You run with the wolves, shout it out loud!

THE PRODIGY – INVADERS MUST DIE (2009)

1. Invaders Must Die

2. Omen

3. Thunder

4. Colours

5. Take Me To The Hospital

6. Warrior’s Dance

7. Run With The Wolves

8. Omen (Reprise)

9. World’s On Fire

10. Piranha

11. Stand Up

Słowem wstępu: na ów krążek przyszło fanom czekać 5 długich lat, ale na szczęście panowie z The Prodigy bardzo dobrze wykorzystali ten czas, czego owocem jest świetny album, który stanowi jak dla mnie (i pewnie nie tylko dla mnie) przekrojową podróż przez najlepsze lata zespołu. Zawiera w sobie wszystko to, do czego zespół nas przyzwyczaił, w sposób skondensowany łączy w sobie elementy tak charakterystyczne dla ich muzyki, spinając je klamrą w tych niespełna pięćdziesięciu minutach wspaniałej, rozrywkowej muzyki elektronicznej. To bardzo eklektyczna płyta, gdyż The Prodigy znany jest m.in. z tego iż czerpie z różnych gałęzi muzycznego świata, zawsze poszukuje nowych brzmień i rozwiązań zarówno aranżacyjnych, jak i stylistycznych, więc sądzę, że ciężko było stworzyć płytę, która tę różnorodność zespoiłaby w taki sposób, aby stanowiła spójną całość. Ale cóż, Liam Howlett posiada niebywałą umiejętność do tego aby lekką ręką ściągnąć do jednego miejsca muzykę z różnych, przeciwległych biegunów muzycznych, dodając coś od siebie, tworząc miksturę według własnej, unikalnej wizji. Dzięki temu powstaje nowa jakość. Jego niebywałemu geniuszowi muzycznemu zawdzięczamy jedne z najwspanialszych i najbardziej nowatorskich i (jak to się mówi po angielsku) „groundbreaking” albumów w historii muzyki nie tylko elektronicznej, ale i w historii muzyki w ogóle. The Prodigy to również zespół uniwersalny i taka jest też nowa płyta „cudownego dziecka” – Invaders Must Die.

Utwory z tej płyty mają, że tak powiem, szerokie zastosowanie. Można je grać na festiwalach zorientowanych na różne muzyczną estetykę: od tych popowych, poprzez alternatywne, rockowe, i oczywiście na elektronicznych kończąc. Trafią do każdej publiki, mimo tego, że The Prodigy to nie jest zespół typu „dla każdego coś miłego”. To zespół bezkompromisowy, chodzący zawsze własną ścieżką. Invaders Must Die jest tego kolejnym przykładem, to płyta jedyna w swoim rodzaju, noszącą na sobie znamię geniuszu Liama. Ciężkie beaty, proste (aczkolwiek nie prostackie) i chwytliwe rytmy oraz melodie, dawka energii nie jest z tej planety i totalny hedonizm i radość wylewają z każdego dźwięku – czego można chcieć więcej? Tymbardziej, że wszystko jest zrealizowane profesjonalnie, na najwyższym poziomie – nie ma tu miejsca na amatorstwo. Już od pierwszych dźwięków utworu tytułowego poziom adrenaliny w organiźmie podnosi się bardzo szybko, i tak już pozostaje aż do samego końca, pomijając chwilowy odpoczynek przy ekstatycznym i monumentalnym Omen (Reprise) przywodzącym na myśl fragmenty utworu Skylined, pochodzącego z ich najlepszej (obok The Fat Of The Land) płyty Music For The Jilted Generation. Ale skojarzenia z przeszłością nie kończą się na samym Omen (Reprsie). Słuchając Thunder dla przykładu, odrazu czuć reminiscencję klimatu z debiutanckiej płyty Experience (z pewnością ze względu na samplami z muzyką reggae). Weźmy też World’s On Fire – nowa wersja Voodoo People? Można by tak pomyśleć. Ten utwór emanuje tą samą dzikością, niesamowitą energią oraz posiada również poteżną, galopującą, nieco plemienną rytmikę. Chociaż o kopiowaniu pomysłów nie ma mowy. To po prostu elementy stałe muzyki The Prodigy, z tą różnicą, że zostały przeniesione do świata współczesnego, oprawione nowoczesnym brzmieniem, które kruszy mury i powoduje, że ziemia pod stami się trzęsie. Zresztą, kto był na ich koncercie, wie doskonale o czym mowa i w pełni zdaje sobie sprawę z faktu, że utwory z nowej płyty to koncertowe „killery” nie dające ani chwili na wytchnienie. Idąc dalej z superlatywami… jednym z kolejnych atutów tego wydawnictwa jest jego różnorodność – są tu utwory, które teorytycznie nie pasują do siebie, np. dyskotekowy Warrior’s Dance i zakorzeniony w rockowej estetyce Run With The Wolves – dwa światy muzyczne, a przecież współgrają ze sobą doskonale i nie „gryzą” się. Tu zastosowałbym ponownie określenie „eklektyzm”, ta umiejętność połączenia różnorodności w monolityczną całość – widocznie Liam takową ma we krwi, bo nie widzę innego wytłumaczenia na to, że od 20 lat nie stanowi dla niego problemu aby kompnować zwarte i unikatowe utwory, biorąc na warsztat wszystko co świat muzyczny ma do zaoferowania.

Reasumując Invaders Must Die to krążek, prosty, ale wywołujący szczere i autentyczne emocje, rzekłbym, że jest w jakiś sposób nawet podniecający. Utwory na koncertach sprawdzają się idealnie, o czym zresztą wspomniałem już. Są dopracowane, pomysłowo się rozwijają oraz dostarczają dawkę naprawdę świetnej rozrywki. To po prostu 100% The Prodigy w The Prodigy – czysty hedonizm, nieposkromiona radość i energia. Słuchając tego krążka trudno usiedzieć na miejscu, bo nogi same rwą się do tańca i skakania. Zespół sprostał wymaganiom fanów, nagrywając płytę, która zawiera w sobie to, co The Prodigy ma najlepszego do zaoferowania, jednocześnie unikając zjadania własnego ogona i popadania w typowe rozwiązania.

Reklamy

Komentarze 2 to “You run with the wolves, shout it out loud!”

  1. Płytka bardzo fajna, do MFTJG jej daleko ale AONO bije na głowę. Faktycznie duża różnorodność, czerpią z tego co najlepsze na Fat i Jilted. Mało tu debiutu i AONO. Osobiście The World’s On Fire bym do Voodoo People nie porównywał jednak:)

  2. za dużo porównań do utworów ten do tego tamten do owego. To jest The Prodigy jest utwór taki i konkretnie taki co płytę zmienia sie koncepcja, a MFTJG to kwintesencja róznorakiej wszelakości – każdy utwór jest inny, każdy cudny i odmienny i właśnie to można jedynie zarzucić na IMD – jedna ciągłość – była to płyta najmniej katowana w formacie CD, bo katowali nas na żywo dobre 3 lata w plusie – niezmiennym setem – czy to źle ? nie , ale tym razem wyczekuję że następny longplay będzie pierdolnięciem niepodobym do pozostałych a materiał będzie mnie kusił bym sięgał po krążek tak jak to było w przypadku wszystkich poprzednich , katowanych po dziś dzień ( no za wyjątkiem właśnie IMD). Pozdro dla Maniaków

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: