Leave me here and let me hide

PULSE LEGION – EVOLVE (1997)

1. Evolve

2. Who Decides

3. The Fear

4. Covet

5. Never Over

6. Remains

7. Disillusion

8. Maelstrom

9. Wasted Redemption

10. Before The Punishment

11. Hideaway

Kiedy pierwszy raz sięgnąłem po Skinny Puppy kilka lat wstecz, byłem oszołomiony. Ich Too Dark Park po dziś dzień stanowi dla mnie jedną z tych płyt najbliższych ideału, stojąc na poziomie nieosiągalnym dla całej rzeszy kopistów i naśladowców. I jest to ból trochę, bo w końcu zacząłem interesować się klimatami electro-industrial, mając nadzieję, że trafię na coś zbliżonego chociażby estetycznie do tego co Skinny Puppy prezentował na swoich wcześniejszych płytach, do Too Dark Park włącznie. Niestety najczęściej zespoły z tego rejonu zabierały tę estetykę w innym kierunku. Pierwszymi zespołami, które później poznałem z tej szufladki były oczywiście inne klasyki jak Front Line Assembly, Front 242, Birmingham 6, etc., i choć nie ujmuję im wartości to jednak nie spełniały moich oczekiwań do końca. Ja chciałem klimatu nocnego, skorumpowanego miasta przyszłości, gdzie nikt nie może czuć się bezpieczny, gdzie czuć czającą się grozę za każdym rogiem. Powyższe zespoły po prostu nie posiadały tej aury tajemniczości. W akcie desperacji sięgnąłem po gatunek aggrotech, którym interesowałem się krótko, bo każdy kolejny zespół z tego kręgu przynosił ze sobą coraz większe rozczarowanie. Kiedy po dłuższym czasie odkryłem Evolve Pulse Legion, poczułem się na swój sposób spełniony, bo w końcu znalazłem coś czego długo i bezowocnie szukałem. I może dlatego darzę ją taką estymą, bo rzadko się mi zdarza trafić na album mocno zakorzeniony w electro-industrialnej stylistyce, a dodatkowo na tle wielu wydawnictw, jak dla mnie, wręcz lśni.

A więc, co my tu mamy? Właśnie ów klimat futurystycznego miasta nocą, mroczne, elektroniczne pejzaże, całe pokłady podskórnego napięcia, oldschoolowych brzmień syntezatorów przywołujących atmosferę z wczesnych płyt Skinny Puppy, charkotliwych wokali, czasem złowrogo szepczących, które do złudzenia przypominają Niveka Ogre. Evolve spokojnie mógłby stanowić ścieżkę dźwiękową do jakiegoś filmu sci-fi/horror z lat ’80, bo naprawdę brzmi jakby został wyjęty żywcem z tej dekady, przez co jeszcze więcej uroku w nim wyczuwam. Album posiada też pewien zaskakujący, jak na taką muzykę, element, i jest to kobiecy głos w moim, nota bene, ulubionym utworze Maelstrom, i co lepsze, wpasował się idealnie. Dzięki temu kawałek nabiera wręcz zmysłowego charakteru, takiego swoistego, mrocznego erotyzmu, w końcu kogo nie pociąga delikatny, aksamitnie-oschły, dyskretnie płynący głos kobiety podlany lekką psychodelą? Dla dodatkowego urozmaicenia, na zakończenie płyty, zespół postanowił troszeczkę „liznąć” bardziej gitarowych brzmień, w wyniku czego ostatni numer Hideaway, za sprawą wplecionego agresywnego riffu, pobudza słuchacza, zamiast wieńczyć całość złagodzeniem atmosfery (w sumie dobry pomysł).

Ogółem Evolve postawiłbym w czołówce ulubionych pozycji z kręgu electro-industrial, pewnie dlatego, że jak na złość nie potrafię wciąż znaleźć zbytnio płyt utrzymanych w takim właśnie nastroju. Nie jest to album przełomowy, i nie postawię go na równi z Too Dark Park, czy Disease G.G.F.H., ale na pewno postawię go wyżej niż wielu innych klasyków gatunku. Fanom gotycko-cybernetycznego industrialu, zwolennikom EBM, itp. polecam sprawdzić, bo naprawdę warto.

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Leave me here and let me hide”

  1. Taka mała sugestia – zmniejszcie liczbę wpisów widocznych na głównej – źle się czyta i czasem tnie bo za dużo tego wszystkiego:) Pozdro!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: