienny od dwóch poprzednich płyt, do którego na początku ciężko się przyzwyczaić, jednak potem nie sposób się od niego oderwać. To jeden z tych albumów, do których na pewno będę zawsze wracał.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: